Józefczyk Stanisław

Mirosława Józefczyk
27.08.2007 , aktualizacja: 27.08.2007 13:29
A A A Drukuj
W 1865 r. w Haczowie na Podkarpaciu urodził się Ignacy Józefczyk (ojciec Stanisława). Pierwszą jego żoną była Karolina Klamot. Mieli sześcioro dzieci. Pod koniec I wojny światowej przez Haczów i okolice cofała się rozbita armia rosyjska. Dezerterzy rabowali, mordowali i podpalali domy z polskimi mieszkańcami. Prawdopodobnie podczas takich działań została zastrzelona Karolina Józefczyk. Zdeterminowany Ignacy ożenił się po raz drugi z Salomeą Rymar - młodszą od niego o 28 lat. Aby zapewnić rodzinie lepsze warunki życia w 1921 r. zabrał żonę, sześcioro dzieci z pierwszego małżeństwa, jedno z drugiego i przeniósł się do Mściszewa koło Murowanej Gośliny. Ignacy urządzał nowe gospodarstwo, a Salomea zajmowała się domem i dziećmi. Urodziła jeszcze syna i córkę. Po śmierci Ignacego wyszła ponownie za mąż za Wojciecha Krupę. Przy kolejnym ciężkim porodzie zmarło dziecko, a po krótkim czasie również matka.

Pierwszym dzieckiem Ignacego i Salomei urodzonym w Wielkopolsce był Stanisław (ur. 20.04.1922 w Mściszewie gm. Oborniki). Do szkoły powszechnej chodził w Mściszewie i Murowanej Goślinie. Po śmierci matki wyjechał do Poznania. Mieszkał u starszej, zamężnej siostry i zdobył zawód obuwnika. Pracował w zawodzie do czasu powołania do wojska do jednostki saperów. Po wojnie pracował w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. W 1956 r. brał udział w Poznańskich Wypadkach Czerwcowych. Nie mógł przecież być obojętnym wobec hasła "pracy i chleba". Wspominał o pobycie na ul. Kochanowskiego zawsze z jednakowym zdziwieniem "jak Polak mógł strzelać do Polaka?".

26 XII 1947 r. ożenił się z Leokadią Ratajczak i zamieszkali w Skórzewie koło Poznania, gdzie na ziemi otrzymanej w posagu postawili dom. Urodziło im się trzech synów. Stanisław był człowiekiem bardzo pracowitym, ale na wszystko zawsze znalazł czas. Na jego podwórku musiało być gwarno. Chodziły kury, kaczki, pies, kot, a wszystko we wspaniałej komitywie, oswojone i zadbane. Lubił grać na ustnej harmonijce i akordeonie, śpiewać, bawić się, żartować i urządzać psoty. Był bardzo otwarty na ludzi i pogodny. Nie przywiązywał wagi do pieniędzy. Rodzinną kasę trzymała żona. Gdy trzeba było coś zrobić dla kościoła, szkoły, wsi czy kogokolwiek z sąsiadów nigdy nie zapytał za ile, tylko stawał do pracy.

Teścia poznałam około 1970 roku. Nigdy nie mieszkaliśmy razem, ale był częstym gościem u nas. Kochał wnuki i zabawy z nimi. Ja szyłam chałupniczo piłki ze skóry, a on jako obuwnik, wprowadzał mi ułatwienia w tej dosyć ciężkiej pracy. Zabierał dzieci na spacery, abym mogła spokojnie pracować. Przekazywał im zawsze bardzo praktyczne życiowe rady - chyba z dobrym skutkiem, bo wyrośli na wartościowych ludzi. Nie powstydziłby się żadnego wnuka. Bardzo był dumny z wnuczek-bliźniaczek, bo to rzadkość w rodzinie, a od chłopców oczekiwał, że będą jego godnymi następcami i nazwisko Józefczyk nie zginie.

Miał bardzo ładny głos i lubił śpiewać. W związku z czym należał do chóru kościelnego. Chodził na próby, aby ćwiczyć, zwłaszcza przed uroczystościami kościelnymi, podczas których chór występował. W czasie tych spotkań nie tylko śpiewano, ale również omawiano problemy członków chóru lub innych mieszkańców wsi. Wtedy przecież można było dowiedzieć się, czy ktoś nie potrzebuje pomocy.

Jako emeryt pracował na stanowisku palacza w szkole w Skórzewie. Nie pilnował tam ściśle godzin pracy, ale robił co widział, że jest do zrobienia. Chętnie rozmawiał z uczniami mówiąc im o uczciwości i pracowitości. Niejeden dostał burę za niecenzuralne słowa, których teść po prostu nienawidził. Niejeden z nich wspomina z sentymentem jak szybko odpisywał lekcje w czasie przerwy ukryty gdzieś w zakamarkach pomieszczeń kotłowni. Doceniali to, bo chętnie mu pomagali, jeżeli przy czymś pomóc mu mogli. On zło nazywał złem bez owijania w bawełnę, jednocześnie wierzył w największego rozrabiakę, że będzie porządnym człowiekiem. Namawiał do uczciwego życia, śmiało potępiał głupotę, bezmyślność lub wyrządzanie krzywdy ludziom czy zwierzętom.

Zmarł nagle 26 października 1994 r. wcześnie rano. Wstał, aby iść napalić w piecu w szkole, upadł z powrotem na tapczan, a lekarz z pogotowia ratunkowego stwierdził zgon. Pozostawił w wielkim smutku piętnastu członków swojej najbliższej rodziny; dziś jest dwadzieścioro.

O tym, jak był szanowanym człowiekiem świadczyła liczba osób na jego pogrzebie. Przyjechało wielu członków rozproszonej po całej Polsce rodziny, ale przyszli również prawie wszyscy nauczyciele i uczniowie ze szkoły, członkowie chóru kościelnego oraz mieszkańcy Skórzewa. Pamięć o nim nie zaginęła, a świadczy o tym ilość zniczy zapalanych na Święto Zmarłych oraz w ciągu całego roku. Ciągle nam Go brakuje. Nikt tak nie potrafi cieszyć się z czyjegoś powodzenia, pochwalić, gdy ktoś zrobił coś dobrego. On takie sytuacje zauważał, bezbłędnie wychwytywał i bardzo pozytywnie na nie reagował.

W 2003 roku odbył się Zjazd rodziny Józefczyków. Było nam - jego najbliższym niezmiernie miło, gdy wielu uczestników wspominało go z dużym poważaniem. To on był w przeszłości takim łącznikiem rodziny, on inicjował spotkania, chętnie odwiedzał innych i bardzo się cieszył z odwiedzin u siebie. Bardzo nam go tam wszystkim brakowało, bo wniósłby swoją obecnością jeszcze więcej radości z tego spotkania.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów