Ryby i róże w pasażu

Michał Danielewski
31.07.2009 , aktualizacja: 31.07.2009 19:12
A A A Drukuj
Historia tego miasta
Instalacja Macieja Kuraka w Pasażu Kultury Ramaja w 2009 roku
Fot. Łukasz Cynalewski / AG
Instalacja Macieja Kuraka w Pasażu Kultury Ramaja w 2009 roku
Choć kolorowy i pełen życia, to jednak nigdy nie był to rejon Starego Rynku szczególnie przyjazny artyzmowi. Próżno było tu szukać szczególnego blichtru i niezapomnianych, metafizycznych doznań. Bo kto by szukał takich przeżyć pomiędzy straganami ze śledziami, chlebem i pijalniami piwa? To znaczy kto by szukał wówczas, tych paręset lat temu, bo dziś - jak wiemy - piwo ze sztuką kojarzy się jak najbardziej, sąsiadując z nią na reklamowych billboardach. A oto przeszłość miejsca zwanego dziś Pasażem Kultury.

Przykry zapach róż

Ulica Jana Baptysty Quadro, kiedyś Wiankowa, to był raczej pasaż kultury materialnej niż duchowej, miejsce, gdzie królował handel i niewyszukane rozrywki. Ale było to również miejsce, gdzie mieszały się ze sobą różne warstwy społeczne: ulica, którą odwiedzała zarówno służba, jak i "państwo", choć w zupełnie innych celach. To również tam, w Chlebowych Budkach, wypiekano najlepszy chleb w Poznaniu, żytni, zwany też wodnym, ponieważ, jak mówiono, okrągłe bochenki przed upieczeniem kąpano w wodzie.

W kronikach zachowały się przekazy o szeregu zabawnych kontrastów związanych z ulicą Wiankową. Bo z jednej strony zwała się ona Rynkiem Różanym, a w wieku XVII i XVIII wieńczarskim targiem, gdzie sprzedawano kwiaty i wieńce aż do 1939 roku, a z drugiej - ta sama uliczka w swojej wschodniej części wypełniona była jatkami rzeźnickimi i zwana także targiem garncarskim.

W gorący, sierpniowy dzień konglomerat zapachów złożony z aromatu kwiatów, ryb z budek śledziowych i rozmaitych potraw, gotowanych w ludowych garkuchniach - w których, jak pisał Marceli Motty, "od czasów Stanisława Augusta prażyły się, po większej części pod gołym niebem, na patelniach, rynienkach, rondelkach, mięsiwa, kartofle, kapusty i sztokfisze, ku zmartwieniu przechodzących nosów, lecz ku pociesze wyrobników i uboższych rzemieślników, którzy tanio pożywić się tam mogli" - musiał być naprawdę omdlewający.

Dawny poznański clubbing

Ale jeśli komuś udało się nie zemdleć od nadmiaru zapachowych wrażeń, mógł odwiedzić jedną z dwóch piwiarni, mieszczących się na tyłach Wagi. Jedną z nich była gospoda Zienkowicza. Oddajmy głos kronikarzowi epoki: „Dwa niewielkie ciemne i wilgotne pokoiki, mimo arcyniemiłego pozoru, przez mnóstwo ludzi niegdyś zwiedzane. W nich mieściła się głośna piwiarnia poznańska. Żadnego innego trunku nie podawały tam młode i stare Heby, jak tylko piwo grodziskie w wysokich, wyginanych szklankach. W skwarne dni lata i zimą wieczorem pełno tam było ludzi: przyzwoitych mieszczan, urzędników, księży, spomiędzy Polaków, Niemcy zaś, nie mając pociągu do lekkiego piwa, rzadko się pojawiali”.

A jeśli w „topowym” lokalu u Zienkiewicza nie było już miejsca, albo stałym bywalcom znudził się jego specyficzny koloryt, mogli spokojnie wyskoczyć do znajdującej się naprzeciwko piwiarni Więckowskiego i tam kontynuować piwny wieczór.

Nie ulega wątpliwości, że miejsce, które jeszcze do niedawna współcześni poznaniacy znali jako jeden z najbardziej ponurych fragmentów Starego Rynku, kiedyś stanowiło o jego kolorycie, pulsie i krwiobiegu, wypełnione było gwarem rozmów, kłótni i "biznesowych" negocjacji, gdzie rej wodziły rybaczki i przekupki "znane z popędliwości, wymowy, sprzeczek i ostrego języka".

Przy pisaniu tekstu korzystałem z książki „W cieniu wieży ratuszowej”.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos