Tym razem leci "Shoo Shoo Baby"

Radosław Nawrot
29.05.2009 , aktualizacja: 29.05.2009 18:53
A A A Drukuj
W niedzielę Zielone Świątki. 65 lat temu, w to właśnie święto, na Poznań spadły pociski amerykańskich bombowców
Zdjęcie amerykańskiego nalotu z kwietnia 1944 r. nadesłane do Gazety przez Michała Krzyżaniaka
Fot. Materiały Prasowe
Zdjęcie amerykańskiego nalotu z kwietnia 1944 r. nadesłane do Gazety przez Michała Krzyżaniaka
29 maja 1944 r. około tysiąc ciężkich bombowców z 8. Armii Powietrznej Stanów Zjednoczonych ruszyło w jedną z najdalszych wypraw w historii tej formacji. Część atakowała zakłady chemiczne w Policach, część - wyrzutnie bomb V-3 w Międzyzdrojach, jeszcze inne zaatakowały zakłady Focke Wulfa w Cottbus, Malborku, a także w Poznaniu.

Tu celem miały być przede wszystkim zakłady lotnicze na Krzesinach (9 kwietnia 1944 r. , w Wielkanoc, Amerykanie koncentrowali się głównie na Targach, o czym pisaliśmy w "Gazecie" w artykule "Atak skóry i kości").

Na zakłady krzesińskie skierowano 91 bombowców B-17. 58 kolejnych samolotów amerykańskich atakowało inne cele w Poznaniu. 19 maszyn skierowano na Piłę.

No i... good luck!

Na odprawie, która odbyła się o godz. 5 rano na lotniskach angielskich, piloci amerykańscy dostali instrukcje - zrzucić bomby na cele zaznaczone na mapie (pod nazwą Erzesinki) i pokazane im na zdjęciach lotniczych, a następnie wiać, ile pary w silnikach na północ, w stronę Bałtyku. No i good luck!

Powiedzieć bowiem, że była to misja ryzykowna, to powiedzieć mało. Przeszło 1000 km w jedną stronę, głównie nad terytorium okupowanym przez Niemcy. Na całej długości Luftwaffe trzymała pod parą mnóstwo myśliwców - zarówno szybkich i zwinnych jednomiejscowych Messerschmittów 109 i Focke Wulf 190, jak i ciężkich i wyposażonych w radary maszyn Messerschmitt Me 110, Messerschmitt Me 410, Junkers Ju 88 oraz Heinkel He 219 zwany Uhu, czyli Puchacz.

Amerykanom towarzyszyły eskortowe myśliwce P51 Mustang i P-47 Thunderbolt. Do samego Poznania dolecieć jednak nie mogły - zawracały gdzieś w okolicach Berlina. Dalej bombowce musiały sobie radzić same. Teoretycznie były ławym celem dla niemieckich samolotów, ale w prakyce zestrzelenie B-17 nie było wcale proste. Nieprzypadkowo te samoloty nazywano "Latającymi Fortecami". Każda naszpikowana 13 karabinami maszynowymi - sterczały one z przodu, z tyłu, z obu boków samolotu, a także z dolnej i górnej wieżyczki strzeleckiej. Forteca potrafiła się bronić i boleśnie kąsać napastnika. Gdy otworzyła ogień ze wszystkich karabinów, niełatwo było ją podejść. A gdy jeszcze samoloty leciały w wielkiej formacji, Niemcy napotykali ścianę ognia.

Michał Krzyżaniak, publikujący w serii wydawniczej "Festung Posen", przytacza zawarte w artykule "Slugging It Out For Ten Hours" wspomnienie Dicka Johnsona, który nad Poznań dotarł jako drugi pilot "Latającej Fortecy" o nazwie "Poque Ma Hone" (co w używanym w Szkocji starym języku gaelickim znaczyło tyle, co "Pocałuj mnie w d "). Amerykanie uwielbiali nadawać swym samolotom takie głupawe nieco nazwy.

Johnson wspomina: "Niebo było bezchmurne i nasze podejście, długie na 38 mil (ok. 61 km) dało prowadzącemu bombardierowi dużo czasu na zniwelowanie odchylenia z kursu, które wynosiło ok. 5 stopni na prawo od wyznaczonej trasy. ( ) kiedy tylko prowadzący samolot wypuścił pierwsze bomby, wszystkie pozostałe samoloty również je zrzuciły. Pomimo dość poważnego ognia artylerii przeciwlotniczej, celowniki Nordena, doskonale się w tej misji spisały. Większość fabryki została zniszczona jak również kilka budynków w jej pobliżu."

Dodajmy, że ten atak dobił fabrykę Focke Wulfa. Jej zakłady ucierpiały 9 kwietnia, ale wówczas Niemcy je odbudowali i uruchomili na powrót. Amerykańska repeta z 29 maja definitywnie zakończyła produkcję myśliwców Focke Wulf w Poznaniu.

Leci kobieta bez stanika

Sukces nalotu był więc duży, ale trzeba było zapłacić za to wysoką cenę. Nad samym Poznaniem fortece trafiły na bardzo silny ogień niemieckich dział przeciwlotniczych, który utrudnił im zadanie. Jednym z trafionych samolotów był bombowiec o nazwie "Shoo Shoo Baby", który zna chyba każdy fan lotnictwa.

W czasie wojny wśród amerykańskich żołnierzy wielką popularnością cieszył się tercet wokalny The Andrews Sisters. Były to trzy siostry, zabawiające Amerykanów swymi piosenkami. "Shoo Shoo Baby" było tytułem ich przeboju z 1943 r.

Załoga tego bombowca składała się z 10 fanów tego kawałka - nic dziwnego, że nazwali tak swój samolot. Nazwę wymalowali farbą na dziobie, a obok - efektowną blondynę i to na dodatek bez stanika! Spokojnie jednak - namalowali ją odwróconą plecami.

Samolot nad Poznaniem pilotowali Robert Guenther i George Havrisik. To jednak nawigator tego samolotu, John Lowdermilk relacjonował potem w artykule "Powrót Shoo Shoo Baby" z 2007 r., że niedługo po zrzuceniu bomb na Poznań samolot stracił trafiony niemieckimi pociskami pierwszy silnik, a nim nadleciał nad Bałtyk - kolejny. Zostały jeszcze dwa. "W tej sytuacji Bob zdecydował się lecieć do Szwecji, gdyż na dotarcie do Anglii nie mieliśmy już szans. Aby pokonać morze, musieliśmy wyrzucić z samolotu wszystko co ciężkie - karabiny maszynowe, amunicję, radio, nawet ubrania. Gdy zobaczyliśmy brzeg, Bob zapytał czy to na pewno Szwecja. Odpowiedziałem, że na pewno i że jesteśmy gdzieś koło miasta Ystad, ale gdy zaczęły do nas grzać działa przeciwlotnicze, zwątpiłem. Okazało się, że to prawdopodobnie tylko Szwedzi dawali nam sygnał, abyśmy niczego przypadkiem nie kombinowali. Wkrótce zgasł trzeci silnik i musieliśmy już lądować. Nadleciał szwedzki myśliwiec J-9 i towarzyszył nam, gdy z problemami lądowaliśmy w Malmö. Stał już tam poharatany kulami inny amerykański bombowiec, B-24 Liberator."

Szwecja była wtedy neutralna, ale po cichu sprzyjała Niemcom. Szwedzi internowali więc amerykańską załogę i przetrzymali ją przez rok, do końca wojny. Gdy skończyła się wojna, Amerykanie mogli wrócić z tej wyjątkowo długiej wyprawy na Poznań.

Natomiast sama "Shoo Shoo Baby" została po wojnie przerobiona na samolot pasażerski i służyła w liniach SAS. Kiedy wróciła do Ameryki, odrestaurowano ją i do dziś stoi w muzeum lotnictwa w Dayton, w stanie Ohio. Z adnotacją, że ten samolot brał udział w dramatycznym nalocie na Poznań 29 maja 1944 r.



Jak Czytelnicy wspominają amerykański atak "Skóry i Kości" z kwietnia 1944 r.

Kiedy po naszym tekście "Atak Skóry i Kości" zwróciliśmy się do Czytelników z apelem o wspomnienia związane z amerykańskimi nalotami na Poznań wiosną 1944 r., nie spodziewaliśmy się, że pamiętacie je Państwo, jakby wydarzyły się wczoraj.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy