Trochę żołnierze, trochę niewolnicy
15.02.2010
, aktualizacja: 15.02.2010 11:25
Na Cytadelę poszliśmy czwórkami przez Garbary. Rosjanie po bokach, z przodu i z tyłu, z pepeszami zwieszonymi przez rękę. Później mówili o nas ,,ochotnicy", choć zabrali nas prosto z ulicy
ZOBACZ TAKŻE
- Historie, od których trudno się oderwać (15-02-10, 11:31)
Połowa lutego 1945 r. Czerwonoarmiści w ciężkich walkach opanowują centrum Poznania i otaczają Cytadelę - ostatni bastion niemieckiej obrony w mieście. Pierwsze natarcie rusza 18 lutego 1945 r. Przeciwko 10-15 tysięcy żołnierzy niemieckich, dowodzonych przez gen. Ernsta Gonella, komendanta Festung Posen (Twierdzy Poznań) stają ,,stalingradczycy" - jednostki 8. Gwardyjskiej Armii gen. Wasilija Czujkowa.
Rosjanom się spieszy - chcą zdobyć Cytadelę najpóźniej do 23 lutego - w 28. rocznicę powstania Armii Czerwonej. Brakuje im jednak ludzi, zwłaszcza w służbach inżynieryjno-saperskich. 20 lutego, w trzecim dniu szturmu, rosyjskie dowództwo dochodzi do wniosku, że niezbędne będą posiłki dla 74. i 82. dywizji, szturmujących niemieckie umocnienia.
Tak rozpoczęła się wojenna historia ,,cytadelowców". Daleka od propagandowych obrazków, serwowanych przez propagandę w czasach PRL.
Na ochotnika i z werbunku
EDMUND CZERWIŃSKI: 21 lutego 1945 r. późnym popołudniem na Półwiejskiej, gdzie mieszkaliśmy, zjawił się milicjant z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Przyniósł wiadomość, że wszyscy mężczyźni od 18 do 45 roku życia mają się zgłosić na posterunek przy ulicy Kwiatowej. - Rano pójdziecie zdobywać Cytadelę - powiedział. Miałem wtedy 21 lat, mój brat - 20. Przyjęliśmy to jako polecenie, bo byliśmy wychowani w dyscyplinie przedwojennego harcerstwa. Wieczorem zgłosiliśmy się na posterunek. Sformowano z nas 27-osobowy pluton i zaprowadzono na Łąkową 12. Czekali tam sowieccy oficerowie. - Czemu nie zrobiliście w Poznaniu powstania? - zapytali z wyrzutem. Ogarnął nas śmiech. W okupowanym Poznaniu, licznie zamieszkanym przez Niemców, było to przecież niemożliwe.
LEONARD JANISZCZAK: 21 lutego schroniliśmy się w opuszczonym mieszkaniu Nad Wierzbakiem. W nocy do drzwi zapukał uzbrojony, młody rosyjski żołnierz. Byliśmy wystraszeni, bo kilka dni wcześniej pijani Rosjanie przy Urbanowskiej chcieli strzelać do Polaków. Sołdat spojrzał na nasze dzieci i przez chwilę jakby się zawahał. Ale zaraz wskazał na mnie. ,,Chodi!" - powiedział.
Co było robić, poszedłem. Później mówiono o nas: ,,ochotnicy", a ja zawsze podkreślam, że mnie zabrali, zwerbowali. Żadnym ochotnikiem nie byłem.
ZYGMUNT BUSZ: Chwycili mnie na Szewskiej, 22 lutego. Było ich może pięciu. - Towariszcz, popracujesz! - usłyszałem. Miałem wtedy niespełna 15 lat, ale byłem bardzo wysoki i to prawdopodobnie zdecydowało, że mnie zabrali. Na ulicy nikt w moje dokumenty nie patrzył.
EDMUND CZERWIŃSKI: Na Łąkowej dano każdemu karabin. Większość z nas nigdy nie miała w ręce broni. Nawet podchorąży - nasz dowódca - miał pepeszę pierwszy raz w życiu. Urządziliśmy kanonadę: każdy strzelał w powietrze. Miałem trochę obycia, bo przed wojną jako harcerz strzelałem z małokalibrówki. Wiedziałem chociaż, gdzie się naciska, a gdzie naciąga.
Sowieci rozdali nam naboje, a potem - nasypali w czapki cukru. Co można było zrobić z sypkim cukrem? Zaraz go zjedliśmy.
Strzelali w plecy
LEONARD JANISZCZAK: Rosjanie zaprowadzili mnie i kilku innych na posterunek milicji przy Mazowieckiej. Spisali nas, niczego nie wyjaśniając. Nikt nie protestował, bo nie byliśmy pewni swojego losu. Zebrali nas tam ponad pięćdziesięciu. Poprowadzili na Słowackiego 22, a potem na tyły Opery. Wtedy domyśliliśmy się, że idziemy na Cytadelę.
ZYGMUNT BUSZ: Było nas może pięćdziesięciu, szliśmy czwórkami przez Garbary. Rosjanie po bokach, z przodu i z tyłu, z pepeszami zwieszonymi przez rękę. Czuliśmy się trochę jak niewolnicy. Na Garbarach przeszły nas ciarki, bo jeden z Polaków uciekał i Rosjanie do niego strzelali. Udało mu się zwiać, ale my popadliśmy w przygnębienie. Nikt nie chciał zginąć tuż przed wyzwoleniem.
EDMUND CZERWIŃSKI: Była już prawie noc, kiedy nadeszło kilku polskich oficerów. Poprowadzili nas ulicą Zieloną, Rynkiem Bernardyńskim. Wszystko płonęło. Paliły się też Garbary. Niektórzy głośno lamentowali, wspominali rodziny.
Minęliśmy płonącą rzeźnię i doszliśmy do stacji kolejowej Garbary. Wszędzie leżały zniszczone drzewa, stały czołgowe wraki.
LEONARD JANISZCZAK: Poprowadzili nas do miejsca, w którym stoi dzisiaj hala AZS-u przy Pułaskiego. Rozkazali rozbierać baraki i rzucać belki do fosy. - Muszą po nich przejść czołgi! - wyjaśnili. Poszły w ruch młoty i siekiery. Rozebraliśmy szopy, stojące niedaleko obecnej alei Niepodległości.
ZYGMUNT BUSZ: Położyliśmy się przy moście kolejowym na Garbarach, bo z wyżyn Cytadeli strzelali snajperzy. Po jakimś czasie dostaliśmy się w okolice angielskiego cmentarza. Pod osłoną bunkra nosiliśmy szyny z torów kolejowych. Część z nas dostała piły i ścinała słupy telegraficzne. Broni nam nie dali.
Spalili cywilów
EDMUND CZERWIŃSKI: Z alei Szelągowskiej wiódł do fosy podziemny tunel. Weszliśmy. Nigdy dotąd o tym nie mówiłem, ale obok nas przechodziły wtedy trójki: uzbrojony Sowiet prowadził dwóch Polaków. Jeden z nich niósł drabinę, drugi wiadro z ropą. Taka trójka wchodziła do fosy. W murze otaczającym Cytadelę były okna, więc oni włazili po drabinie i lali w otwory ropę. Potem pod rosyjskim nadzorem wrzucali ogień. W środku - tak mi się wydaje, choć nie jestem tego pewien - siedziała spędzona tam ludność niemiecka.
Dwie trójki wróciły w szczuplejszym składzie, bo wszystko działo się na oczach ostrzeliwujących się Niemców. Ci, którzy wspinali się po drabinie, ginęli.
Rosjanom się spieszy - chcą zdobyć Cytadelę najpóźniej do 23 lutego - w 28. rocznicę powstania Armii Czerwonej. Brakuje im jednak ludzi, zwłaszcza w służbach inżynieryjno-saperskich. 20 lutego, w trzecim dniu szturmu, rosyjskie dowództwo dochodzi do wniosku, że niezbędne będą posiłki dla 74. i 82. dywizji, szturmujących niemieckie umocnienia.
Tak rozpoczęła się wojenna historia ,,cytadelowców". Daleka od propagandowych obrazków, serwowanych przez propagandę w czasach PRL.
Na ochotnika i z werbunku
EDMUND CZERWIŃSKI: 21 lutego 1945 r. późnym popołudniem na Półwiejskiej, gdzie mieszkaliśmy, zjawił się milicjant z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Przyniósł wiadomość, że wszyscy mężczyźni od 18 do 45 roku życia mają się zgłosić na posterunek przy ulicy Kwiatowej. - Rano pójdziecie zdobywać Cytadelę - powiedział. Miałem wtedy 21 lat, mój brat - 20. Przyjęliśmy to jako polecenie, bo byliśmy wychowani w dyscyplinie przedwojennego harcerstwa. Wieczorem zgłosiliśmy się na posterunek. Sformowano z nas 27-osobowy pluton i zaprowadzono na Łąkową 12. Czekali tam sowieccy oficerowie. - Czemu nie zrobiliście w Poznaniu powstania? - zapytali z wyrzutem. Ogarnął nas śmiech. W okupowanym Poznaniu, licznie zamieszkanym przez Niemców, było to przecież niemożliwe.
LEONARD JANISZCZAK: 21 lutego schroniliśmy się w opuszczonym mieszkaniu Nad Wierzbakiem. W nocy do drzwi zapukał uzbrojony, młody rosyjski żołnierz. Byliśmy wystraszeni, bo kilka dni wcześniej pijani Rosjanie przy Urbanowskiej chcieli strzelać do Polaków. Sołdat spojrzał na nasze dzieci i przez chwilę jakby się zawahał. Ale zaraz wskazał na mnie. ,,Chodi!" - powiedział.
Co było robić, poszedłem. Później mówiono o nas: ,,ochotnicy", a ja zawsze podkreślam, że mnie zabrali, zwerbowali. Żadnym ochotnikiem nie byłem.
ZYGMUNT BUSZ: Chwycili mnie na Szewskiej, 22 lutego. Było ich może pięciu. - Towariszcz, popracujesz! - usłyszałem. Miałem wtedy niespełna 15 lat, ale byłem bardzo wysoki i to prawdopodobnie zdecydowało, że mnie zabrali. Na ulicy nikt w moje dokumenty nie patrzył.
EDMUND CZERWIŃSKI: Na Łąkowej dano każdemu karabin. Większość z nas nigdy nie miała w ręce broni. Nawet podchorąży - nasz dowódca - miał pepeszę pierwszy raz w życiu. Urządziliśmy kanonadę: każdy strzelał w powietrze. Miałem trochę obycia, bo przed wojną jako harcerz strzelałem z małokalibrówki. Wiedziałem chociaż, gdzie się naciska, a gdzie naciąga.
Sowieci rozdali nam naboje, a potem - nasypali w czapki cukru. Co można było zrobić z sypkim cukrem? Zaraz go zjedliśmy.
Strzelali w plecy
LEONARD JANISZCZAK: Rosjanie zaprowadzili mnie i kilku innych na posterunek milicji przy Mazowieckiej. Spisali nas, niczego nie wyjaśniając. Nikt nie protestował, bo nie byliśmy pewni swojego losu. Zebrali nas tam ponad pięćdziesięciu. Poprowadzili na Słowackiego 22, a potem na tyły Opery. Wtedy domyśliliśmy się, że idziemy na Cytadelę.
ZYGMUNT BUSZ: Było nas może pięćdziesięciu, szliśmy czwórkami przez Garbary. Rosjanie po bokach, z przodu i z tyłu, z pepeszami zwieszonymi przez rękę. Czuliśmy się trochę jak niewolnicy. Na Garbarach przeszły nas ciarki, bo jeden z Polaków uciekał i Rosjanie do niego strzelali. Udało mu się zwiać, ale my popadliśmy w przygnębienie. Nikt nie chciał zginąć tuż przed wyzwoleniem.
EDMUND CZERWIŃSKI: Była już prawie noc, kiedy nadeszło kilku polskich oficerów. Poprowadzili nas ulicą Zieloną, Rynkiem Bernardyńskim. Wszystko płonęło. Paliły się też Garbary. Niektórzy głośno lamentowali, wspominali rodziny.
Minęliśmy płonącą rzeźnię i doszliśmy do stacji kolejowej Garbary. Wszędzie leżały zniszczone drzewa, stały czołgowe wraki.
LEONARD JANISZCZAK: Poprowadzili nas do miejsca, w którym stoi dzisiaj hala AZS-u przy Pułaskiego. Rozkazali rozbierać baraki i rzucać belki do fosy. - Muszą po nich przejść czołgi! - wyjaśnili. Poszły w ruch młoty i siekiery. Rozebraliśmy szopy, stojące niedaleko obecnej alei Niepodległości.
ZYGMUNT BUSZ: Położyliśmy się przy moście kolejowym na Garbarach, bo z wyżyn Cytadeli strzelali snajperzy. Po jakimś czasie dostaliśmy się w okolice angielskiego cmentarza. Pod osłoną bunkra nosiliśmy szyny z torów kolejowych. Część z nas dostała piły i ścinała słupy telegraficzne. Broni nam nie dali.
Spalili cywilów
EDMUND CZERWIŃSKI: Z alei Szelągowskiej wiódł do fosy podziemny tunel. Weszliśmy. Nigdy dotąd o tym nie mówiłem, ale obok nas przechodziły wtedy trójki: uzbrojony Sowiet prowadził dwóch Polaków. Jeden z nich niósł drabinę, drugi wiadro z ropą. Taka trójka wchodziła do fosy. W murze otaczającym Cytadelę były okna, więc oni włazili po drabinie i lali w otwory ropę. Potem pod rosyjskim nadzorem wrzucali ogień. W środku - tak mi się wydaje, choć nie jestem tego pewien - siedziała spędzona tam ludność niemiecka.
Dwie trójki wróciły w szczuplejszym składzie, bo wszystko działo się na oczach ostrzeliwujących się Niemców. Ci, którzy wspinali się po drabinie, ginęli.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień


