W Wielkopolsce mieszkają Turcy!
10.12.2011
, aktualizacja: 07.12.2011 19:39
Rodzina Ibrahima żyje w Czarnkowie i zajmuje się drobnym handlem, jeżdżąc po całej Wielkopolsce. Pytam, czy jest liczna. Ibrahim odpowiada, że nie, jedynie 52 osoby. Pomyślałem więc, że pół setki osób w dwunastotysięcznym miasteczku to już całkiem zauważalna grupa - o bułgarskich Turkach w Wielkopolsce pisze Mateusz Chudziak*.
ZOBACZ TAKŻE
- Strzelała do niedźwiedzi. Papierowych (11-12-11, 10:00)
- Dzień po śmierci Piotra Majchrzaka, esbecy piszą raport (04-12-11, 10:00)
- PeWuKa 1944 mogła wypromować Poznań (03-12-11, 11:00)
- Zobacz, jak rośnie nowa Biblioteka Raczyńskich (29-11-11, 14:12)
Jako osoba zajmująca się kwestiami związanymi z życiem muzułmańskich diaspor w Europie jestem szczególnie wyczulony na ich obecność również w Wielkopolsce. Ze względu na własne doświadczenia, nabyte podczas studiów w Turcji, jak i znajomość języka tureckiego, moją uwagę przyciągają w szczególności imigranci znad Bosforu. Jednakże, jak zauważyłem, znacznie bardziej liczną, choć mało znaną, społeczność w naszym regionie stanowią ich rodacy pochodzący z Bułgarii.
Na targu w Obornikach
Po raz pierwszy zetknąłem się "tureckojęzycznymi Bułgarami" w listopadzie 2010 roku, kiedy przebywając w Obornikach, udałem się na cotygodniowy targ w celu odnalezienia popularnych "Ruskich". Pamiętam, że jako mały chłopiec chodziłem na ten targ z matką, a u sławetnych kupców z byłego ZSRR można było zaopatrzyć się w tanie ubrania i całą masę mniej lub bardziej potrzebnych do codziennego funkcjonowania gadżetów. Moja wyprawa miała na celu odnalezienie tychże "Ruskich" i upewnienie się co do ich narodowości (fakt, że nie była to narodowość rosyjska, uważałem za oczywisty). Kiedy przyszedłem na targowisko, szybko zauważyłem, że nie ma tam nikogo, z kim mógłbym porozmawiać po rosyjsku. Usłyszałem natomiast język turecki, w którym niezwłocznie zagadnąłem pierwszego napotkanego sprzedawcę, a po wymianie uprzejmości zostałem oddelegowany do jednego z kuzynów zagadniętego przeze mnie kupca, kilka stoisk dalej. Moi rozmówcy byli w poważnym szoku, kiedy z ust miejscowego usłyszeli swój ojczysty język. Ibrahim, chłopak, do którego mnie odesłano, opowiedział mi o swojej rodzinie, problemach z wizą, pozwoleniami na pracę oraz deportacjach w czasie, kiedy Bułgaria nie należała do Unii, a on i jego krewni uznawani byli za nielegalnych i niepożądanych imigrantów. Dalsza część rozmowy dotyczyła różnic światopoglądowych pomiędzy Polakami a Turkami z Bułgarii - ci uważają, że w naszej kulturze panuje ścisły matriarchat i szczerze współczują naszym mężczyznom. - No bo kto jest silniejszy? Kura czy kogut? - pyta Ibrahim.
To spotkanie uświadomiło mi, jak niewiele wiemy o obecności bułgarsko-tureckiej diaspory w naszym regionie, ale też skłoniło mnie do bliższego zainteresowania się tą grupą.
Mniejszości „głośne” i „ciche”
Stąd też idea napisania czegoś więcej na temat "rodzimych" Turków, którzy przyjeżdżają do naszego kraju na bułgarskich paszportach. Jest to o tyle istotne, że od wstąpienia Bułgarii do Unii Europejskiej również bułgarscy Turcy mają unijne obywatelstwo. Ich nazwiska mają bułgarskie końcówki (spadek po polityce Todora Żiwkowa), takie jak "Osmanow", "Jusupow" itd., przez co mogą być uznawani za słowiańskich Bułgarów. Mimo to jednak ich obecność w Wielkopolsce jest godna uwagi, szczególnie wtedy, gdy spotykamy się z naszymi historycznymi projekcjami (Wiedeń) i fobiami (zalew) w kontekście wstąpienia Turcji do Unii. Ponadto, jeśli mówimy o mniejszościach, często pojawia się dość umowny, ale bardzo sugestywny podział na mniejszości "ciche" i "głośne".
Do pierwszych z nich, jak tłumaczono mi podczas studiów, zalicza się imigrantów (głównie nielegalnych) z Dalekiego Wschodu. Stereotypowy Chińczyk bądź Wietnamczyk to figura w Wielkopolsce kompletnie niezauważalna, choć w takich miastach jak Warszawa, Wrocław czy Szczecin, gdzie znaczna część populacji jest przyjezdna, przybysze z wymienionych krajów stanowią dość charakterystyczną część społecznego krajobrazu. W każdym razie wedle naszych wyobrażeń Azjata to imigrant zarobkowy, pracowity, pokorny wobec zastanej rzeczywistości. O Wietnamczykach powiada się, że są nieśmiertelni, to znaczy, że na paszporty zmarłych przyjeżdżają kolejni imigranci. Więc "cisi" to tzw. mali przybysze z Azji, pracujący jak mrówki i niedający się zauważyć przybysze.
Za "głośnych" można uznać imigrantów z Bliskiego Wschodu (choć ten jest tutaj przeze mnie dość szeroko rozumiany), takich jak Turcy, Kurdowie, Arabowie, itd. Ci od Azjatów odróżniają się sposobem bycia. Są ekspresywni, krzykliwi, poruszają się w grupach i w tychże grupach się okopują. Niechętni im autochtoni podnoszą zarzut tworzenia tzw. "społeczeństw równoległych", choć tego typu postawa w znacznie mniejszym stopniu dotyczy naszego kraju aniżeli naszych zachodnich sąsiadów, gdzie bliskowschodnie diaspory żyją już od kilku dekad i pod względem liczebności są nieporównywalnie większe aniżeli wspólnoty "naszych" imigrantów.
Na podstawie własnych obserwacji i rozmów z wielkopolskimi Turkami muszę jednak stwierdzić, że zgrabne konstrukcje i wygodne podziały, jakich używamy, nie do końca oddają rzeczywistość. Bułgarscy Turcy nie stanowią "głośnej" mniejszości, przynajmniej w takim sensie, że niewiele wiadomo o ich istnieniu. W zasadzie każde moje spotkanie z przedstawicielami tej grupy było dziełem czystego przypadku, a rozmowa tylko i wyłącznie rezultatem dziecięcej ciekawości, graniczącej ze wścibskością. Ponadto nie sposób określić liczebności tej grupy. Według danych Urzędu Statystycznego w 2009 r. w całym województwie mieszkało ok. 1500 osób wyznających islam. Dalsze próby ustalenia liczebności obywateli Bułgarii narodowości tureckiej na podstawie dostępnych danych statystycznych kończą się niepowodzeniem, gdyż ci, jak można się domyślać, omijają wszelkie instytucje szerokim łukiem.
Rodzina mała - tylko 52 osoby
Rodzina Ibrahima żyje w Czarnkowie i zajmuje się drobnym handlem, jeżdżąc po całej Wielkopolsce. Pytam, czy jest liczna. Ibrahim odpowiada, że nie, jedynie 52 osoby. Pomyślałem więc, że pół setki osób w dwunastotysięcznym miasteczku to już całkiem zauważalna grupa i jest rzeczą co najmniej dziwną, że dowiaduję się o tym dopiero teraz. Nie obala to mojej tezy o fałszywości zakwalifikowania Turków jako "głośnych". Po pierwsze dlatego, że zbyt rzadko bywam w Czarnkowie, aby jednoznacznie ocenić ich widoczność, po drugie dlatego, że stale znajdują się w trasie i w małym mieście bywają rzadko. Należy jednak zauważyć, że w mediach nie pisze się i nie mówi o tak stosunkowo dużej grupie imigrantów oraz że na ulicach sąsiednich miast nie słyszy się o istnieniu tureckiej kolonii. Podobnie sprawa się ma w przypadku targowiska na Bema w Poznaniu. Udałem się tam kilka dni po mojej rozmowie z Ibrahimem, również w poszukiwaniu "Ruskich". Odniosłem połowiczny sukces, gdyż przy jednym ze stoisk siedział mężczyzna z Gruzji. Co prawda lepiej mówił po polsku niż po rosyjsku, ale udało mi się znaleźć przybysza z byłego ZSRR. Przybysz miał wyższe wykształcenie i skończył orientalistykę w Tbilisi czterdzieści lat temu.
- Wykształcenia u nas się nie ceni - powiada.
Na całym targowisku znalazłem jeszcze dwie osoby o śniadej cerze, do których zwróciłem się po rosyjsku, wywołując szczere zdziwienie. Kobieta odpowiedziała po bułgarsku, że nie rozumie, a zapytana o tespih (tazbih) - muzułmański różaniec, zwróciła się po turecku do młodego mężczyzny, na co natychmiast zareagowałem, mówiąc do nich w ich ojczystej mowie. Oboje byli tym poważnie zszokowani i wprawieni w niemałe zakłopotanie, odesłali mnie do kupca z Gruzji.
Ekipa Turków na poznańskiej budowie
Ostatnia historia, którą chciałbym tutaj przytoczyć, wydarzyła się w jednym z autobusów komunikacji miejskiej w Poznaniu. Siedząc tyłem do kierunku jazdy, usłyszałem język turecki za swoimi plecami. Niezwłocznie wstałem, poczekałem, aż mężczyzna skończy rozmowę telefoniczną i zapytałem w jego języku, czy mogę się dosiąść, na co ten się zgodził. W odpowiedzi zapytał mnie, czy jestem muzułmaninem i Turkiem. Opowiedziałem, w jaki sposób i gdzie nauczyłem się tego języka. Mężczyzna zaczął prawić komplementy na temat jego „czystości”. O swoim znajomym ze Stambułu, z którym przed momentem rozmawiał, mówił jako o „czystym” Turku („ temiz” - jego mowa nie jest zachwaszczona słowiańskimi zapożyczeniami, a on odebrał „właściwą” edukację w tureckiej szkole). Sam jest z Bułgarii, a w Poznaniu mieszka i pracuje od 15 lat. Pracuje na budowie wraz z kilkunastoma innymi Turkami. Nie wie, gdzie znajduje się poznański meczet, ale z zaciekawieniem słucha, gdy objaśniam mu jego lokalizację. Znamienne, zważywszy na fakt, że z rozmowy wywnioskowałem, że najważniejszym czynnikiem w jego samoidentyfikacji jest religia (w pierwszej kolejności zadeklarował swoją religijną przynależność), a dopiero potem narodowość. Niewiedza na temat poznańskiego meczetu nie wydaje mi się jednak przejawem ignorancji, a związana jest z pochodzeniem. W Bułgarii bowiem wspólnoty tureckie funkcjonują jako wspólnoty wyznaniowe, odrębne od prawosławnych, a sami ich przedstawiciele mogą być w znacznym stopniu zsekularyzowani.
O bułgarskich Turków w Wielkopolsce zapytałem dyrektora poznańskiego Muzułmańskiego Centrum Kulturalno-Oświatowego imama Youssefa Chadida. Przyznaje, że niewiele o nich wie. Z jego relacji wynika, że ta wspólnota nie praktykuje islamu na co dzień, a o obrzędach religijnych przypomina sobie sporadycznie. Imam opowiedział mi o wydarzeniu związanym z pochówkiem jednego z nich, kiedy to został poproszony o odmówienie modlitwy nad grobem. Połowa obrzędu była chrześcijańska, a ostatniemu pożegnaniu towarzyszył alkohol. Wierni zapytani o to, dlaczego nie pojawiają się w meczecie, odpowiadali, że nie wiedzieli nawet o jego istnieniu, obiecując równocześnie, że zaczną do niego regularnie uczęszczać.
Przywódca poznańskiej wspólnoty muzułmańskiej zauważył jednak, że Turcy z Bułgarii są społecznością, która ma niewiele wspólnego z rodakami z Turcji, którzy choć wolą modlić się i obchodzić święta we własnym gronie, to mimo wszystko utrzymują kontakty z całą wspólnotą wyznaniową. W przypadku tureckich obywateli Bułgarii widać piętno przymusowej ateizacji, a także nieufność względem obcych, będącą najprawdopodobniej rezultatem doświadczeń życia pod władzą reżimu Żiwkowa. Wnioski wyciągane przez imama Chadida są w znacznym stopniu zbieżne z moimi własnymi doświadczeniami. Podczas rozmów daje się odczuć dystans i pewną nieufność, których nie doświadczyłem w kontaktach z obywatelami Turcji.
Podsumowując, chciałbym zauważyć, że napotkani przeze mnie przedstawiciele bułgarsko-tureckiej społeczności nie muszą stanowić reprezentatywnej grupy i trudno na podstawie tych rozmów wysuwać jakieś daleko idące wnioski. Wspomniałem jednak o umownym podziale na mniejszości "ciche" i "głośne", który z mojej perspektywy jest podziałem bardzo niewiele wnoszącym i poznawczo pustym. Jeżeli społeczność tureckojęzycznych obywateli Bułgarii jest tak liczna, jak moi rozmówcy deklarują, to wydaje się być rzeczą zastanawiającą, że tak mało o nich wiadomo i tak rzadko można ich spotkać. Inną sprawą jest, że z perspektywy całego społeczeństwa stanowią oni bardzo osobliwą grupę, której bliskie sąsiedztwo warto brać po uwagę.
* Mateusz Chudziak (ur. w 1987 r.) - absolwent Instytutu Wschodniego UAM, studiował także w Turcji w ramach programu Socrates-Erasmus.
Na targu w Obornikach
Po raz pierwszy zetknąłem się "tureckojęzycznymi Bułgarami" w listopadzie 2010 roku, kiedy przebywając w Obornikach, udałem się na cotygodniowy targ w celu odnalezienia popularnych "Ruskich". Pamiętam, że jako mały chłopiec chodziłem na ten targ z matką, a u sławetnych kupców z byłego ZSRR można było zaopatrzyć się w tanie ubrania i całą masę mniej lub bardziej potrzebnych do codziennego funkcjonowania gadżetów. Moja wyprawa miała na celu odnalezienie tychże "Ruskich" i upewnienie się co do ich narodowości (fakt, że nie była to narodowość rosyjska, uważałem za oczywisty). Kiedy przyszedłem na targowisko, szybko zauważyłem, że nie ma tam nikogo, z kim mógłbym porozmawiać po rosyjsku. Usłyszałem natomiast język turecki, w którym niezwłocznie zagadnąłem pierwszego napotkanego sprzedawcę, a po wymianie uprzejmości zostałem oddelegowany do jednego z kuzynów zagadniętego przeze mnie kupca, kilka stoisk dalej. Moi rozmówcy byli w poważnym szoku, kiedy z ust miejscowego usłyszeli swój ojczysty język. Ibrahim, chłopak, do którego mnie odesłano, opowiedział mi o swojej rodzinie, problemach z wizą, pozwoleniami na pracę oraz deportacjach w czasie, kiedy Bułgaria nie należała do Unii, a on i jego krewni uznawani byli za nielegalnych i niepożądanych imigrantów. Dalsza część rozmowy dotyczyła różnic światopoglądowych pomiędzy Polakami a Turkami z Bułgarii - ci uważają, że w naszej kulturze panuje ścisły matriarchat i szczerze współczują naszym mężczyznom. - No bo kto jest silniejszy? Kura czy kogut? - pyta Ibrahim.
To spotkanie uświadomiło mi, jak niewiele wiemy o obecności bułgarsko-tureckiej diaspory w naszym regionie, ale też skłoniło mnie do bliższego zainteresowania się tą grupą.
Mniejszości „głośne” i „ciche”
Stąd też idea napisania czegoś więcej na temat "rodzimych" Turków, którzy przyjeżdżają do naszego kraju na bułgarskich paszportach. Jest to o tyle istotne, że od wstąpienia Bułgarii do Unii Europejskiej również bułgarscy Turcy mają unijne obywatelstwo. Ich nazwiska mają bułgarskie końcówki (spadek po polityce Todora Żiwkowa), takie jak "Osmanow", "Jusupow" itd., przez co mogą być uznawani za słowiańskich Bułgarów. Mimo to jednak ich obecność w Wielkopolsce jest godna uwagi, szczególnie wtedy, gdy spotykamy się z naszymi historycznymi projekcjami (Wiedeń) i fobiami (zalew) w kontekście wstąpienia Turcji do Unii. Ponadto, jeśli mówimy o mniejszościach, często pojawia się dość umowny, ale bardzo sugestywny podział na mniejszości "ciche" i "głośne".
Do pierwszych z nich, jak tłumaczono mi podczas studiów, zalicza się imigrantów (głównie nielegalnych) z Dalekiego Wschodu. Stereotypowy Chińczyk bądź Wietnamczyk to figura w Wielkopolsce kompletnie niezauważalna, choć w takich miastach jak Warszawa, Wrocław czy Szczecin, gdzie znaczna część populacji jest przyjezdna, przybysze z wymienionych krajów stanowią dość charakterystyczną część społecznego krajobrazu. W każdym razie wedle naszych wyobrażeń Azjata to imigrant zarobkowy, pracowity, pokorny wobec zastanej rzeczywistości. O Wietnamczykach powiada się, że są nieśmiertelni, to znaczy, że na paszporty zmarłych przyjeżdżają kolejni imigranci. Więc "cisi" to tzw. mali przybysze z Azji, pracujący jak mrówki i niedający się zauważyć przybysze.
Za "głośnych" można uznać imigrantów z Bliskiego Wschodu (choć ten jest tutaj przeze mnie dość szeroko rozumiany), takich jak Turcy, Kurdowie, Arabowie, itd. Ci od Azjatów odróżniają się sposobem bycia. Są ekspresywni, krzykliwi, poruszają się w grupach i w tychże grupach się okopują. Niechętni im autochtoni podnoszą zarzut tworzenia tzw. "społeczeństw równoległych", choć tego typu postawa w znacznie mniejszym stopniu dotyczy naszego kraju aniżeli naszych zachodnich sąsiadów, gdzie bliskowschodnie diaspory żyją już od kilku dekad i pod względem liczebności są nieporównywalnie większe aniżeli wspólnoty "naszych" imigrantów.
Na podstawie własnych obserwacji i rozmów z wielkopolskimi Turkami muszę jednak stwierdzić, że zgrabne konstrukcje i wygodne podziały, jakich używamy, nie do końca oddają rzeczywistość. Bułgarscy Turcy nie stanowią "głośnej" mniejszości, przynajmniej w takim sensie, że niewiele wiadomo o ich istnieniu. W zasadzie każde moje spotkanie z przedstawicielami tej grupy było dziełem czystego przypadku, a rozmowa tylko i wyłącznie rezultatem dziecięcej ciekawości, graniczącej ze wścibskością. Ponadto nie sposób określić liczebności tej grupy. Według danych Urzędu Statystycznego w 2009 r. w całym województwie mieszkało ok. 1500 osób wyznających islam. Dalsze próby ustalenia liczebności obywateli Bułgarii narodowości tureckiej na podstawie dostępnych danych statystycznych kończą się niepowodzeniem, gdyż ci, jak można się domyślać, omijają wszelkie instytucje szerokim łukiem.
Rodzina mała - tylko 52 osoby
Rodzina Ibrahima żyje w Czarnkowie i zajmuje się drobnym handlem, jeżdżąc po całej Wielkopolsce. Pytam, czy jest liczna. Ibrahim odpowiada, że nie, jedynie 52 osoby. Pomyślałem więc, że pół setki osób w dwunastotysięcznym miasteczku to już całkiem zauważalna grupa i jest rzeczą co najmniej dziwną, że dowiaduję się o tym dopiero teraz. Nie obala to mojej tezy o fałszywości zakwalifikowania Turków jako "głośnych". Po pierwsze dlatego, że zbyt rzadko bywam w Czarnkowie, aby jednoznacznie ocenić ich widoczność, po drugie dlatego, że stale znajdują się w trasie i w małym mieście bywają rzadko. Należy jednak zauważyć, że w mediach nie pisze się i nie mówi o tak stosunkowo dużej grupie imigrantów oraz że na ulicach sąsiednich miast nie słyszy się o istnieniu tureckiej kolonii. Podobnie sprawa się ma w przypadku targowiska na Bema w Poznaniu. Udałem się tam kilka dni po mojej rozmowie z Ibrahimem, również w poszukiwaniu "Ruskich". Odniosłem połowiczny sukces, gdyż przy jednym ze stoisk siedział mężczyzna z Gruzji. Co prawda lepiej mówił po polsku niż po rosyjsku, ale udało mi się znaleźć przybysza z byłego ZSRR. Przybysz miał wyższe wykształcenie i skończył orientalistykę w Tbilisi czterdzieści lat temu.
- Wykształcenia u nas się nie ceni - powiada.
Na całym targowisku znalazłem jeszcze dwie osoby o śniadej cerze, do których zwróciłem się po rosyjsku, wywołując szczere zdziwienie. Kobieta odpowiedziała po bułgarsku, że nie rozumie, a zapytana o tespih (tazbih) - muzułmański różaniec, zwróciła się po turecku do młodego mężczyzny, na co natychmiast zareagowałem, mówiąc do nich w ich ojczystej mowie. Oboje byli tym poważnie zszokowani i wprawieni w niemałe zakłopotanie, odesłali mnie do kupca z Gruzji.
Ekipa Turków na poznańskiej budowie
Ostatnia historia, którą chciałbym tutaj przytoczyć, wydarzyła się w jednym z autobusów komunikacji miejskiej w Poznaniu. Siedząc tyłem do kierunku jazdy, usłyszałem język turecki za swoimi plecami. Niezwłocznie wstałem, poczekałem, aż mężczyzna skończy rozmowę telefoniczną i zapytałem w jego języku, czy mogę się dosiąść, na co ten się zgodził. W odpowiedzi zapytał mnie, czy jestem muzułmaninem i Turkiem. Opowiedziałem, w jaki sposób i gdzie nauczyłem się tego języka. Mężczyzna zaczął prawić komplementy na temat jego „czystości”. O swoim znajomym ze Stambułu, z którym przed momentem rozmawiał, mówił jako o „czystym” Turku („ temiz” - jego mowa nie jest zachwaszczona słowiańskimi zapożyczeniami, a on odebrał „właściwą” edukację w tureckiej szkole). Sam jest z Bułgarii, a w Poznaniu mieszka i pracuje od 15 lat. Pracuje na budowie wraz z kilkunastoma innymi Turkami. Nie wie, gdzie znajduje się poznański meczet, ale z zaciekawieniem słucha, gdy objaśniam mu jego lokalizację. Znamienne, zważywszy na fakt, że z rozmowy wywnioskowałem, że najważniejszym czynnikiem w jego samoidentyfikacji jest religia (w pierwszej kolejności zadeklarował swoją religijną przynależność), a dopiero potem narodowość. Niewiedza na temat poznańskiego meczetu nie wydaje mi się jednak przejawem ignorancji, a związana jest z pochodzeniem. W Bułgarii bowiem wspólnoty tureckie funkcjonują jako wspólnoty wyznaniowe, odrębne od prawosławnych, a sami ich przedstawiciele mogą być w znacznym stopniu zsekularyzowani.
O bułgarskich Turków w Wielkopolsce zapytałem dyrektora poznańskiego Muzułmańskiego Centrum Kulturalno-Oświatowego imama Youssefa Chadida. Przyznaje, że niewiele o nich wie. Z jego relacji wynika, że ta wspólnota nie praktykuje islamu na co dzień, a o obrzędach religijnych przypomina sobie sporadycznie. Imam opowiedział mi o wydarzeniu związanym z pochówkiem jednego z nich, kiedy to został poproszony o odmówienie modlitwy nad grobem. Połowa obrzędu była chrześcijańska, a ostatniemu pożegnaniu towarzyszył alkohol. Wierni zapytani o to, dlaczego nie pojawiają się w meczecie, odpowiadali, że nie wiedzieli nawet o jego istnieniu, obiecując równocześnie, że zaczną do niego regularnie uczęszczać.
Przywódca poznańskiej wspólnoty muzułmańskiej zauważył jednak, że Turcy z Bułgarii są społecznością, która ma niewiele wspólnego z rodakami z Turcji, którzy choć wolą modlić się i obchodzić święta we własnym gronie, to mimo wszystko utrzymują kontakty z całą wspólnotą wyznaniową. W przypadku tureckich obywateli Bułgarii widać piętno przymusowej ateizacji, a także nieufność względem obcych, będącą najprawdopodobniej rezultatem doświadczeń życia pod władzą reżimu Żiwkowa. Wnioski wyciągane przez imama Chadida są w znacznym stopniu zbieżne z moimi własnymi doświadczeniami. Podczas rozmów daje się odczuć dystans i pewną nieufność, których nie doświadczyłem w kontaktach z obywatelami Turcji.
Podsumowując, chciałbym zauważyć, że napotkani przeze mnie przedstawiciele bułgarsko-tureckiej społeczności nie muszą stanowić reprezentatywnej grupy i trudno na podstawie tych rozmów wysuwać jakieś daleko idące wnioski. Wspomniałem jednak o umownym podziale na mniejszości "ciche" i "głośne", który z mojej perspektywy jest podziałem bardzo niewiele wnoszącym i poznawczo pustym. Jeżeli społeczność tureckojęzycznych obywateli Bułgarii jest tak liczna, jak moi rozmówcy deklarują, to wydaje się być rzeczą zastanawiającą, że tak mało o nich wiadomo i tak rzadko można ich spotkać. Inną sprawą jest, że z perspektywy całego społeczeństwa stanowią oni bardzo osobliwą grupę, której bliskie sąsiedztwo warto brać po uwagę.
* Mateusz Chudziak (ur. w 1987 r.) - absolwent Instytutu Wschodniego UAM, studiował także w Turcji w ramach programu Socrates-Erasmus.
- 9 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
-
W Wielkopolsce mieszkają Turcy!
delphine85
10.12.11, 21:38
jak miło przeczytać w końcu na poznańskiej gazecie ciekawy artykuł, a nie klasyczny zapychacz miejsca! Dziękuję! :)»
-
Re: W Wielkopolsce mieszkają Turcy!
hipopotama
11.12.11, 02:42
artykuł może i ciekawy, ale tytuł straszny - o mój boże, w Wielkopolsce mieszkają Turcy, schowajmy się, bo nas (wiadomo)... »
-
dzięki za ciekawy tekst!
jedynyhihho
12.12.11, 13:06
Ciekawy tekst, fajnie promujący/dowartościowujący to bliskie, a niezauważone sąsiedztwo!nie czepiam się tytułu, da się go jakoś wybronić, a najlepszą obroną jest zamieszczony tekst, »
Najczęściej czytane24 htydzień




