Niewinne kobiety na stosie. Przeklęte miasto?

Seweryn Lipoński
12.02.2012 , aktualizacja: 10.02.2012 14:51
A A A Drukuj
Głazy położyli za krzyżem - jeden pośrodku, reszta wokół niego. Osiem dużych - jak osiem dorosłych kobiet. Dwa mniejsze - jak córki. Wszystkie 250 lat temu spłonęły tu żywcem na stosie
Pomnik zielarki z kotem
Pomnik zielarki z kotem
Gorzuchowo to wieś pod Kłeckiem, nieopodal Gniezna. Trzystu, może czterystu mieszkańców. Żartują, że są znani właśnie z tych czarownic, bo poza tym za wiele ciekawego tu nie ma. Parę dróg, gospodarstwa, pola. I ten las na wzgórzu, na które mówią Kuś. Do kościoła trzeba jechać pięć kilometrów do Kłecka. Do szkoły tak samo.

A w szkole wita dyrektor Zbigniew Beling, historyk i działacz Towarzystwa Miłośników Kłecka i Ziemi Kłeckiej. - Pan wie, że to bardzo historyczna okolica? - pyta. Gdy się spotykamy, jest trochę zabiegany. Bo w szkole akurat uroczystości i apel, a jeszcze na radę gminy go wzywają. Jednak o historii Kłecka zawsze chętnie opowie. O najazdach Szwedów podczas potopu. O mieszkańcach, którzy wsparli powstanie wielkopolskie czy o obrońcach miasta z drugiej wojny.

O czarownicach oczywiście też. - Tylko te czarownice proszę wziąć w cudzysłów - zaznacza. - Bo tak naprawdę to nie były żadne czarownice, tylko biedne kobiety. Tragedia straszna.

Od sądu do sądu

Dramat rozegrał się w 1761 r. Gorzuchowo należało do trzech braci Szeliskich. To oni - Bartłomiej, Jan i Tomasz - stwierdzili, że ich wieś zamieszkują czarownice. Zaraz więc pojechali ze skargą do sądu w Gnieźnie. Ten jednak oddalił oskarżenia. Podobnie sąd w Pobiedziskach. Dopiero za trzecim podejściem - tym razem w nieodległym Kiszkowie - Szeliscy dopięli swego. Sędziowie z wójtem na czele przyjechali do Gorzuchowa, przesłuchali świadków. Oskarżone o czary dziesięć zielarek poddali trzykrotnym torturom. A gdy się złamały - skazali na śmierć. Przez spalenie na stosie.

Tyle wiemy na pewno. Z jedynego źródła, jakim są "Wiadomości historyczne o mieście Kłecku". Książkę napisał i wydał ksiądz Józef Dydyński w 1858 r., a więc blisko sto lat po procesie.

A jak było dokładnie? Jadę popytać we wsi, może ludzie będą coś wiedzieć.

Pan się nie boi!

- To nieprawda, że one były czarownice. Ludzie mi mówili - słyszę w pierwszym domu. Irena Radka dobrze wie, co ludzie mówili, bo sama z Kusia pochodzi. Czyli ze wzgórza, na którym odbyła się egzekucja. Za okupacji Niemcy wysiedlili ją z rodziną za Warszawę. Po 1945 r. wróciła i znów na Kusiu zamieszkała. Potem przeniosła się do męża, na dół wioski. Dziś jest już po osiemdziesiątce. Sama mieszka, na zdrowie trochę narzeka. Na wspomnienie o czarownicach ożywia się i zaprasza do środka. Uchyla koc, co za drzwiami wisi, żeby zimno nie leciało. Siadamy w małej kuchni.

- One były niewinne - kontynuuje historię, którą zasłyszała jeszcze jako mała dziewczynka. - To dziedzic na nie klątwę rzucił. A potem wziął i spalił na stosie.

I ciągle powtarza, żebym pojechał na sam Kuś. Tam, przy lesie, na pewno powiedzą mi jeszcze więcej.

Od Kłecka przez Gorzuchowo biegną dwie drogi. Trzeba jechać tą górną, bardziej na zachód. Po obu stronach pola, gospodarstwa, gospodarstwa, pola. I nagle las. To chyba tu.

Wątpliwości rozwiewa tablica: "Zielarki z Gorzuchowa". I drogowskaz w prawo, kierujący do miejsca spalenia, ukrytego wśród drzew. Wysoki krzyż stoi na cokole. A z tyłu te dziesięć kamieni.

Dziwna, przejmująca cisza. Raz po raz w oddali słychać poszczekiwanie psa.

Przy krzyżu tablica z wyrokiem sądu kiszkowskiego. Na cokole znicze i figurka Matki Boskiej. Podobna, tyle że duża, stoi paręset metrów dalej przy drodze. Gdy wybuchła wojna, Niemcy ją zdjęli. Po wojnie mieszkańcy się złożyli, pomógł miejscowy kamieniarz i figurka znów jest.

Tuż przy lesie stoi dom państwa Zbytniewskich. Gdy podchodzę, otaczają mnie trzy małe psy. Czwarty, większy, na szczęście jest na łańcuchu. Teraz już wiem, skąd było to poszczekiwanie.

- Pan się nie boi! - uspokaja głos z podwórza. To gospodarz, pan Wojtek. Zaprasza do środka na kawę, bo zimno.

Kawę parzą pani Bogumiła - mama pana Wojtka - i pani Agnieszka, jego żona. Przy stole siedzi też pani Julianna z sąsiedztwa. Akurat wpadła w odwiedziny. O czarownicach wszyscy słyszeli. Z pokolenia na pokolenie ludzie sobie przekazują. Co przekazują? Że to jakieś zielarki były, podobno niewinne. I że je spalili tu przy lesie. To znaczy wtedy tego lasu jeszcze nie było, bo dopiero jakieś sto lat temu wyrósł.

Na wzgórze to rzeczywiście Kuś mówią. Pytają: gdzie byłeś, to się odpowiada: na Kusiu. A skąd ta nazwa? Nie wiedzą. Chyba dlatego, że jedna z tych czarownic to była Kusiówna. I tak się jakoś przyjęło.

Iwona Olszewska, gospodyni spod "trójki", dopowiada: - Podobno spalili je na granicy między Gorzuchowem a Wilkowyją. Tak, aby ani jedna, ani druga wieś nie ucierpiała, gdyby przypadkiem na ziemię padła jakaś klątwa.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów