Nygusa Doły i Wesołe Miasteczko
17.07.2009
, aktualizacja: 17.07.2009 17:53
Z historii tego miasta
Powszechna Wystawa Krajowa w Poznaniu stała się dla jednych dobrodziejstwem, a dla innych przekleństwem. Byli też tacy, dla których PeWuKa była i jednym, i drugim. To bezrobotni.
Doskonale wiemy, że PeWuKa powstała w niezwykłych okolicznościach, że była największym wydarzeniem gospodarczym w dziejach Poznania. To od niej zaczęła się międzynarodowa kariera naszego miasta. Targi ściągnęły do Poznania nie tylko setki tysięcy ówczesnych turystów z kraju i zagranicy, ale także całą polityczną „wierchuszkę” z prezydentem Ignacym Mościckim na czele.
Lecz PeWuKa była ogromnym wydarzeniem nie tylko dla władz. Była zrządzeniem losu dla tysięcy bezrobotnych. Wystarczy przypomnieć, że w 1927 r. liczba bezrobotnych sięgnęła blisko 8 tys. osób. Ale już w połowie 1929 r. bez pracy pozostawały w Poznaniu 2892 osoby. Zatrudnienie przy pracach związanych z PeWuKą zmniejszyło bezrobocie o 5300 osób! Rękoma tych dotychczasowych bezrobotnych wzniesiono przeszło sto gmachów i pawilonów wystawowych. Sukces? Jeśli tak - to krótkotrwały.
Jeszcze podczas powitalnej przemowy na otwarcie PeWuKi dyrektor targów Stanisław Wachowiak dziękował robotnikom za to, że ani na chwilę nie przerwali pracy, choć 1 kwietnia 1929 r. skończyła im się umowa. To dlatego "dosłownie na pół godziny przed oficjalnym otwarciem ukończono ostatnie prace" -pisze Włodzimierz Bartoszewicz w "Poznańskich wspominkach". Gdyby nie przywiązanie robotników do pracy i wiara w sukces poznańskich targów, PeWuKa mogła nie zostać ukończona na czas.
Zbawcze działanie wystawy było rzeczywiście krótkotrwałe, bo już przed końcem maja zwolniono 90 proc. robotników. W zakładach Cegielskiego z powodu cofnięcia zamówień na węglarki (wagony do przewozu węgla) zwolnieniami zagrożonych było 1500 osób. Sytuację pogarszali jeszcze masowo napływający spoza Poznania robotnicy, zwabieni nadzieją zatrudnienia przy PeWuCe. W lutym 1931 r. w Państwowym Urzędzie Pośrednictwa Pracy w Poznaniu zarejestrowanych było 9613 osób. Ale już rok później liczba ta wzrosła do 14 tysięcy!
Co ciekawe jednak, rzadziej zwalniano pracowników bez kwalifikacji. A to dlatego, że pracodawcy mogli im płacić mniej niż robotnikom wykwalifikowanym.
Jedyną formą pomocy był wówczas ustawowy zasiłek. Ale nie taki jak dziś - stały i bezwarunkowy. Bezrobotny mógł korzystać z niego tylko przez 13 tygodni. I to pod warunkiem, że wykazał się uprzednią nieprzerwaną pracą przez 20 tygodni. Wysokość zasiłku wynosiła 30-50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Jednak bezrobotnych bez prawa do zasiłku wciąż przybywało.
Najgorsze było to, że jeśli ktoś stracił pracę, tracił także czynszowe mieszkanie i był wyrzucany wprost na bruk. Jak ludzie radzili sobie w takiej sytuacji? Jak grzyby po deszczu rosły osiedla bezrobotnych. Dziś nazwalibyśmy je slumsami. Cztery największe takie osiedla znajdowały się na Junikowie, Łazarzu, Dębcu i Górczynie. Na Górczynie np. mieszkało się w miejscu zwanym Nygusa Doły. Jednak najsłynniejszym osiedlem bezrobotnych było tzw. Wesołe Miasteczko, na tyłach terenów targowych. Nazwa wzięła się stąd, że w czasie Pewuki i krótko po niej działało tam rzeczywiście wesołe miasteczko z prawdziwego zdarzenia z karuzelami i ślizgawką wodną. Po rozebraniu wszystkich instalacji zaczęli się tam schodzić bezrobotni i budować altanki z tego, co zostało po lunaparku i z tego, co akurat mieli pod ręką.
Popularnością wśród bezrobotnych cieszył się jeden z torów wychodzących z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Prowadził na olbrzymie śmietnisko. Było ono ostatnią deską ratunku dla tych, których kryzys zepchnął na dno nędzy. Rozgrywające się tam sceny barwnie opisuje Jan Brygier w książce „Tak było w moim życiu”: „Najbardziej pożądane były wagony ze śmieciami. Do tego stopnia, że zanim jeszcze dotarły do śmietniska w celu wyładowania, jeszcze w biegu wskakiwano na nie. Wszyscy byli uzbrojeni w motyki i worki. To wszystko odbywało się przy głośnych krzykach i gorączkowej szarpaninie. Była to twarda walka o byt. Okrzyki: »To moje! «, »Nie bierz « lub »Bo dostaniesz w ryj! « były najłagodniejszymi z nich. Każdy wywijał dziabką, by jak najprędzej wyłowić jakieś żelastwo: śrubkę, nakrętkę, szmaty, kawał drewna, czasem jakąś część z mosiądzu lub miedzi. Przy takim wyścigu pełno było kurzu, ręce i twarze kompletnie czarne, poplamione od naoliwionych szmat. Tylko białka oczu błyszczały jak u Murzyna. Sprawne nakrętki czy śrubki próbowano sprzedać za 30-50 groszy, czyli za tyle, ile kosztowało kilo chleba. Kupowano kości do nagotowania zupy, a nader często jednak - wódkę.”
Ludzie łapali się każdego zajęcia, które mogło przynieść choćby skromny dochód. Jeden z bezrobotnych w pamiętnikach wspominanych przez Brygiera pisał: „Chodziłem jak wariat z miechem na grzbiecie od podwórza do podwórza. Skupowałem wszystko możliwe: szmaty i kości, skóry i butelki. Co za konkurencja! Pełno takich jak ja łatusów na mieście. Interes tylko groszowy, tylko grosze za dzień cały żmudnej pracy. Ale to już nie handel. To graniczy z żebractwem.”
Część bezrobotnych żywiła się w tzw. tanich kuchniach, z których korzystało dziennie około 900 osób. Wtedy w Poznaniu były cztery kuchnie dla biednych. Obiad składał się z jednego dania z kotła. Ten sam bezrobotny wspominał: "Prawie codziennie jadam obiady u św. Józefa. Ile to razy wchodzę do tej ciemnej, ponurej piwnicy, mam tu uczucie, że się duszę. W tej chwili gubię wszystko to, co posiadam jeszcze z godności człowieka i staję się łachmanem, żebrzącym o michę strawy".
Bezrobotni domagali się prawa do stałego zasiłku, wychodzili na ulice, manifestowali. W Poznaniu nie było tygodnia bez wiecu czy demonstracji. Policja brutalnie się z nimi obchodziła, stosowała gazy łzawiące, były masowe aresztowania. Gorliwość policji w rozpędzaniu manifestacji była tak duża, że gdy 3 kwietnia 1930 r. zebrało się na Starym Rynku 50 robotników z przedsiębiorstwa wykonującego prace dla miasta, policja - sądząc, że to bezrobotni - zaatakowała ich i rozpędziła, zanim zdołali wyjaśnić, po co przybyli.
Doskonale wiemy, że PeWuKa powstała w niezwykłych okolicznościach, że była największym wydarzeniem gospodarczym w dziejach Poznania. To od niej zaczęła się międzynarodowa kariera naszego miasta. Targi ściągnęły do Poznania nie tylko setki tysięcy ówczesnych turystów z kraju i zagranicy, ale także całą polityczną „wierchuszkę” z prezydentem Ignacym Mościckim na czele.
Lecz PeWuKa była ogromnym wydarzeniem nie tylko dla władz. Była zrządzeniem losu dla tysięcy bezrobotnych. Wystarczy przypomnieć, że w 1927 r. liczba bezrobotnych sięgnęła blisko 8 tys. osób. Ale już w połowie 1929 r. bez pracy pozostawały w Poznaniu 2892 osoby. Zatrudnienie przy pracach związanych z PeWuKą zmniejszyło bezrobocie o 5300 osób! Rękoma tych dotychczasowych bezrobotnych wzniesiono przeszło sto gmachów i pawilonów wystawowych. Sukces? Jeśli tak - to krótkotrwały.
Jeszcze podczas powitalnej przemowy na otwarcie PeWuKi dyrektor targów Stanisław Wachowiak dziękował robotnikom za to, że ani na chwilę nie przerwali pracy, choć 1 kwietnia 1929 r. skończyła im się umowa. To dlatego "dosłownie na pół godziny przed oficjalnym otwarciem ukończono ostatnie prace" -pisze Włodzimierz Bartoszewicz w "Poznańskich wspominkach". Gdyby nie przywiązanie robotników do pracy i wiara w sukces poznańskich targów, PeWuKa mogła nie zostać ukończona na czas.
Zbawcze działanie wystawy było rzeczywiście krótkotrwałe, bo już przed końcem maja zwolniono 90 proc. robotników. W zakładach Cegielskiego z powodu cofnięcia zamówień na węglarki (wagony do przewozu węgla) zwolnieniami zagrożonych było 1500 osób. Sytuację pogarszali jeszcze masowo napływający spoza Poznania robotnicy, zwabieni nadzieją zatrudnienia przy PeWuCe. W lutym 1931 r. w Państwowym Urzędzie Pośrednictwa Pracy w Poznaniu zarejestrowanych było 9613 osób. Ale już rok później liczba ta wzrosła do 14 tysięcy!
Co ciekawe jednak, rzadziej zwalniano pracowników bez kwalifikacji. A to dlatego, że pracodawcy mogli im płacić mniej niż robotnikom wykwalifikowanym.
Jedyną formą pomocy był wówczas ustawowy zasiłek. Ale nie taki jak dziś - stały i bezwarunkowy. Bezrobotny mógł korzystać z niego tylko przez 13 tygodni. I to pod warunkiem, że wykazał się uprzednią nieprzerwaną pracą przez 20 tygodni. Wysokość zasiłku wynosiła 30-50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Jednak bezrobotnych bez prawa do zasiłku wciąż przybywało.
Najgorsze było to, że jeśli ktoś stracił pracę, tracił także czynszowe mieszkanie i był wyrzucany wprost na bruk. Jak ludzie radzili sobie w takiej sytuacji? Jak grzyby po deszczu rosły osiedla bezrobotnych. Dziś nazwalibyśmy je slumsami. Cztery największe takie osiedla znajdowały się na Junikowie, Łazarzu, Dębcu i Górczynie. Na Górczynie np. mieszkało się w miejscu zwanym Nygusa Doły. Jednak najsłynniejszym osiedlem bezrobotnych było tzw. Wesołe Miasteczko, na tyłach terenów targowych. Nazwa wzięła się stąd, że w czasie Pewuki i krótko po niej działało tam rzeczywiście wesołe miasteczko z prawdziwego zdarzenia z karuzelami i ślizgawką wodną. Po rozebraniu wszystkich instalacji zaczęli się tam schodzić bezrobotni i budować altanki z tego, co zostało po lunaparku i z tego, co akurat mieli pod ręką.
Popularnością wśród bezrobotnych cieszył się jeden z torów wychodzących z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Prowadził na olbrzymie śmietnisko. Było ono ostatnią deską ratunku dla tych, których kryzys zepchnął na dno nędzy. Rozgrywające się tam sceny barwnie opisuje Jan Brygier w książce „Tak było w moim życiu”: „Najbardziej pożądane były wagony ze śmieciami. Do tego stopnia, że zanim jeszcze dotarły do śmietniska w celu wyładowania, jeszcze w biegu wskakiwano na nie. Wszyscy byli uzbrojeni w motyki i worki. To wszystko odbywało się przy głośnych krzykach i gorączkowej szarpaninie. Była to twarda walka o byt. Okrzyki: »To moje! «, »Nie bierz « lub »Bo dostaniesz w ryj! « były najłagodniejszymi z nich. Każdy wywijał dziabką, by jak najprędzej wyłowić jakieś żelastwo: śrubkę, nakrętkę, szmaty, kawał drewna, czasem jakąś część z mosiądzu lub miedzi. Przy takim wyścigu pełno było kurzu, ręce i twarze kompletnie czarne, poplamione od naoliwionych szmat. Tylko białka oczu błyszczały jak u Murzyna. Sprawne nakrętki czy śrubki próbowano sprzedać za 30-50 groszy, czyli za tyle, ile kosztowało kilo chleba. Kupowano kości do nagotowania zupy, a nader często jednak - wódkę.”
Ludzie łapali się każdego zajęcia, które mogło przynieść choćby skromny dochód. Jeden z bezrobotnych w pamiętnikach wspominanych przez Brygiera pisał: „Chodziłem jak wariat z miechem na grzbiecie od podwórza do podwórza. Skupowałem wszystko możliwe: szmaty i kości, skóry i butelki. Co za konkurencja! Pełno takich jak ja łatusów na mieście. Interes tylko groszowy, tylko grosze za dzień cały żmudnej pracy. Ale to już nie handel. To graniczy z żebractwem.”
Część bezrobotnych żywiła się w tzw. tanich kuchniach, z których korzystało dziennie około 900 osób. Wtedy w Poznaniu były cztery kuchnie dla biednych. Obiad składał się z jednego dania z kotła. Ten sam bezrobotny wspominał: "Prawie codziennie jadam obiady u św. Józefa. Ile to razy wchodzę do tej ciemnej, ponurej piwnicy, mam tu uczucie, że się duszę. W tej chwili gubię wszystko to, co posiadam jeszcze z godności człowieka i staję się łachmanem, żebrzącym o michę strawy".
Bezrobotni domagali się prawa do stałego zasiłku, wychodzili na ulice, manifestowali. W Poznaniu nie było tygodnia bez wiecu czy demonstracji. Policja brutalnie się z nimi obchodziła, stosowała gazy łzawiące, były masowe aresztowania. Gorliwość policji w rozpędzaniu manifestacji była tak duża, że gdy 3 kwietnia 1930 r. zebrało się na Starym Rynku 50 robotników z przedsiębiorstwa wykonującego prace dla miasta, policja - sądząc, że to bezrobotni - zaatakowała ich i rozpędziła, zanim zdołali wyjaśnić, po co przybyli.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień



