Misja z Beludżystanu

Michał Wybieralski
05.07.2009 , aktualizacja: 05.07.2009 12:38
A A A Drukuj
Czyli z historii Poznania
Z wystawy światowej, która odbyła się na Wembley, nadciągają do Poznania delegaci z Beludżystanu w Azji. Dostojnych gości ma podjąć Polsko-Tureckie Towarzystwo - przeczytali poznaniacy w "Przeglądzie Porannym" z 12 czerwca 1924 r. Szykuje się powiew wielkiego świata nad Wartą!



Tego samego dnia, wczesnym rankiem, w wojewódzkim wydziale bezpieczeństwa dzwoni telefon. To radca Ministerstwa Spraw Zagranicznych informuje, że misja z Beludżystanu wkrótce wjedzie do Poznania. Dwaj książęta z Azji chcą zwiedzić miasto, zamek i ratusz. Radca prosi w wydziale bezpieczeństwa, by otoczyć misję należytą ochroną.

O godz. 11 pod Dworzec Główny podjeżdża elegancki automobil francuskiej marki Berliet, który prowadzi szofer w liberii. W środku siedzi trójka mężczyzn: dwóch w barwnych turbanach, jeden w cylindrze. Za automobilem biegnie zaciekawiona gawiedź, a pod filarami dworca kręcą się policyjni tajniacy. Kiedy samochód zatrzymuje się pod dworcem, tajniacy meldują się polskiemu radcy towarzyszącemu egzotycznym gościom. Radca to ten w cylindrze i żakiecie, słońce odbija się w jego monoklu. Z głębi dworca wychodzi komendant policji w paradnym mundurze i białych rękawiczkach. U jego boku zwisa szabla. Komendant salutuje książętom z Beludżystanu i zapewnia, że jego podkomendni zadbają o spokojny przebieg wizyty. Goście wsiadają do automobilu i jadą pod Zamek.

Tu, przed główną bramą, wizytę zabezpiecza dwóch policjantów konnych w odświętnych mundurach i białych rękawiczkach. W bocznej ulicy, na wszelki wypadek, czeka cały pluton policji konnej. Przed zamkiem, w którym mieścił się uniwersytet, na książąt czeka dziekan w towarzystwie kilku profesorów. Dookoła tłumy poznaniaków. Ciżba jest tak wielka, że policja toruje książętom drogę na dziedziniec. Wizyta w gmachu trwa około godziny. Goście z Beludżystanu po francusku wypytują o architekturę budynku i lokalne zwyczaje. Na zewnątrz tłum jeszcze bardziej gęstnieje, tramwaje z trudem poruszają się po ulicy.



Kolejny punkt programu to wizyta w studiu fotograficznym Markiewicza, które mieści się naprzeciwko Teatru Polskiego. Droga do zakładu na piętrze kamienicy wiedzie po purpurowym dywanie, wśród oleandrów i girland. Książęta wchodzą do atelier. Ulica krzyczy "Niech żyje Beludżystan!". Pstryk! Pamiątkowe zdjęcie zostało zrobione, misja rusza na ratusz. Automobil powoli przesuwa się wzdłuż placu Wolności, za nim podążają tłumy poznaniaków. Jeden z książąt chce skosztować polskich papierosów, więc delegacja zatrzymuje się przed elegancką trafiką przy placu. Sprzedawca nawet nie chce słyszeć o zapłacie.

Przed ratuszem na misję czeka delegat rady miejskiej. - Witam dostojnych przedstawicieli dalekiego Beludżystanu - mówi i prowadzi po schodach. Wizyta trwa krótko, ale kończy się zaproszeniem na galowe przedstawienie w operze, które tego wieczoru ma odbyć się na cześć książąt. A w operze już trwa gorączkowe poszukiwanie nut beludżystańskiego hymnu.

Przed ratuszem radca podchodzi do policyjnego tajniaka. Mówi, że książęta mają już dość policyjnej eskorty i pragną wybrać się na podmiejską przejażdżkę automobilem. Potem wrócą odpocząć do apartamentów zarezerwowanych w hotelu Bazar. Tam też udają się chroniący ich policjanci.

Tymczasem wojewódzki wydział bezpieczeństwa telefonuje do Warszawy. Stolica nic nie wie o misji z Beludżystanu.

Automobil na pełnym gazie odjeżdża spod ratusza w stronę Ostrowa Tumskiego, a potem skręca na Starołękę. Tam książęta z Beludżystanu znikają raz na zawsze...



Niedługo po zniknięciu tajemniczych gości linia telefoniczna Poznań - Warszawa jest rozgrzana do czerwoności. Władze miasta z prezydentem Cyrylem Ratajskim na czele kipią z wściekłości. Książęta z Beludżystanu okazali się... przebierańcami.

Numer, na który nabrało się całe miasto, wymyślił Romuald Gantkowski. To postać niezwykle znana w międzywojennym Poznaniu. Był aktorem, reżyserem i znanym kawalarzem. To on poinformował prasę i wydział bezpieczeństwa o przybyciu misji. Wypożyczył też elegancki automobil, a stroje książąt zabrał z teatralnej garderoby. W rolę gości z Beludżystanu i radcy z ministerstwa wcielili się studenci Uniwersytetu Poznańskiego. A że byli na I roku, nikt ich nie rozpoznał i podczas wizyty w Zamku profesorowie nadskakiwali własnym uczniom!

Kiedy emocje wywołane egzotyczną misją opadły, wszyscy uznali ją za doskonały żart. Dużą klasę pokazał rektor Uniwersytetu i włodarze miasta. Ani myśleli o wyrzucaniu kawalarzy z uczelni czy wyciąganiu wobec nich jakichś konsekwencji. Co więcej, w prasie pogratulowali studentom doskonałego numeru.

Kiedyś Poznań to dopiero miał fantazję i poczucie humoru.

Przy pisaniu tekstu korzystałem z książki Aleksandra Janty "Duch niespokojny".

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy