Zawot Mary (1900-1978)
26.02.2010
, aktualizacja: 26.02.2010 10:59
Minęła już 30 rocznica śmierci cioci Marynki z USA. Osobiście poznałem ciocię w Polsce latem 1960 r., natomiast znacznie wcześniej wiedziałem, że od wielu lat mieszka w Ameryce. Ciocię do Ameryki "ściągnął" kuzyn Józef Nadolny, który w obcym środowisku chciał mieć kogoś bliskiego. Wspominając ciocię pragnę przypomnieć jej ślad na dwóch kontynentach i ocalić ją od zapomnienia.
Ciocia urodziła się 1 lipca 1900 r. w Wieszkowie, w powiecie kościańskim. Rodzice Jadwiga z domu Nadolna i Jan Grzesiński byli właścicielami kilkunastu mórg ziemi. Na chrzcie św. w kościele parafialnym w Lubiniu dano jej na imię Marianna. Dla rodziny i krewnych była Marynką, w Ameryce została Mary. Ciocia była drugim z kolei dzieckiem, pochodziła z wielodzietnej rodziny i miała siedmioro rodzeństwa (Leon, Małgorzata, Wojciech, Tomasz, Katarzyna, Antoni i Franciszek).
W takich rodzinach starsze rodzeństwo opiekowało się młodszym. Tak rodziło się braterstwo i rozwijała solidarność, a głębokie więzy rodzinne przetrwały życiowe burze. Liczna rodzina żyła bardzo skromnie pod troskliwą opieką matki. To ona ciężką pracą stawała się zapewnić byt dzieciom i wychować swe potomstwo na przyzwoitych ludzi i dobrych obywateli. Ojciec cioci przez wiele lat mieszkał w Niemczech, gdzie pracował jako górnik w Westfalii. Na stałe wrócił do rodziny jako inwalida po ciężkim wypadku pod ziemią.
W Wieszkowie ciocia chodziła do szkoły, którą ukończyła na krótko przed pierwszą wojną światową. Była uczennicą dobrą i pilną, ale na dalszą naukę brakowało pieniędzy, a rodzeństwa w domu przybywało. W tej sytuacji rodzice zdecydowali o dalszym losie dziecka i stosownie do panującego zwyczaju, oddali córkę na służbę za wikt i skromną zapłatę. Kilka miesięcy później, w wieku 47 lat zmarł ojciec, a trudna dotąd sytuacja materialna rodziny jeszcze się pogorszyła. Warto też wspomnieć, że rok wcześniej na służbę oddany został Leon, najstarszy z rodzeństwa. Był taki czas, że Marynka i Leon byli na służbie w tej samej miejscowości, ale każdy oddzielnie. Bardzo się jednak wzajemnie wspierali. Z racji tej właśnie pracy rzadko widywali się z rodziną.
Kiedyś, przeglądając rodzinne pamiątki, znalazłem wśród nich książeczkę pracy cioci Marynki z czasów służby. Wpisane opinie Chlebodawców po niemiecku i po polsku, podkreślały wzorowe wykonywanie obowiązków i nienaganne się prowadzenie.
Takie referencje często ułatwiały znalezienie lepszej pracy, natomiast w odrodzonej i niepodległej Polsce ciocia nadal była na służbie, a najbliższa przyszłość nie rokowała poprawy jej losu.
Po latach pewne zdarzenie z rodzinnego domu tak wspominał mój ojciec Tomasz, wówczas 12 letni chłopiec: "mógł to być rok 1919 lub początek roku 1920, kiedy pewnego dnia listowy przyniósł list z Ameryki zaadresowany do mojej matki.
Zakłopotanie jej było duże tym bardziej, że nikt z krewnych w Ameryce nie mieszkał, a na kopercie nie było nadawcy. Dopiero po otwarciu listu zafrasowanie matki ustąpiło miejsca nieopisanej radości. JÓZEF żyje!"
Przypadkowym świadkiem tego epizodu była również Marynka. Nadawca listu Józef Nadolny (syn Katarzyny mieszkającej w Niemczech) był najstarszym siostrzeńcem mojej babci Jadwigi. Podczas I wojny światowej Józef służył w niemieckiej armii, z której zdezerterował. Za czyn zbrojny, jakiego się dopuścił na kilku oficerach groził mu sąd wojenny. Opatrzność jednak nad nim czuwała i cudem uniknął kary śmierci. Jeszcze w czasie wojny, dzięki ludziom dobrej woli dostał się na statek w Rotterdamie i wypłynął do Ameryki.
Wspomniany list i dalsza korespondencja, zaowocowały przełomowymi zmianami w życiu cioci. Na zaproszenie kuzyna, który załatwił wszelkie formalności, Marynka na stałe opuściła dom rodzinny i w styczniu 1921 r. popłynęła do USA. Podróż miała z przygodami. Statek pasażerski szczęśliwie dopłynął do Kopenhagi, ale sroga zima skutecznie uniemożliwiła dalszą żeglugę. Pasażerowie - jak opowiadała ciocia - koczowali w porcie morskim marznąc niemiłosiernie. Dopiero po sześciu tygodniach statek wyruszył w docelowy rejs do Nowego Jorku. Ciocia zatrzymała się u Józefa. Miała przysłowiowy dach nad głową, pełne utrzymanie, opłacone kursy angielskiego i tak krok po kroku wtapiała się w nowe realia. Dzięki kuzynowi dostała pracę i zaczęła życie na własny rachunek, a mimo to młoda dziewczyna w obcym dla niej świecie bardzo tęskniła za matką i rodzeństwem. W połowie lat 20. XX wieku Marynka sprowadziła do Ameryki brata Leona, który wówczas mieszkał i pracował w Oberhawsen (Niemcy). Najstarsze rodzeństwo osiedliło się w stanie New Jersey. Odtąd aż do końca swego żywota Marynka i Leon mieszkali blisko siebie, utrzymywali serdeczne kontakty i często się odwiedzali. Mary utrzymywała też serdeczną więź z kuzynem Józefem. Ciocia zamieszkała w Garfield i tu poznała Piotra Zawot, rodowitego Polaka za którego wyszła za mąż. Wujostwo mieli dwóch synów - Tadeusza, który zmarł jako małe dziecko i Edwarda rocznik 1927. Rodzice zadbali o solidne wykształcenie dla jedynaka. Edward ukończył studia techniczne i został inżynierem. Po latach ciężkiej pracy spełniło się marzenie Mary i Piotra. W Clifton kupili mały dom, który przez wiele lat był rodzinną, spokojną i bezpieczną przystanią. Tak było do połowy roku 1955. Nieuleczalnie chory mąż pocieszał swoją Mary i prosił aby nie płakała po jego śmierci. Masz kochanego i dobrego syna - mówił - który będzie twoim najlepszym opiekunem. Piotr (1894 - 1955) zmarł 3 lipca 1955 r. w Clifton.
Po ślubie syna Edwarda z panną Heleną Sudoł, ciocia sprzedała swój domek i kupiła duży dom w Hackensack. Decyzji o kupnie przestronnego i wygodnego domu przyświecała myśl, że będzie to gniazdo dla wielkopokoleniowej rodziny. Wspomnę jeszcze, że w Hackensack urodzili się wnukowie cioci: Peter Edward (1956) i Edward John (1958), którzy mieli wspaniałe warunki do życia i rozwoju.
Przerwana drugą wojną światową korespondencja z bliskimi w Polsce, wznowiona została po zakończeniu działań wojennych w Europie. W mej pamięci zachowały się okruchy wspomnień listów od cioci, pełne troski o matkę i rodzeństwo. Za to dobrze pamiętam niezliczone paczki z żywnością, odzieżą, środkami czystości, lekarstwami, itp. W latach powojennych była to bezcenna pomoc.
Pragnienie odwiedzenia krewnych w Ojczyźnie narastało przez lata, a spełniło się dopiero w czerwcu 1960 roku. Na dwa miesiące do Polski przyleciała ciocia z bratem Leonem, serdecznie witani przez rodzeństwo i gościnnie przyjmowani w rodzinnych kręgach. Wspomnę tylko, że nie było już wśród żywych matki, brata Wojciecha i siostry Małgorzaty. Odwiedziny były ogromnym wydarzeniem i niezapomnianym przeżyciem, a spotkania familijne stały się okazją do poznania licznej rodziny. Po kilku latach okazało się, że spotkania te były ostatnimi w życiu rodzeństwa.
Ciocia z pobytu w Ojczyźnie była bardzo zadowolona i do USA wracała w radosnym nastroju. Nie przebrzmiały jeszcze echa odwiedzin, gdy od cioci dostałam list z przerażającą wiadomością o śmierci syna. Edward zmarł nagle na zawał serca 5 kwietnia 1962 r., a w grudniu 1964 r. zmarł na atak serca brat Leon. Ciocia w bólu i cierpieniu przyjęła okrutne zrządzenie losu, które zabrało jej ukochanego syna i opiekuna na stare lata.
Świat cioci się zawalił, a jedyną motywacją do życia byli ukochani wnukowie, którymi się opiekowała i pomagała synowej w wychowaniu chłopców na dobrych ludzi. Piotr i Edward ukończyli studia wyższe.
Po przeszło 40 latach na nowo odczytuję cioci myśli zapisane w listach do mnie. Mimo krytycznego stanu przeżyła atak serca w 1970 r., a trzy lata później miała ciężką operację głowy. Podupadła bardzo na zdrowiu, a choroby, jak pisała, poważnie ograniczyły jej aktywne życie. Starość ją przytłaczała: "bo ty nie wiesz jak smutno być starym i bez rodziny". W innym z listów, jakby na pocieszenie tak pisała: "często myślami jestem w mojej Ojczyźnie i młode lata się przypominają jak dobrze było w rodzinnym domu, choć nie było rozkoszy ale było nam wesoło z naszą kochaną mamusią". Zawsze ciepło i serdecznie wspominała odwiedziny w Polsce, a w maju 1974 r. pisała: "ja mam bardzo ochotę zobaczyć Was Wszystkich przed śmiercią". Nie zobaczyła! Ciocia Marynka zmarła 3 kwietnia 1978 r., a dwa dni później została pochowana. Niech odpoczywa w pokoju.
P.S. W lipcu 2005 r. wnuk Edward z synem Joshua specjalnie przyjechał do Polski, aby zobaczyć dom rodzinny swej babci. Podczas rodzinnego spotkania, wręczyłem mu wspomnianą książeczkę pracy jego babci, założoną w roku 1915. Edward był wzruszony.
Cześć Jej pamięci
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



