Seroka Witold
10.08.2009
, aktualizacja: 10.08.2009 13:43
"Los jest myśliwym ". To on wybiera, decyduje, od niego właściwie wszystko zależy Autor tych słów miał chyba rację...
Wydaje mi się, że Witka znam od zawsze. A na pewno przez wszystkie lata spędzone na lotnisku. W Kobylnicy zaczął rok wcześniej. Była to silna grupka: Waldek, Leszek, Paweł, Kaziu, Róża i On. Ze mną byli Tomek, Szymek, Krzysiek, Zbyszek, później doszli Mariusz, Paweł, Michał, drugi Waldek,.. Mieliśmy wtedy niedościgłe wzorce - Gromek, Waldek, Janusz, Rajmund, Ździchu, Heniu, zawodnicy, którym za wszelką cenę chcieliśmy dorównać. Szybowcowe szkolenie podstawowe, rywalizacja o prawo do latania na jednej z pięciu Much Std, licencja, zaraz potem, niejako naturalnie, samoloty. Kochany Jak - 18 Bez względu na pogodę, w wolnym od szkoły czasie zbiórka o 8:00 w Kobylnicy i decyzja - co robimy. A dzień niekoniecznie musiał być łaskawy dla młodych pilotów...
Różnie potoczyły się nasze losy. Dla jednych służba wojskowa, dla innych studia, później praca zawodowa. LOT, ZUA, lotnictwo wojskowe, aeroklub. Witek szukał. Szybowcowa Kadra Juniorów, zawody samolotowe, akrobacja, też na pokazach. Praca nad polami w Polsce i w Afryce, latanie w aeroklubie, gaszenie pożarów. Cały czas w zawodzie. Z ptasim zmysłem do latania. Samolot, szybowiec, ULM, śmigłowiec - dla innych byłyby to wyzwania, dla Niego nie. On po prostu w to wsiadał i leciał. Jakże pięknie Niektórzy ze śmiechem mówili, że nawet przysłowiowe drzwi do hangaru by Mu się nie oparły. Wychodził cało z sytuacji, w których inni sobie nie poradzili. Los wtedy był łaskawy
Odnosiłem czasami wrażenie, że Witek nie uczył się latać. On umiał to od zawsze, latanie miał we krwi. Trudno mówić, że miał to w genach, bo nie pochodzi z lotniczej rodziny. Ale na pewno jest przykładem spotkania się człowieka z jego powołaniem. To los sprawił, że zajął się lotnictwem. A mogło być inaczej, bo kochał też samochody. To była Jego druga pasja. Ile ich w sumie miał, sam nie potrafił już zliczyć. Zawsze wyeksploatowane. Nie miały dla Niego tajemnic, przywracał im drugie życie. W garażu i za kółkiem czuł się niezwykle pewnie, miał wszystkie możliwe uprawnienia z nauką jazdy włącznie
Zmieniali się nasi instruktorzy, w pewnym momencie sami nimi zostaliśmy. On także, jako jeden z pierwszych. Zaczął przekazywać swoje niesamowite umiejętności innym pilotom. Lot tuż nad polem podczas oprysku, akrobacja na Zlinie, lot po kręgu szybowcem, podejście IFR przy minimach - to była praktyczna wiedza lotnicza do pozazdroszczenia. Finezja pilotażu, niedościgły wzór. W pewnym sensie szczęście mieli ci, których szkolił, bo przekazywał im rzeczy, których z książki się nie nauczy. Jego uczniowie latają bardzo dobrze, wiem o tym, bo wypuszczałem ich czasami do pierwszego samodzielnego lotu. Zero instruktorskiego stresu, pewniaki. Jak On to robił nie wiem, zważywszy, że nigdy nie lubił mówić zbyt dużo. Kilka zdań bez kartki wyrastało do rangi wydarzenia, o którym się mówiło - "Witek się rozgadał". W kabinie też się raczej nie odzywał. Skąd Jego uczniowie wiedzieli, co mają w danym momencie robić? - nie wiem. Widać miał na to swoje sposoby.
Przyszły czasy, że musiał przekonać się do lotniczej biurokracji. Śmiałem się z Niego, że pokochał znienawidzone papiery. Jego laptop wręcz się pocił. Ale Witek taki już był - obowiązki wykonywał sumiennie. Zawsze porządek, wszystko zaplanowane, ułożone. JARy, programy (w szczególności ten dla ULM, o który w swoim czasie walczył jak lew), instrukcje, wszystko w małym paluszku. Aby później na lotnisku nie było niespodzianek.
Od zawsze związany był z Aeroklubem Poznańskim, z Kobylnicą, na skraju której stoi Jego dom. Początkowo etatowy mechanik, po służbie wojskowej (Dęblin oczywiście i raczej służbowo tamtejszy aeroklub) instruktor. Kilka lat pracował w ZUA Szczecin, wrócił jednak do swojego aeroklubu na stanowisko Szefa Wyszkolenia.
Witold Seroka urodził się 5 października 1953 r. Los chciał, że zmarł w swoim domu pozostawiając nas samych 20 grudnia 2006 r. Za wcześnie
Pochowany został na cmentarzu na Miłostowie 28 grudnia 2006 r.
Wydaje mi się, że Witka znam od zawsze. A na pewno przez wszystkie lata spędzone na lotnisku. W Kobylnicy zaczął rok wcześniej. Była to silna grupka: Waldek, Leszek, Paweł, Kaziu, Róża i On. Ze mną byli Tomek, Szymek, Krzysiek, Zbyszek, później doszli Mariusz, Paweł, Michał, drugi Waldek,.. Mieliśmy wtedy niedościgłe wzorce - Gromek, Waldek, Janusz, Rajmund, Ździchu, Heniu, zawodnicy, którym za wszelką cenę chcieliśmy dorównać. Szybowcowe szkolenie podstawowe, rywalizacja o prawo do latania na jednej z pięciu Much Std, licencja, zaraz potem, niejako naturalnie, samoloty. Kochany Jak - 18 Bez względu na pogodę, w wolnym od szkoły czasie zbiórka o 8:00 w Kobylnicy i decyzja - co robimy. A dzień niekoniecznie musiał być łaskawy dla młodych pilotów...
Różnie potoczyły się nasze losy. Dla jednych służba wojskowa, dla innych studia, później praca zawodowa. LOT, ZUA, lotnictwo wojskowe, aeroklub. Witek szukał. Szybowcowa Kadra Juniorów, zawody samolotowe, akrobacja, też na pokazach. Praca nad polami w Polsce i w Afryce, latanie w aeroklubie, gaszenie pożarów. Cały czas w zawodzie. Z ptasim zmysłem do latania. Samolot, szybowiec, ULM, śmigłowiec - dla innych byłyby to wyzwania, dla Niego nie. On po prostu w to wsiadał i leciał. Jakże pięknie Niektórzy ze śmiechem mówili, że nawet przysłowiowe drzwi do hangaru by Mu się nie oparły. Wychodził cało z sytuacji, w których inni sobie nie poradzili. Los wtedy był łaskawy
Odnosiłem czasami wrażenie, że Witek nie uczył się latać. On umiał to od zawsze, latanie miał we krwi. Trudno mówić, że miał to w genach, bo nie pochodzi z lotniczej rodziny. Ale na pewno jest przykładem spotkania się człowieka z jego powołaniem. To los sprawił, że zajął się lotnictwem. A mogło być inaczej, bo kochał też samochody. To była Jego druga pasja. Ile ich w sumie miał, sam nie potrafił już zliczyć. Zawsze wyeksploatowane. Nie miały dla Niego tajemnic, przywracał im drugie życie. W garażu i za kółkiem czuł się niezwykle pewnie, miał wszystkie możliwe uprawnienia z nauką jazdy włącznie
Zmieniali się nasi instruktorzy, w pewnym momencie sami nimi zostaliśmy. On także, jako jeden z pierwszych. Zaczął przekazywać swoje niesamowite umiejętności innym pilotom. Lot tuż nad polem podczas oprysku, akrobacja na Zlinie, lot po kręgu szybowcem, podejście IFR przy minimach - to była praktyczna wiedza lotnicza do pozazdroszczenia. Finezja pilotażu, niedościgły wzór. W pewnym sensie szczęście mieli ci, których szkolił, bo przekazywał im rzeczy, których z książki się nie nauczy. Jego uczniowie latają bardzo dobrze, wiem o tym, bo wypuszczałem ich czasami do pierwszego samodzielnego lotu. Zero instruktorskiego stresu, pewniaki. Jak On to robił nie wiem, zważywszy, że nigdy nie lubił mówić zbyt dużo. Kilka zdań bez kartki wyrastało do rangi wydarzenia, o którym się mówiło - "Witek się rozgadał". W kabinie też się raczej nie odzywał. Skąd Jego uczniowie wiedzieli, co mają w danym momencie robić? - nie wiem. Widać miał na to swoje sposoby.
Przyszły czasy, że musiał przekonać się do lotniczej biurokracji. Śmiałem się z Niego, że pokochał znienawidzone papiery. Jego laptop wręcz się pocił. Ale Witek taki już był - obowiązki wykonywał sumiennie. Zawsze porządek, wszystko zaplanowane, ułożone. JARy, programy (w szczególności ten dla ULM, o który w swoim czasie walczył jak lew), instrukcje, wszystko w małym paluszku. Aby później na lotnisku nie było niespodzianek.
Od zawsze związany był z Aeroklubem Poznańskim, z Kobylnicą, na skraju której stoi Jego dom. Początkowo etatowy mechanik, po służbie wojskowej (Dęblin oczywiście i raczej służbowo tamtejszy aeroklub) instruktor. Kilka lat pracował w ZUA Szczecin, wrócił jednak do swojego aeroklubu na stanowisko Szefa Wyszkolenia.
Witold Seroka urodził się 5 października 1953 r. Los chciał, że zmarł w swoim domu pozostawiając nas samych 20 grudnia 2006 r. Za wcześnie
Pochowany został na cmentarzu na Miłostowie 28 grudnia 2006 r.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

