Sto krawatów prezydenta Grobelnego
25.07.2011
, aktualizacja: 24.07.2009 19:44
W dzieciństwie mdlałem. Raz straciłem przytomność na apelu, była afera, bo zemdlałem ze szkolnym sztandarem. Lekarze wykryli u mnie poważną wadę serca. Dzisiaj generalnie moje serce jest w dobrym stanie. W rodzinie krąży anegdotka, że serce nie wytrzymało, bo się Ryszard zakochał - mówi Ryszard Grobelny.

fot. Łukasz Cynalewski / AG
Grobelny w swojej kuchni: - Umiem gotować i piec ciasta. Nie umiem tylko robić zup

fot. Łukasz Cynalewski / AG
- Większość krawatów kupiłem sobie sam, najbardziej lubię te kolorowe - mówi Ryszard Grobelny. Krawaty trzyma żona Ewa Siwicka

fot. Łukasz Cynalewski / AG
Koty prezydenta - Picz i Pocz - w domu śpią w umywalkach
ZOBACZ TAKŻE
- Kurak: Co zburzyłbym w Poznaniu (10-08-09, 13:24)
- Grobelny wyrzucił krawaty! (31-07-09, 13:04)
Rozmowa pierwsza: kawa i brydż
(Przy okrągłym stoliku w gabinecie prezydenta Poznania. Sekretarka podaje czarną kawę z cukrem).
Sylwia Sałwacka: Kto w tym mieście gra najlepiej w brydża?
Ryszard Grobelny: Choćby Wojtek Kruk (złotnik) czy Marek Ziółkowski (senator)...
Z panem też podobno trudno wygrać?
- Gram w brydża od 14. roku życia, a mam dziś 46 lat. Nawet nie pamiętam, gdzie się tego nauczyłem, chyba na wakacjach. W brydża grał też ojciec. Do rodziców przychodzili znajomi, świetni brydżyści, jak brakowało czwartego, to ojciec zapraszał mnie do stolika. Bo mama jakoś długo nie chciała grać. Dopiero, kiedy byłem w liceum, przestraszyła się, że przez karty nie zdam matury, i wtedy zaczęła grać z ojcem. A mnie kazali się uczyć.
Pan się słabo uczył?
- W liceum raczej przeciętnie. Za to świetnie szło mi na studiach na Akademii Ekonomicznej. Teraz prowadzę zajęcia z ekonomii na wydziale nauk geograficznych i geologicznych UAM. Wracając do kart, brydż był wtedy szalenie popularny. Kończyłem VIII Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza i w klasie maturalnej wszyscy, chyba z jednym wyjątkiem, grali w brydża. Graliśmy na przerwach, no i niestety, biję się w pierś, na lekcjach. Dziś gram głównie z rodziną, nauczyliśmy grać dzieci, mamy czwórkę do brydża.
Kim była pana mama?
- Technikiem gastronomii. Pracowała jako kierowniczka barów mlecznych w Poznaniu, w Dąbrówce, Miniaturce. Już nie żyje.
Chodził pan na obiady do Miniaturki?
- Obiady jadało się u nas w domu, często sam je gotowałem. Teraz często wyskakuję na miasto. Lubię szare kluski z boczkiem w Gospodzie pod Koziołkami.
A ojciec kim jest?
- Technik statystyk, działacz związkowy, pracował w centrali spółdzielczej, należał do partii. Mam też siostrę, siedem lat młodszą, jest również ekonomistą. Mieszka pod Poznaniem.
Wychowaliście się na Jeżycach?
- Tak, przy ulicy Gorczyczewskiego. Przeprowadziliśmy się tu z placu Waryńskiego, czyli z pętli na Ogrodach. Miałem wtedy siedem lat. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam ogród botaniczny, Rusałkę, gdzie chodziliśmy się kąpać, park Sołacki, secesyjne kamienice jeżyckie. Mam sentyment do Starego Zoo i Palmiarni. Kiedy ją zamknęli, nie mogłem się doczekać, aż się remont skończy.
Kim pan chciał wtedy zostać?
- W podstawówce - strażakiem. Potem fizykiem eksperymentalnym.
A nie sportowcem?
- Kiedy miałem 16 lat, lekarze wykryli u mnie poważną wadę serca. Mdlałem. Raz straciłem przytomność na apelu, była afera, bo zemdlałem ze szkolnym sztandarem. Lekarze zdiagnozowali u mnie zespół WPW. Objawia się to arytmią serca i dodatkowymi skurczami. Lekarze zakazali mi uprawiania sportu. Dla chłopaka, który trenował kilkanaście godzin tygodniowo, to był dramat. Mogłem jeździć jedynie rowerem. Jak wsiadałem, to jechałem 150 km. W domu mówiłem, że jeżdżę rekreacyjnie.
(Przy okrągłym stoliku w gabinecie prezydenta Poznania. Sekretarka podaje czarną kawę z cukrem).
Sylwia Sałwacka: Kto w tym mieście gra najlepiej w brydża?
Ryszard Grobelny: Choćby Wojtek Kruk (złotnik) czy Marek Ziółkowski (senator)...
Z panem też podobno trudno wygrać?
- Gram w brydża od 14. roku życia, a mam dziś 46 lat. Nawet nie pamiętam, gdzie się tego nauczyłem, chyba na wakacjach. W brydża grał też ojciec. Do rodziców przychodzili znajomi, świetni brydżyści, jak brakowało czwartego, to ojciec zapraszał mnie do stolika. Bo mama jakoś długo nie chciała grać. Dopiero, kiedy byłem w liceum, przestraszyła się, że przez karty nie zdam matury, i wtedy zaczęła grać z ojcem. A mnie kazali się uczyć.
Pan się słabo uczył?
- W liceum raczej przeciętnie. Za to świetnie szło mi na studiach na Akademii Ekonomicznej. Teraz prowadzę zajęcia z ekonomii na wydziale nauk geograficznych i geologicznych UAM. Wracając do kart, brydż był wtedy szalenie popularny. Kończyłem VIII Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza i w klasie maturalnej wszyscy, chyba z jednym wyjątkiem, grali w brydża. Graliśmy na przerwach, no i niestety, biję się w pierś, na lekcjach. Dziś gram głównie z rodziną, nauczyliśmy grać dzieci, mamy czwórkę do brydża.
Kim była pana mama?
- Technikiem gastronomii. Pracowała jako kierowniczka barów mlecznych w Poznaniu, w Dąbrówce, Miniaturce. Już nie żyje.
Chodził pan na obiady do Miniaturki?
- Obiady jadało się u nas w domu, często sam je gotowałem. Teraz często wyskakuję na miasto. Lubię szare kluski z boczkiem w Gospodzie pod Koziołkami.
A ojciec kim jest?
- Technik statystyk, działacz związkowy, pracował w centrali spółdzielczej, należał do partii. Mam też siostrę, siedem lat młodszą, jest również ekonomistą. Mieszka pod Poznaniem.
Wychowaliście się na Jeżycach?
- Tak, przy ulicy Gorczyczewskiego. Przeprowadziliśmy się tu z placu Waryńskiego, czyli z pętli na Ogrodach. Miałem wtedy siedem lat. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam ogród botaniczny, Rusałkę, gdzie chodziliśmy się kąpać, park Sołacki, secesyjne kamienice jeżyckie. Mam sentyment do Starego Zoo i Palmiarni. Kiedy ją zamknęli, nie mogłem się doczekać, aż się remont skończy.
Kim pan chciał wtedy zostać?
- W podstawówce - strażakiem. Potem fizykiem eksperymentalnym.
A nie sportowcem?
- Kiedy miałem 16 lat, lekarze wykryli u mnie poważną wadę serca. Mdlałem. Raz straciłem przytomność na apelu, była afera, bo zemdlałem ze szkolnym sztandarem. Lekarze zdiagnozowali u mnie zespół WPW. Objawia się to arytmią serca i dodatkowymi skurczami. Lekarze zakazali mi uprawiania sportu. Dla chłopaka, który trenował kilkanaście godzin tygodniowo, to był dramat. Mogłem jeździć jedynie rowerem. Jak wsiadałem, to jechałem 150 km. W domu mówiłem, że jeżdżę rekreacyjnie.
- 14 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



