Poznań AD 1709: Gdy umierali wszyscy

Radosław Nawrot
08.05.2009 , aktualizacja: 08.05.2009 17:24
A A A Drukuj
Z historii tego miasta

Fot. .
"Na świecie było tyle dżum co wojen. Mimo to dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych" - pisał Albert Camus w swej książce "Dżuma". Gdy świat wystraszył się pandemii świńskiej grypy, przypomnijmy, co stało się z Poznaniem równo 300 lat temu. "Pożalże się Boga, a smutno zaśpiewaj, pomnąc na to, jak śmierć czyściła te kąty, gdy pisano Tysiąc Siedemset i Dziewiąty". Ostrzegamy jednak, że nie jest to tekst do czytania przy śniadaniu.



Kobieta plotła w malignie, a krew płynęła jej z ust i nosa. Krzyczała przy tym przeraźliwie, wzywając i przeklinając na zmianę Boga Wszechmogącego. Na próżno. Wyzionęła ducha, gdy powoli świtało. Wielu ją znało. Powiadano, że chodziła do Szwedów. Kaszę im dostarczała i miód, ale powiadali, że nie tylko. Co osobliwe, bo to szantrapa. Felczer złapał jej ramię i uniósł szybkim ruchem, choć pospólstwo i tak dostrzegło czarne plamy na skórze. Napęczniała szyszka pod pachą była widoczna aż nadto. - Biada nam. To czarna śmierć! - jęknął felczer.

Tak mogła rozpocząć się 300 lat temu straszliwa epidemia, po której Poznań wymarł. To był koszmar, jaki trudno nam dziś sobie wyobrazić. Rok 1709 był zresztą jednym z najgorszych w dziejach miasta. Najpierw przyszła zima tak sroga, że wszystko zamarzło na trzy łokcie. Padały zwierzęta i umierali ludzie, pękały drzewa. Szwajcarscy meteorolodzy w 2004 r. wyliczyli, że była to najsroższa zima w ostatnich 500 latach.

Po zimie stulecia przyszedł nieurodzaj i głód. A na dodatek właśnie trwała wojna północna między Rosją a Szwecją. W Poznaniu stacjonowali Szwedzi, którzy rabowali, co się da. I to właśnie wracające z rosyjskich stepów szwedzkie zagony miały przywlec do miasta mór. Objawy zgadzały się z tymi, które opisywał Giovanni Boccaccio w "Dekameronie" po pierwszej wielkiej epidemii, która spustoszyła Europę (także Poznań) w latach 1346-1352. "W pachwinach i pod pachą pojawiały się nabrzmienia, przyjmujące kształt jabłka i zwane przez ludzi szyszkami. Wkrótce te śmiertelne opuchliny pojawiały się i na innych częściach ciała; od tej chwili zmieniał się charakter choroby: na rękach, biodrach i indziej występowały czarne albo sine plamy; u jednych były one wielkie i rzadkie, u drugich skupione i drobne".



To była dżuma, która - jak pisał Albert Camus - „obudziła swe szczury i posłała je, by umierały w szczęśliwym mieście”. Gryzonie przenosiły w sierści pchły, a te - pałeczki bakterii zwanej Yersinia pestis, która wywoływała nieuleczalną wtedy, przerażającą chorobę, zwaną czarną śmiercią od koloru plam, jakie powstawały na skórze. Straszną dżumę.

Jej potężne epidemie dziesiątkowały ludność świata od stuleci. W 1707 r. klującą się na ul. Żydowskiej w domu rzeźnika Pawła Jęcika (śp. oczywiście) chorobę udało się zażegnać, jak czytamy w kronikach, "gorącymi modlitwami zanoszących błagania do Syna Najświętszej Maryi Panny, a także wystawieniem Najświętszego Sakramentu". Epidemia z 1709 r. była już jednak nieprzejednana. Stanowiła ostatni atak dżumy na Europę (od Skandynawii po Serbię), ale zarazem atak, w którym Poznań ucierpiał najbardziej. Właściwie nie ma w Polsce miasta, które nie odnotowałoby tej daty. Pod Lesznem stoi nawet kamienny obelisk z napisem "Anno 1709". W miejscu, gdzie zmarli uciekający z chorego miasta ludzie.

Początkowo chorych natychmiast wypędzano z miast na pola, gdzie mieli dogorywać. Potem odwrotnie - kiedy okazało się, że Poznań i tak jest już zakażony, miasto zamknięto. Nikt nie mógł opuścić przerażającej pułapki.

Jak zagłada Sodomy i Gomory. W "Kronice poznańskich pisarzy miejskich" pod datą 1709 r. znajdujemy notatkę: "Bóg po trzykroć najlepszy, najpotężniejszy, zechciał za grzechy wymazać spośród żywych cały lud miasta Poznania i wszystkich jego przedmieść i wsi. Ci, którzy pozostali w mieście, tak byli zabijani bezlitosną zajadłością Prozerpiny - śmiercionośnej zarazy, że wywożono ich nagie zwłoki - co za rozpacz! - z miasta na wozach. W najpodlejszy sposób chowali ich grabarze w różnych ogrodach, niepoświęconych miejscach i naprzeciw klasztoru Bernardynów przy kolumnie z rzeźbą Chrystusa Zbawiciela, tam niepoliczeni nawet spoczywają w Panu". Notatek takich jest niewiele, bowiem w czasie moru obowiązywała... cenzura. Miała pomóc w walce z paniką.



„Daleko uciekał jeden od drugiego, przyjaciel już nie znał przyjaciela swego”. Dżuma przerażała jak mało co, ale w XVIII wieku coś już o niej wiedziano. Medycy w specjalnych maskach w kształcie ptasich dziobów (mieścił on olejki wonne, chroniące przez fetorem zwłok) próbowali ją nawet leczyć. Niektóre praktyki dziś wydają się zabawne - zalecano np. palenie tytoniu i... alkohol! Osób nietrzeźwych dżuma miała się nie imać. Ciekawe zalecenia lekarza, prawda? Na zarazę miały też pomagać czosnek, anielski korzeń (dzięgiel litwor, krewny selera), ocet, mirra, skórka pomarańczowa, bursztyn i tabaka (aczkolwiek nie wolno było po niej kichnąć, bo wtedy klops). Były też gorsze pomysły.



Uwaga! Ostrzegamy! Ten akapit mogą przeczytać tylko najodważniejsi!

Zauważono np. że dżuma, choć zabija psy, koty, krowy, to oszczędza konie. Zalecano zatem kąpiele w końskim moczu albo wręcz... picie go. Lekarz Johann Kanold w 1711 r. nakazywał z kolei: "Wycinano guzy od zmarłych i suszono je. Po sproszkowaniu podawano je chorym, co natychmiast przynosiło poprawę. Ubodzy byli na tyle odważni, że jeśli któryś z nich zachorował, sam przyjmował ropną materię. Dwóch czy trzech pozbyło się własnych guzów pijąc ropę".

Na początku 1709 r. Poznań liczył 12 tys. mieszkańców. 9 tys. z nich zmarło na skutek zarazy i jej pochodnych, np. głodu (w innych miastach było równie źle, w Pile np. ocalało siedem osób). Wielu żywych uciekło, także szwedzka załoga oraz burmistrz i radni (do Sierakowa). Poznań wymarł - stał się zupełnie pusty. Groził mu zupełny upadek. Uratował go król August II, który w październiku 1709 r. zwolnił miasto z podatków, a 6 września 1710 r. zezwolił na sprowadzenie osadników z zagranicy. Biskup poznański Krzysztof Szembek wskazał Bamberg. Do Poznania wkrótce przybyli Bambrzy i już w 1719 r. zasiedlili Luboń, potem Dębiec, Bonin, Rataje i inne wsie. Dostali drewno i ziarno, podnieśli miasto z ruin. Zakazano hodowli trzody w mieście i starano się poprawić stan sanitarny ulic. Rozpoczęło się np. zbieranie z nich odpadków. Do dawnej liczby mieszkańców Poznań wrócił jednak dopiero w 1777 r.

W końcu - jak pisze Albert Camus - "dżuma polega na zaczynaniu wszystkiego od nowa".

Cytaty wierszem z XVII-wiecznego akrostychu Michała Grodzkiego, nauczyciela i świadka tragedii

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów