- 1.
Pierwsi najemcy w City Center. Otwarcie jesienią
- 2.
Był rolls-royce i białe gołębie. Bramkarz Łukasz Fabiański i Anna Grygier wzięli ślub!
- 3.
Dyrektor molestował dziewczynki w pilskim domu dziecka
- 4.
Internetowa dolina nad Wartą. Budują kolejny gmach
- 5.
Pani prezes Warty: Wszyscy już wiedzą, że jestem w ciąży. Będą bliźnięta
Wilka, Niemka, która walczyła w AK
11.06.2010
, aktualizacja: 10.06.2010 17:26
Przysięgę składało się na krzyż. Na pewno był to moment bardzo uroczysty. Dostała pseudonim "Wilka", bo tak w szkole nazywały ją koleżanki
„Mein Fuhrer! Pozwalam sobie prosić o łaskę dla mojej jedynej córki. ( ) Pragnę nadmienić, że moja córka została wychowana w duchu niemieckim i narodowosocjalistycznym” - pisze do Adolfa Hitlera Marianne Gunther, mistrzyni krawiecka z Poznania.
Jest maj 1944 r., Berlin-Charlottenburg. Marianne Gunther, z domu Bardzińska, określona w aktach gestapo jako "pół-Polka", broni córki: "Uczyła się w niemieckiej szkole ludowej i należała do następujących stowarzyszeń: pływackiego, gimnastycznego, i Związku Młodych Kobiet przy niemieckim kościele Franciszkanów. Właśnie podczas polskich czasów w naszej rodzinie agitowaliśmy za Niemcami. ( ) Ponieważ moja córka zawsze czuła i uznawała się za Niemkę, chciałabym Pana prosić, Mein Fuhrer, by ułaskawił Pan moją jedyną córkę i nie kazał jej odpokutować śmiercią za brak doświadczenia. Mój mąż jest chory i córka jest jedynym wsparciem dla naszej rodziny".
Marianne Gunther nakleja znaczek z Hitlerem za 8 marek. List zachował się w niemieckich archiwach.
Trzy lata temu na poznańskie Piekary zajrzeli uczniowie z V Liceum Ogólnokształcącego im. Klaudyny Potockiej i niemieckiego Oberlin-Seminar. W ramach projektu "Między dwoma światami", wspieranego przez niemiecką Fundację Pamięć i Przyszłość (upamiętnia osoby, które sprzeciwiały się faszyzmowi) poszli poznańskimi śladami Wilhelminy. Zobaczyli m.in. Dom Żołnierza, w którym w latach okupacji urzędowało gestapo. Projekt wymyśliła i zdobyła na niego pieniądze Małgorzata Wiater, germanistka z V LO.
Niemieckich uczniów przywiózł Klaus Leutner, nauczyciel z Berlina: - Ojciec Wilhelminy był Niemcem, matka Polką. Wilhelmina musiała się opowiedzieć po którejś ze stron. Wybrała Polskę - przeciw Hitlerowi. To ważny dla dzisiejszych czasów przykład cywilnej odwagi.
Wielkie przyjaźnie i miłość
Jesień 1938, Poznań. Rusza kolejny rok szkolny w Miejskiej Szkole Handlowej. 21-letnia Wilhelmine Gunther, obywatelka polska narodowości niemieckiej, zamieszkała w kamienicy nr 6 (mieszkanie 7) na Piekarach, idzie do nowej szkoły. Być może po drodze wstępuje do kościoła niemieckich Franciszkanów, w którym modli się co niedziela wraz z rodzicami. Wcześniej uczyła się w niemieckiej Volksschule (szkoła ludowa) i niemieckim Gimnazjum Schillera, teraz po raz pierwszy zasiada w ławce z rówieśniczkami Polkami. Ojciec, mistrz krawiecki Wilhlem Gunther, musi być dumny ze swojej jedynaczki: Szkoła Handlowa ma wszak renomę. Nie przeczuwa niczego złego.
W szkolnych ławkach Wilhelmine poznaje polskie koleżanki, z którymi już się nie rozstanie: Zofię Rapp, Zofię Cielecką i Gertrudę Leńską. Dziewczyny szybko przypadają sobie do gustu.
- To musiały być mocne przyjaźnie. Nie wciąga się do konspiracji osób, którym się nie ufa - przypuszcza Aleksandra Pietrowicz z poznańskiego IPN, specjalizująca się w badaniach konspiracji wielkopolskiej.
Być może również w szkole Wilhelmine poznaje Antoniego Jagłę. Wiadomo tylko tyle, że poznali się z Wilhelmine rok przed wojną. Między młodymi szybko rodzi się uczucie.
Rok później, wrzesień 1939. Niemcy wkraczają do Poznania. Nie wiemy, co dzieje się wtedy w domu Wilhelmine. Być może jej ojciec, żołnierz I wojny światowej, stoi wśród kilkuset poznańskich Niemców, którzy hałaśliwie witają niemieckie mundury na Starym Rynku.
Niemieckie władze zamykają polskie szkoły, ale Wilhelmine pielęgnuje przyjaźnie. Codziennie zagląda na Wildę, do mieszkania Zofii Cieleckiej na Świętego Czesława 16a.
- Wilhelmine czuła się tam bardzo dobrze. To był podobno bardzo ciepły, serdeczny dom, przyciągający ludzi - opowiada Pietrowicz.
W listopadzie 1939 r. rodzina Gunther wnioskuje o wpisanie na volkslistę. To formalność, bo w Poznaniu mieszkają od 1923 r. na niemieckich paszportach i od zawsze uważają się za Niemców. Zachowało się podanie Wilhelmine. Dokument kończy się pozdrowieniem "Heil Hitler!"
Nie zdradziłam Rzeszy
Pięć lat później Wilhelmine pisze inny wniosek - do Trybunału Ludowego w Berlinie. Prosi o łaskę. W szerokich liniach widać równe, czytelne pismo:
"Z aktu oskarżenia wynika, że zostałam ( ) zwerbowana do organizacji wywiadowczej. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie uczestniczyłam aktywnie w całej sprawie. Nie zgodziłabym się nigdy zdradzić Rzeszy Niemieckiej. ( ) Zawsze przyznawałam się do mojej niemczyzny i nigdy nie zaprzeczyłam, że jestem Niemką".
Imię w podpisie Wilhelmine ma poprawione dwie litery - być może dziewczynie zadrżała wtedy ręka.
Jest maj 1944 r., Berlin-Charlottenburg. Marianne Gunther, z domu Bardzińska, określona w aktach gestapo jako "pół-Polka", broni córki: "Uczyła się w niemieckiej szkole ludowej i należała do następujących stowarzyszeń: pływackiego, gimnastycznego, i Związku Młodych Kobiet przy niemieckim kościele Franciszkanów. Właśnie podczas polskich czasów w naszej rodzinie agitowaliśmy za Niemcami. ( ) Ponieważ moja córka zawsze czuła i uznawała się za Niemkę, chciałabym Pana prosić, Mein Fuhrer, by ułaskawił Pan moją jedyną córkę i nie kazał jej odpokutować śmiercią za brak doświadczenia. Mój mąż jest chory i córka jest jedynym wsparciem dla naszej rodziny".
Marianne Gunther nakleja znaczek z Hitlerem za 8 marek. List zachował się w niemieckich archiwach.
Trzy lata temu na poznańskie Piekary zajrzeli uczniowie z V Liceum Ogólnokształcącego im. Klaudyny Potockiej i niemieckiego Oberlin-Seminar. W ramach projektu "Między dwoma światami", wspieranego przez niemiecką Fundację Pamięć i Przyszłość (upamiętnia osoby, które sprzeciwiały się faszyzmowi) poszli poznańskimi śladami Wilhelminy. Zobaczyli m.in. Dom Żołnierza, w którym w latach okupacji urzędowało gestapo. Projekt wymyśliła i zdobyła na niego pieniądze Małgorzata Wiater, germanistka z V LO.
Niemieckich uczniów przywiózł Klaus Leutner, nauczyciel z Berlina: - Ojciec Wilhelminy był Niemcem, matka Polką. Wilhelmina musiała się opowiedzieć po którejś ze stron. Wybrała Polskę - przeciw Hitlerowi. To ważny dla dzisiejszych czasów przykład cywilnej odwagi.
Wielkie przyjaźnie i miłość
Jesień 1938, Poznań. Rusza kolejny rok szkolny w Miejskiej Szkole Handlowej. 21-letnia Wilhelmine Gunther, obywatelka polska narodowości niemieckiej, zamieszkała w kamienicy nr 6 (mieszkanie 7) na Piekarach, idzie do nowej szkoły. Być może po drodze wstępuje do kościoła niemieckich Franciszkanów, w którym modli się co niedziela wraz z rodzicami. Wcześniej uczyła się w niemieckiej Volksschule (szkoła ludowa) i niemieckim Gimnazjum Schillera, teraz po raz pierwszy zasiada w ławce z rówieśniczkami Polkami. Ojciec, mistrz krawiecki Wilhlem Gunther, musi być dumny ze swojej jedynaczki: Szkoła Handlowa ma wszak renomę. Nie przeczuwa niczego złego.
W szkolnych ławkach Wilhelmine poznaje polskie koleżanki, z którymi już się nie rozstanie: Zofię Rapp, Zofię Cielecką i Gertrudę Leńską. Dziewczyny szybko przypadają sobie do gustu.
- To musiały być mocne przyjaźnie. Nie wciąga się do konspiracji osób, którym się nie ufa - przypuszcza Aleksandra Pietrowicz z poznańskiego IPN, specjalizująca się w badaniach konspiracji wielkopolskiej.
Być może również w szkole Wilhelmine poznaje Antoniego Jagłę. Wiadomo tylko tyle, że poznali się z Wilhelmine rok przed wojną. Między młodymi szybko rodzi się uczucie.
Rok później, wrzesień 1939. Niemcy wkraczają do Poznania. Nie wiemy, co dzieje się wtedy w domu Wilhelmine. Być może jej ojciec, żołnierz I wojny światowej, stoi wśród kilkuset poznańskich Niemców, którzy hałaśliwie witają niemieckie mundury na Starym Rynku.
Niemieckie władze zamykają polskie szkoły, ale Wilhelmine pielęgnuje przyjaźnie. Codziennie zagląda na Wildę, do mieszkania Zofii Cieleckiej na Świętego Czesława 16a.
- Wilhelmine czuła się tam bardzo dobrze. To był podobno bardzo ciepły, serdeczny dom, przyciągający ludzi - opowiada Pietrowicz.
W listopadzie 1939 r. rodzina Gunther wnioskuje o wpisanie na volkslistę. To formalność, bo w Poznaniu mieszkają od 1923 r. na niemieckich paszportach i od zawsze uważają się za Niemców. Zachowało się podanie Wilhelmine. Dokument kończy się pozdrowieniem "Heil Hitler!"
Nie zdradziłam Rzeszy
Pięć lat później Wilhelmine pisze inny wniosek - do Trybunału Ludowego w Berlinie. Prosi o łaskę. W szerokich liniach widać równe, czytelne pismo:
"Z aktu oskarżenia wynika, że zostałam ( ) zwerbowana do organizacji wywiadowczej. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie uczestniczyłam aktywnie w całej sprawie. Nie zgodziłabym się nigdy zdradzić Rzeszy Niemieckiej. ( ) Zawsze przyznawałam się do mojej niemczyzny i nigdy nie zaprzeczyłam, że jestem Niemką".
Imię w podpisie Wilhelmine ma poprawione dwie litery - być może dziewczynie zadrżała wtedy ręka.

Wodę z kranu pij na zdrowie!
Kampania ma za zadanie przekonać mieszkańców Poznania i okolicznych gmin do picia wody z kranu.







