Czerwińska Jadwiga

Córka Elżunia
27.08.2007 , aktualizacja: 27.08.2007 13:26
A A A Drukuj
W 25 rocznicę śmierci.
Nie do wiary, ale to już 25 lat! Coś jakby srebrne wesele. I byłoby, tyle, że to czas kiedy Ciebie z nami nie ma. Moja Jadzia - tak o Tobie myślę, mojej Matce. Witam Cię co rano uśmiechniętą na portrecie wiszącym naprzeciwko mojego łóżka. Wiem, że z tego miejsca przyglądasz się mojemu życiu i je akceptujesz. Jesteś moją zachętą do działania, szczęśliwą gwiazdą, dobrym duchem. Chcę byś mogła być ze mnie dumna.

Odeszłaś w nocy z 21 na 22 sierpnia po paskudnej chorobie, którą kryłaś, podejrzewając że jest, by nas nie martwić. W momencie, kiedy okazało się to najgorsze, miałam na sobie spakowany plecak, spiesząc na pociąg do Zakopanego. Po prostu go zdjęłam i już się nie spieszyłam. Popłakiwałam sekretnie, kiedy nie było Cię obok, a Ty podeszłaś i z uśmiechem i wzruszeniem ramion powiedziałaś: "nie ma się czego martwić, przecież ja się dobrze czuję".

Ostatniego wieczoru przed operacją, która mogła zdeformować Twoje ciało, biegłaś do mnie po korytarzu szpitalnym w czerwonym, własnoręcznie uszytym szlafroku, wlewając we mnie wiarę, że będzie dobrze. Był 28 października, środa - dzień operacji. I tak, jak Ty obszywałaś skurzawkę w dniu mojej matury, tak ja namiętnie sprzątałam w dniu Twojej operacji. W końcu przyszła wiadomość co dało się zrobić i że otworzyłaś oczy. Mimo 69 lat i okaleczenia, dzielnie zbierałaś się z łóżka, żeby nie być ciężarem... tylko na 10 miesięcy. Byłam już dorosła, miałam swój dom i dziecko, swoje oddzielne życie, ale dla mnie odeszłaś stanowczo za wcześnie. Zostawiłaś mi jednak coś wielkiego, coś ciągle obecnego i bezcennego, swój ślad na całe życie - skalę wartości, która ciągle się sprawdza. Zostawiłaś też swój serdeczny uśmiech, życzliwość i tolerancję, która właśnie w Twoim wydaniu jest taka, o jaką chodzi w życiu: zauważaj w drugim człowieku jego dobre strony, pokaż mu je jemu samemu, poszukaj ich w nim z życzliwością.

Zawsze wiedziałam, że jesteś po mojej stronie i kiedy odeszłaś, odczułam stratę kogoś do końca i zawsze mojego. Mojej Mamy.

Nie miałaś lekkiego życia i nie do takiego byłaś przygotowana. Urodzona w dostatnim domu z matki Zofii Zubrzyckiej i ojca Wincentego Goworka odziedziczyłaś spuściznę rodową. Pobierałaś nauki w Gimnazjum Wołowskiej dla dziewcząt w Warszawie. Było pięknie, radośnie, letniskowo i kolorowo na spotkaniach werandowych w podwarszawskiej willi. Ale przyszedł roki 1939.

Ta podwarszawska willa okazała się schronieniem, a suchy chleb zebrany w ażurowych workach wybornym posiłkiem.

Ty jednak ze swoim poznańskim mężem poślubionym w kwietniu 1944 r. mieszkałaś w Warszawie przy ul. Żelaznej, mając widok na getto i biorąc czynny udział w ratowaniu dzieci. Również z resztą rodziny angażowałaś się w ruch wyzwoleńczy z szeregami Armii Krajowej.

Kiedy przychodzi 1 sierpnia i słyszę rozważania na temat sensu Powstania Warszawskiego, pamiętam Twoje słowa: to była potrzeba inteligencji warszawskiej upomnienia się o swoją ojczyznę, jej duma i ambicja. Chęć pokazania, że potrafimy zorganizować się w tak beznadziejnym czasie, że czujemy i kochamy swoją ziemię. Że jesteśmy narodem, który bez względu na efekty podniósł głowę. Nie ma sensu racjonalnie rozpatrywać uniesienia.

Swoje odznaczenie za Powstanie ceniłaś bardzo i przekazałaś mi je w spuściźnie.

Ty elegancka panienka przeszłaś obóz w Pruszkowie i roboty w Niemczech nie raz wykazując się odwagą graniczącą z samotną szarżą na barykadę wroga. I udawało Ci się. Po obozie, wracając z pustymi rękoma w strony męża (bo do Warszawy nie było do czego) było Ci tu ciężko. Inni nieznani ludzie, zamknięci i niechętni tym nie stąd, w trudnych warunkach wspólnego mieszkania na 3 piętrze i dwoje małych dzieci urodzonych po wojnie, zmuszało Cię do pracy ponad siły - nosiłaś węgiel i wodę, szyłaś ubranka z czego się dało i cieszyłaś się, że mimo wszystko udaje się nakarmić dzieci, zjednując sobie ludzi wśród których przyszło Ci żyć. Byłaś drobną blondynką dla mnie najpiękniejszą, która mimo nędzy i obozu potrafiła promieniować jakimś ciepłem. Dla siebie niczego materialnego nie oczekiwałaś. Nawet wtedy, kiedy przykryliśmy Twoją mogiłę morzem kwiatów, słyszałam Twój pogodny głos - i po coście tyle wydali.

Tak lubiłam, kiedy zakładałaś swój najelegantszy popielaty kostium z białą bluzką i z radosnym uśmiechem byłaś znów dawną panią Jadwigą. Zawsze potrafiłaś wziąć dzieci za rączki i iść z nimi na łąkę. I taka dla mnie ciągle jesteś. Jesteś, jesteś.....

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów