Kto dał miliony, aby ratować szefów Semaksu?
18.01.2012
, aktualizacja: 17.01.2012 20:36
Kilkanaście milionów złotych zapłaci tajemniczy kupiec za obligacje znanej firmy odzieżowej Semax. Czy dlatego, że spłacając długi, jej szefowie mają szansę uniknąć więzienia?
ZOBACZ TAKŻE
- Oskarżony o korupcję b. członek zarządu Orlenu wychodzi na wolność (13-01-12, 22:10)
- Bez aresztów dla podejrzanych o korupcję za łupkowe koncesje (13-01-12, 20:58)
- Prokuratura chce aresztów w korupcyjnym skandalu z koncesjami na łupki (12-01-12, 01:00)
Mirosław Babiaczyk, prawnik uczestniczący w negocjacjach, nie chce zdradzić, kto wyłożył pieniądze na wykupienie obligacji. Przyznaje tylko: - Faktycznie, to rzadka sytuacja.
Bo wierzycielom plajtujących firm zazwyczaj nie udaje się odzyskać pieniędzy, a posiadacze obligacji Semaksu dostaną, jak ustaliła "Gazeta", nawet 70-80 proc. tego, co pożyczyli spółce.
Ale po kolei. Pięć lat temu, jeszcze przed światowym kryzysem, poznańska firma Semax skupiająca dwie znane marki odzieżowe oraz sieć sklepów, potrzebowała pieniędzy na rozwój i wyemitowała obligacje. To nic innego jak wysoko oprocentowana pożyczka: firma odkupuje obligacje, a inwestor zarabia na odsetkach. I tak w kółko.
Obligacje Semaksu sprzedaje swoim klientom Raiffeisen Bank. Bomba wybucha na początku 2009 r., gdy bank ogłasza, że Semax jest niewypłacalny, składa wniosek o upadłość, a obligacji nie wykupi. Klienci banku z dnia na dzień tracą 20 mln zł.
Jedną z poszkodowanych jest pani R. z Poznania. Dwa lata temu opowiadała "Gazecie", jak obligacje Semaksu zachwalał jej osobisty doradca, bo jako zamożna klientka należała w banku do tzw. klubu VIP. Gdy pytała, czy jest jakieś ryzyko, słyszała od doradcy: "Żadnego". Dlatego gdy straciła milion złotych, poczuła się oszukana. Tłumaczyła: spółki obracające dziesiątkami milionów nie upadają z dnia na dzień, Semax i bank musiały wiedzieć o kłopotach, lecz to ukrywały.
Raiffeisem Bank w korespondencji z "Gazetą" twierdził, że zawiesił sprzedaż obligacji, gdy dowiedział się, że Semax nie będzie mógł ich wykupić. I że nie można obciążać go odpowiedzialnością za działania spółki. Również poznańska prokuratura, która od dwóch lat prowadziła śledztwo, badała ten wątek, ale nie dopatrzyła się uchybień ze strony banku. Przed rokiem - na kilkadziesiąt godzin - zatrzymała jednak szefów Semaksu, aby postawić im zarzuty. Sprawa zrobiła się głośna. Śledztwo, jak dowiadujemy się teraz, zakończyło się dwa tygodnie temu. Prokurator, już bez medialnego rozgłosu, wysłał do sądu akt oskarżenia.
Szefowie Semaksu, od prezesa i wiceprezesa po członka rady nadzorczej, mają odpowiadać m.in. za oszustwo przy sprzedaży obligacji oraz przemilczenie ważnych informacji o finansach spółki w tzw. memorandum informacyjnym. To raport o stanie firmy niezbędny przy emisji obligacji.
Zdaniem prokuratora, który dwa razy prosił o opinię ekspertów od rachunkowości, Semax był w złej kondycji finansowej już w 2008 r. Wniosek o upadłość powinien więc złożyć znacznie wcześniej. Klienci banku nie straciliby wtedy swoich pieniędzy.
Paweł Nowakowski, adwokat Mariusza Sz., prezesa Semaksu, przekonuje, że w ostatniej opinii biegli wycofali się z wielu obciążających tez. I zapowiada walkę o uniewinnienie.
Jednak wydarzenia ostatnich dni mogą potwierdzać tezę, że biznesmeni nie na żarty wystraszyli się oskarżenia. Gdyby sąd uznał ich winę, groziłaby im nawet dziesięcioletnia kara więzienia oraz wielomilionowe kary za złamanie przepisów o obligacjach. Sąd zapewne okazałby się łaskawszy, ale i tak istniałoby ryzyko, że nie zawiesi wykonania kary i szefowie spółki trafią do więzienia. Domagaliby się tego klienci banku, którzy na obligacjach Semaksu stracili miliony. Chyba że... pieniądze by odzyskali.
Problem w tym, że dopóki zadłużony Semax sam nie znajdzie pieniędzy, aby wykupić obligacje, pozostają one tylko bezwartościowym papierem. Kilka miesięcy temu do klientów banku zgłosił się jednak tajemniczy kupiec. Zaproponował, że zapłaci za obligacje Semaksu. Postawił jednak warunek: posiadacze obligacji zrzekną się roszczeń wobec szefów Semaksu i nie będą angażować się w ich proces.
- Negocjacje toczyły się blisko pół roku, czyli wiele miesięcy przed sporządzeniem aktu oskarżenia - zapewnia Mirosław Babiaczyk, który reprezentował tajemniczego kupca w negocjacjach. Tym argumentem chce przekonać, że wykupienia obligacji nie należy łączyć z oskarżeniem szefów Semaksu.
Jednak transakcję, jak się dowiadujemy nieoficjalnie, udało się sfinalizować dopiero przed tygodniem, już po oskarżeniu biznesmenów.
Semax, jak wynika z naszych ustaleń, zadłużony jest na prawie 90 mln zł. Przed tygodniem, i tu nastąpił przełom, wierzyciele zgodzili się na zawarcie układu z firmą i mają być przez nią równomiernie spłacani. Jednak to posiadacze obligacji wyjdą na ostatnich wydarzeniach najlepiej. Tyle że ich nie spłaci Semax. Firma sama nie mogłaby wykupić obligacji, bo po pierwsze - nie ma takich pieniędzy, a po drugie - prawo zabrania plajtującym firmom spłacania jednych wierzycieli kosztem innych.
Tymczasem, jak dowiadujemy się nieoficjalnie, niektórzy klienci banku, sprzedając teraz obligacje, dostaną nawet 70-80 proc. pieniędzy, które wcześniej za nie zapłacili, tajemniczy kupiec będzie musiał wyłożyć na to nawet 16 mln zł.
Kto jest w stanie wyłożyć takie pieniądze na obligacje, których Semax może potem nigdy nie wykupić? - Tylko ktoś powiązany z Semaksem - mówi nam osoba znająca kulisy negocjacji. Zdradza, że zaangażowany był w nie także Raiffeisen Bank, który obligacje swoim klientom sprzedawał. To z banku pochodzić ma część pieniędzy na wykup obligacji przez tajemniczego kupca.
Pytamy mec. Mirosława Babiaczyka, kim jest tajemniczy kupiec. Odpowiada tylko: - Podmiot trzeci pragnący zachować anonimowość.
Robert Dakowski, radca prawny, który od początku sporu reprezentował klientów banku, naszych ustaleń nie chciał komentować. Mówi tylko, że jego klienci są zadowoleni z uzyskanych warunków. O tym, jak dobre to warunki, świadczyć może też to, że na sprzedaż obligacji nie zgodziła się tylko jedna osoba.
Mec. Paweł Nowakowski, który jest obrońcą prezesa Semaksu, w rozmowie z "Gazetą" przyznaje: - Sytuacja jest dla nas nieporównanie lepsza niż dwa tygodnie temu. Szkoda została naprawiona, nie ma pokrzywdzonych. Gdyby sąd chciał uznać winę oskarżonych, musi to wpłynąć na wymiar kary. Daje też szansę na warunkowe umorzenie sprawy.
Także dlatego część naszych rozmówców, zastrzegając sobie anonimowość, jest przekonana, że gdyby prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie obligacji, ich posiadacze nie odzyskaliby ani złotówki.
A co z Semaksem? Zdaniem mec. Mirosława Babiaczyka, jeśli firmie uda się pozyskać odpowiedniego inwestora, wysoce prawdopodobny jest jej powrót do "roli aktywnego gracza na rynku odzieżowym".
Bo wierzycielom plajtujących firm zazwyczaj nie udaje się odzyskać pieniędzy, a posiadacze obligacji Semaksu dostaną, jak ustaliła "Gazeta", nawet 70-80 proc. tego, co pożyczyli spółce.
Ale po kolei. Pięć lat temu, jeszcze przed światowym kryzysem, poznańska firma Semax skupiająca dwie znane marki odzieżowe oraz sieć sklepów, potrzebowała pieniędzy na rozwój i wyemitowała obligacje. To nic innego jak wysoko oprocentowana pożyczka: firma odkupuje obligacje, a inwestor zarabia na odsetkach. I tak w kółko.
Obligacje Semaksu sprzedaje swoim klientom Raiffeisen Bank. Bomba wybucha na początku 2009 r., gdy bank ogłasza, że Semax jest niewypłacalny, składa wniosek o upadłość, a obligacji nie wykupi. Klienci banku z dnia na dzień tracą 20 mln zł.
Jedną z poszkodowanych jest pani R. z Poznania. Dwa lata temu opowiadała "Gazecie", jak obligacje Semaksu zachwalał jej osobisty doradca, bo jako zamożna klientka należała w banku do tzw. klubu VIP. Gdy pytała, czy jest jakieś ryzyko, słyszała od doradcy: "Żadnego". Dlatego gdy straciła milion złotych, poczuła się oszukana. Tłumaczyła: spółki obracające dziesiątkami milionów nie upadają z dnia na dzień, Semax i bank musiały wiedzieć o kłopotach, lecz to ukrywały.
Raiffeisem Bank w korespondencji z "Gazetą" twierdził, że zawiesił sprzedaż obligacji, gdy dowiedział się, że Semax nie będzie mógł ich wykupić. I że nie można obciążać go odpowiedzialnością za działania spółki. Również poznańska prokuratura, która od dwóch lat prowadziła śledztwo, badała ten wątek, ale nie dopatrzyła się uchybień ze strony banku. Przed rokiem - na kilkadziesiąt godzin - zatrzymała jednak szefów Semaksu, aby postawić im zarzuty. Sprawa zrobiła się głośna. Śledztwo, jak dowiadujemy się teraz, zakończyło się dwa tygodnie temu. Prokurator, już bez medialnego rozgłosu, wysłał do sądu akt oskarżenia.
Szefowie Semaksu, od prezesa i wiceprezesa po członka rady nadzorczej, mają odpowiadać m.in. za oszustwo przy sprzedaży obligacji oraz przemilczenie ważnych informacji o finansach spółki w tzw. memorandum informacyjnym. To raport o stanie firmy niezbędny przy emisji obligacji.
Zdaniem prokuratora, który dwa razy prosił o opinię ekspertów od rachunkowości, Semax był w złej kondycji finansowej już w 2008 r. Wniosek o upadłość powinien więc złożyć znacznie wcześniej. Klienci banku nie straciliby wtedy swoich pieniędzy.
Paweł Nowakowski, adwokat Mariusza Sz., prezesa Semaksu, przekonuje, że w ostatniej opinii biegli wycofali się z wielu obciążających tez. I zapowiada walkę o uniewinnienie.
Jednak wydarzenia ostatnich dni mogą potwierdzać tezę, że biznesmeni nie na żarty wystraszyli się oskarżenia. Gdyby sąd uznał ich winę, groziłaby im nawet dziesięcioletnia kara więzienia oraz wielomilionowe kary za złamanie przepisów o obligacjach. Sąd zapewne okazałby się łaskawszy, ale i tak istniałoby ryzyko, że nie zawiesi wykonania kary i szefowie spółki trafią do więzienia. Domagaliby się tego klienci banku, którzy na obligacjach Semaksu stracili miliony. Chyba że... pieniądze by odzyskali.
Problem w tym, że dopóki zadłużony Semax sam nie znajdzie pieniędzy, aby wykupić obligacje, pozostają one tylko bezwartościowym papierem. Kilka miesięcy temu do klientów banku zgłosił się jednak tajemniczy kupiec. Zaproponował, że zapłaci za obligacje Semaksu. Postawił jednak warunek: posiadacze obligacji zrzekną się roszczeń wobec szefów Semaksu i nie będą angażować się w ich proces.
- Negocjacje toczyły się blisko pół roku, czyli wiele miesięcy przed sporządzeniem aktu oskarżenia - zapewnia Mirosław Babiaczyk, który reprezentował tajemniczego kupca w negocjacjach. Tym argumentem chce przekonać, że wykupienia obligacji nie należy łączyć z oskarżeniem szefów Semaksu.
Jednak transakcję, jak się dowiadujemy nieoficjalnie, udało się sfinalizować dopiero przed tygodniem, już po oskarżeniu biznesmenów.
Semax, jak wynika z naszych ustaleń, zadłużony jest na prawie 90 mln zł. Przed tygodniem, i tu nastąpił przełom, wierzyciele zgodzili się na zawarcie układu z firmą i mają być przez nią równomiernie spłacani. Jednak to posiadacze obligacji wyjdą na ostatnich wydarzeniach najlepiej. Tyle że ich nie spłaci Semax. Firma sama nie mogłaby wykupić obligacji, bo po pierwsze - nie ma takich pieniędzy, a po drugie - prawo zabrania plajtującym firmom spłacania jednych wierzycieli kosztem innych.
Tymczasem, jak dowiadujemy się nieoficjalnie, niektórzy klienci banku, sprzedając teraz obligacje, dostaną nawet 70-80 proc. pieniędzy, które wcześniej za nie zapłacili, tajemniczy kupiec będzie musiał wyłożyć na to nawet 16 mln zł.
Kto jest w stanie wyłożyć takie pieniądze na obligacje, których Semax może potem nigdy nie wykupić? - Tylko ktoś powiązany z Semaksem - mówi nam osoba znająca kulisy negocjacji. Zdradza, że zaangażowany był w nie także Raiffeisen Bank, który obligacje swoim klientom sprzedawał. To z banku pochodzić ma część pieniędzy na wykup obligacji przez tajemniczego kupca.
Pytamy mec. Mirosława Babiaczyka, kim jest tajemniczy kupiec. Odpowiada tylko: - Podmiot trzeci pragnący zachować anonimowość.
Robert Dakowski, radca prawny, który od początku sporu reprezentował klientów banku, naszych ustaleń nie chciał komentować. Mówi tylko, że jego klienci są zadowoleni z uzyskanych warunków. O tym, jak dobre to warunki, świadczyć może też to, że na sprzedaż obligacji nie zgodziła się tylko jedna osoba.
Mec. Paweł Nowakowski, który jest obrońcą prezesa Semaksu, w rozmowie z "Gazetą" przyznaje: - Sytuacja jest dla nas nieporównanie lepsza niż dwa tygodnie temu. Szkoda została naprawiona, nie ma pokrzywdzonych. Gdyby sąd chciał uznać winę oskarżonych, musi to wpłynąć na wymiar kary. Daje też szansę na warunkowe umorzenie sprawy.
Także dlatego część naszych rozmówców, zastrzegając sobie anonimowość, jest przekonana, że gdyby prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie obligacji, ich posiadacze nie odzyskaliby ani złotówki.
A co z Semaksem? Zdaniem mec. Mirosława Babiaczyka, jeśli firmie uda się pozyskać odpowiedniego inwestora, wysoce prawdopodobny jest jej powrót do "roli aktywnego gracza na rynku odzieżowym".
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




