Posłuszna Bogumiła
15.04.2010
, aktualizacja: 15.04.2010 12:40
Siostrzane Pożegnanie
27 marca 2010 r. - po dramatycznej walce ze śmiertelną chorobą - przestało bić serce naszej ukochanej siostry -Bogumiły z Laskowskich Posłusznej.
Miłka, Milunia, Mimi - trzecia z kolei spośród pięciu sióstr Laskowskich, jedna z pięciu, a jednak jedyna, niezastąpiona
Urodziła się 6 września 1944 r. w szpitalu powiatowym w Opatowie kieleckim, podczas nalotu radzieckich samolotów na gmach, oznaczony wyraźnie wymalowanym na dachu czerwonym krzyżem.
Młoda kobieta z pobliskiej wsi, wraz z urodzoną właśnie dziewczynką wyszła z budynku, by możliwie najprędzej znaleźć się w domu z mężem i starszymi dziećmi. Nie dotarła jeszcze do połowy drogi, wijącej się serpentyną wokół wzgórza, na którego szczycie stał szpital, kiedy nadleciały samoloty, oznaczone czerwonymi gwiazdami. Widziała wyraźnie, że szczyt wzgórza był ich celem. Zrzuciły kilka niewielkich bomb, po czym zaczął się systematyczny ostrzał zabudowań i dziedzińców wokół szpitala. Kobieta w panice zaczęła szukać kryjówki dla siebie i dziecka, gdy zobaczyła, że jeden z samolotów zawraca. Przypadła do ziemi, tuląc do piersi bezcenne zawiniątko. Własnym ciałem osłoniła maleństwo.
Dziecko przeżyło. Kiedy po zakończeniu nalotu znaleziono jego ofiarę, przyniesiono jej ocalałą córeczkę na oddział, gdzie urodziła się przed trzema dniami. Tam okazało się, że spośród kobiet, które w ostatnich dniach urodziły, najwięcej pokarmu ma matka urodzonej podczas nalotu Bogumiły. Takie imię dano dziewczynce, która przyszła na świat w tumanach kurzu i tynku, sypiącego się ze ścian szpitalnej piwnicy i przy akompaniamencie huku bomb. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że musi być szczególnie "miła Bogu", skoro wyszła zdrowo i cało z takich opresji.
Jeszcze nie umiała podejmować własnych decyzji, a już dzieliła się mlekiem własnej matki z wojenną sierotą. Ta jej mleczna siostra w przedziwny sposób stała się dla niej drogowskazem na całą drogę życia.
Nasza siostra Bogumiła nigdy nie żyła dla siebie. Zawsze miała serce otwarte dla wszystkich słabych, biednych i skrzywdzonych.
Kochana przez siostry, dla rodziców była zawsze promykiem słońca. Dzieciństwo upłynęło jej w atmosferze miłości, która była zawsze odpowiedzią na uczucia, jakie to urocze dziecko rozsiewało wokół siebie. Jako nastolatka - podjęła naukę w Prywatnym Liceum Sacré Coeur w Polskiej Wsi - Pobiedziskach. Jej potrzeba czynienia dobra prowadziła ją do aktywnej pracy w harcerstwie. Pomagała ciężko chorym, inwalidom, dzieciom. Jeszcze przed ukończeniem liceum znalazła się, jako ceniony członek, w szeregach kadry Szczepu ZHP - Pobiedziska, wchodzącego w skład Hufca - Poznań.
W Pobiedziskach mieszkały jej dwie starsze siostry. W latach nauki, a także później - będąc już kierowniczką Miejskiej Biblioteki w tym mieście - włączała się czynnie w wychowanie gromadki siostrzeńców. Dla wszystkich tych dzieci stała się ukochaną ciocią i wielkim autorytetem. Do końca życia troszczyła się o nich, starała się wspierać w trudnych chwilach życia, cieszyła się z ich sukcesów.
Musiała zmienić miejsce zamieszkania po śmierci matki, kiedy uznała, że jej pomoc jest niezbędna schorowanemu, osamotnionemu po śmierci żony ojcu. Odtąd jej życie toczyło się w Warszawie.
Pierwszą pracę w stolicy podjęła w Bibliotece Szkolnej L.O. im. Konopnickiej przy ul. Madalińskiego. Jej pasje pedagogiczne znalazły jednak upust dopiero w pracy dydaktycznej, gdy funkcję bibliotekarki szkolnej zaczęła łączyć z nauczaniem literatury polskiej, będąc równocześnie wychowawczynią kolejnych klas.
Miejscem, z którym na wiele lat związała swe życie zawodowe - stał się Zespół Szkół Ogrodniczych przy ul. Bełskiej. Tu również łączyła pracę w Bibliotece Szkolnej z nauczaniem literatury. Jako zaangażowana wychowawczyni - często zastępowała uczniom rodziców, a przynajmniej wspomagała ich czynnie w sytuacjach, gdy młodzi ludzie mieli poważne problemy, z którymi nie potrafili sobie radzić. Miłość uczniów towarzyszyła jej do chwili przejścia na emeryturę.
Ostatnie lata pracy zawodowej (będąc już emerytką) spędziła w Zespole Szkół Samochodowych przy Alei Jana Pawła II. Ta praca, wykonywana w niepełnym wymiarze godzin - pomagała jej żyć. Był to już bowiem czas jej bohaterskiej, nieustannej walki ze śmiertelną chorobą. W otoczeniu młodzieży i współpracowników, mogła skupiać całą swą uwagę na ich smutkach i radościach, w których uczestniczyła, na problemach zawodowych, zamiast rozpamiętywać coraz trudniejsze do zniesienia dolegliwości i cierpienia.
Warszawa stała się też miejscem, gdzie nasza siostra Miłka założyła rodzinę i stworzyła ukochanemu Małżonkowi i dwojgu dzieciom pełen ciepła i miłości dom. Była dla nich bezgranicznie oddaną Żoną, troskliwą, czułą, mądrą Matką, a od niedawna ukochaną Babcią Tymka, Nikusia, Kacpra i Karola.
Nieustannie czynna miłość tej niezwykłej kobiety - stworzyła jej najbliższym wprost wyjątkowe warunki życia, wzrastania, rozwoju fizycznego i emocjonalnego, pozwoliła pokonywać wszelkie trudności i życiowe rafy.
Wierząc niezbicie w "Świętych obcowanie", liczymy na to, że nie opuściła nas, że nadal pozostaje między nami, by wciąż "prostować nasze ścieżki".
Odeszła tuż przed Świętami Wielkanocy, a to właśnie pomaga wierzyć, że nadal będzie podążać śladem Zwycięzcy Śmierci i tę drogę będzie nam nadal wskazywać.
Miłka, Milunia, Mimi - trzecia z kolei spośród pięciu sióstr Laskowskich, jedna z pięciu, a jednak jedyna, niezastąpiona
Urodziła się 6 września 1944 r. w szpitalu powiatowym w Opatowie kieleckim, podczas nalotu radzieckich samolotów na gmach, oznaczony wyraźnie wymalowanym na dachu czerwonym krzyżem.
Młoda kobieta z pobliskiej wsi, wraz z urodzoną właśnie dziewczynką wyszła z budynku, by możliwie najprędzej znaleźć się w domu z mężem i starszymi dziećmi. Nie dotarła jeszcze do połowy drogi, wijącej się serpentyną wokół wzgórza, na którego szczycie stał szpital, kiedy nadleciały samoloty, oznaczone czerwonymi gwiazdami. Widziała wyraźnie, że szczyt wzgórza był ich celem. Zrzuciły kilka niewielkich bomb, po czym zaczął się systematyczny ostrzał zabudowań i dziedzińców wokół szpitala. Kobieta w panice zaczęła szukać kryjówki dla siebie i dziecka, gdy zobaczyła, że jeden z samolotów zawraca. Przypadła do ziemi, tuląc do piersi bezcenne zawiniątko. Własnym ciałem osłoniła maleństwo.
Dziecko przeżyło. Kiedy po zakończeniu nalotu znaleziono jego ofiarę, przyniesiono jej ocalałą córeczkę na oddział, gdzie urodziła się przed trzema dniami. Tam okazało się, że spośród kobiet, które w ostatnich dniach urodziły, najwięcej pokarmu ma matka urodzonej podczas nalotu Bogumiły. Takie imię dano dziewczynce, która przyszła na świat w tumanach kurzu i tynku, sypiącego się ze ścian szpitalnej piwnicy i przy akompaniamencie huku bomb. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że musi być szczególnie "miła Bogu", skoro wyszła zdrowo i cało z takich opresji.
Jeszcze nie umiała podejmować własnych decyzji, a już dzieliła się mlekiem własnej matki z wojenną sierotą. Ta jej mleczna siostra w przedziwny sposób stała się dla niej drogowskazem na całą drogę życia.
Nasza siostra Bogumiła nigdy nie żyła dla siebie. Zawsze miała serce otwarte dla wszystkich słabych, biednych i skrzywdzonych.
Kochana przez siostry, dla rodziców była zawsze promykiem słońca. Dzieciństwo upłynęło jej w atmosferze miłości, która była zawsze odpowiedzią na uczucia, jakie to urocze dziecko rozsiewało wokół siebie. Jako nastolatka - podjęła naukę w Prywatnym Liceum Sacré Coeur w Polskiej Wsi - Pobiedziskach. Jej potrzeba czynienia dobra prowadziła ją do aktywnej pracy w harcerstwie. Pomagała ciężko chorym, inwalidom, dzieciom. Jeszcze przed ukończeniem liceum znalazła się, jako ceniony członek, w szeregach kadry Szczepu ZHP - Pobiedziska, wchodzącego w skład Hufca - Poznań.
W Pobiedziskach mieszkały jej dwie starsze siostry. W latach nauki, a także później - będąc już kierowniczką Miejskiej Biblioteki w tym mieście - włączała się czynnie w wychowanie gromadki siostrzeńców. Dla wszystkich tych dzieci stała się ukochaną ciocią i wielkim autorytetem. Do końca życia troszczyła się o nich, starała się wspierać w trudnych chwilach życia, cieszyła się z ich sukcesów.
Musiała zmienić miejsce zamieszkania po śmierci matki, kiedy uznała, że jej pomoc jest niezbędna schorowanemu, osamotnionemu po śmierci żony ojcu. Odtąd jej życie toczyło się w Warszawie.
Pierwszą pracę w stolicy podjęła w Bibliotece Szkolnej L.O. im. Konopnickiej przy ul. Madalińskiego. Jej pasje pedagogiczne znalazły jednak upust dopiero w pracy dydaktycznej, gdy funkcję bibliotekarki szkolnej zaczęła łączyć z nauczaniem literatury polskiej, będąc równocześnie wychowawczynią kolejnych klas.
Miejscem, z którym na wiele lat związała swe życie zawodowe - stał się Zespół Szkół Ogrodniczych przy ul. Bełskiej. Tu również łączyła pracę w Bibliotece Szkolnej z nauczaniem literatury. Jako zaangażowana wychowawczyni - często zastępowała uczniom rodziców, a przynajmniej wspomagała ich czynnie w sytuacjach, gdy młodzi ludzie mieli poważne problemy, z którymi nie potrafili sobie radzić. Miłość uczniów towarzyszyła jej do chwili przejścia na emeryturę.
Ostatnie lata pracy zawodowej (będąc już emerytką) spędziła w Zespole Szkół Samochodowych przy Alei Jana Pawła II. Ta praca, wykonywana w niepełnym wymiarze godzin - pomagała jej żyć. Był to już bowiem czas jej bohaterskiej, nieustannej walki ze śmiertelną chorobą. W otoczeniu młodzieży i współpracowników, mogła skupiać całą swą uwagę na ich smutkach i radościach, w których uczestniczyła, na problemach zawodowych, zamiast rozpamiętywać coraz trudniejsze do zniesienia dolegliwości i cierpienia.
Warszawa stała się też miejscem, gdzie nasza siostra Miłka założyła rodzinę i stworzyła ukochanemu Małżonkowi i dwojgu dzieciom pełen ciepła i miłości dom. Była dla nich bezgranicznie oddaną Żoną, troskliwą, czułą, mądrą Matką, a od niedawna ukochaną Babcią Tymka, Nikusia, Kacpra i Karola.
Nieustannie czynna miłość tej niezwykłej kobiety - stworzyła jej najbliższym wprost wyjątkowe warunki życia, wzrastania, rozwoju fizycznego i emocjonalnego, pozwoliła pokonywać wszelkie trudności i życiowe rafy.
Wierząc niezbicie w "Świętych obcowanie", liczymy na to, że nie opuściła nas, że nadal pozostaje między nami, by wciąż "prostować nasze ścieżki".
Odeszła tuż przed Świętami Wielkanocy, a to właśnie pomaga wierzyć, że nadal będzie podążać śladem Zwycięzcy Śmierci i tę drogę będzie nam nadal wskazywać.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



