Profesor o plagiacie: To wypadek przy pracy
13.07.2011
, aktualizacja: 13.07.2011 19:51
Poznańska profesor bezprawnie przepisała 41 stron z pracy swojej studentki. W środę przekonywała sąd, że to wypadek przy pracy, bo w trakcie korekty... zgubił się przypis.
ZOBACZ TAKŻE
- Profesor wreszcie ukarana za plagiat (30-09-11, 14:31)
- Jeden przypis nie uratuje plagiatora (26-08-11, 19:16)
- Oskarżeni, bo opisali, jak szef molestował pracowników (19-07-11, 21:01)
- Plagiat profesor jednak pod sąd (30-06-11, 00:00)
- Za plagiat prokuratura kary się nie domaga (21-05-11, 09:00)
- Jest kara dla naukowca za plagiat na uniwersytecie (07-10-10, 11:00)
- Plagiat: promotorka ściągała od pielęgniarki (24-06-10, 09:00)
- Prof. Kamela-Sowińska odchodzi po plagiacie (30-06-11, 00:00)
- Prof. Kamela-Sowińska zapłaci za plagiat (30-06-11, 00:00)
- Prof. Kamela-Sowińska i plagiat z Wikipedii (29-03-10, 09:00)
- Prof. Kamela-Sowińska splagiatowała tekst o etyce (30-06-11, 00:00)
Prof. Grażyna B. skopiowała w swojej książce pracę magisterską, której była promotorem na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. W niektórych miejscach zamieniła pojedyncze słowa, ale większość przepisała dosłownie, z przypisami w tych samych miejscach, z tych samych źródeł. Odkryła to studentka - pielęgniarka z 21-letnim stażem.
Prokurator Szymon Dąbrowski chciał warunkowo umorzyć sprawę, przyjmując, że społeczna szkodliwość tego plagiatu była nieznaczna. Ale na umorzenie nie zgodziła się pokrzywdzona studentka. W środę rozpoczął się proces w tej sprawie. Sędzia Monika Pac-Walasik próbowała przekonać studentkę do zawarcia ugody: w zamian za zgodę na umorzenie sprawy prof. Grażyna B. wypłaciłaby jej zadośćuczynienie. - To korzystne rozwiązanie - przekonywała sędzia.
- Odmawiam, bo nie zgadzam się, że plagiat jest czynem o niskiej szkodliwości - wyjaśniła studentka. I dorzuciła jeszcze: - Pani profesor powtarza, że popełniła plagiat nieświadomie. A to przecież niemożliwe.
W środę prof. Grażyna B. przyznała się co prawda do zarzutu plagiatu, ale twierdziła, że był to wypadek przy pracy. Jak to możliwe? Profesor tłumaczy, że na stronie otwierającej rozdział umieściła przypis z informacją o wykorzystaniu "obszernych fragmentów" pracy magisterskiej. Potem podczas korekty przypis tajemniczo zniknął, a profesor tego nie zauważyła. - I tu jest mój błąd - mówiła.
- Ale czy jeden przypis pozwala przepisać ponad 40 stron? - dociekała sędzia. - Dzisiaj wiem, że to złamanie prawa, ale wtedy wydawało mi się, że ten przypis załatwia sprawę - wyjaśniła profesor. Przekonywała też, że studentka sama zgodziła się na wykorzystanie w książce fragmentów swojej pracy. - Nieprawda. To była przecież moja praca! Zawierała moje myśli, moje wnioski. Pani profesor była nią zachwycona. Pytałam, czy pomogłaby mi w wydaniu pracy, ale nigdy nie zgadzałam się na wykorzystanie czegokolwiek. Potem dowiedziałam się, że w tym czasie książka pani profesor leżała już w wydawnictwie - mówiła w środę studentka.
- A dlaczego nie przyjęła pani przeprosin od mojej klientki? - pytał adwokat Grażyny B.
- Bo pani profesor przeprosiła mnie tylko za "zaistniałą sytuację". A przecież ta sytuacja sama z siebie nie zaistniała! Poczułam się oszukana, a potem zlekceważona - odpowiedziała studentka.
Na rozprawę przyjechał dr Marek Wroński, publicysta "Forum Akademickiego", w którym od lat demaskuje plagiaty na polskich uczelniach. To Wroński pierwszy potwierdził, że prof. Grażyna B. złamała prawo. Studentka chciała, by powiedział na rozprawie, z czego bierze się społeczna szkodliwość plagiatu. Ale sędzia Pac-Walasik uchyliła to pytanie. - Pan nie jest biegłym i nie może takich ocen wypowiadać - ucięła.
Prof. Grażyna B. do połowy 2008 r. była rektorem Zachodniej Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Zielonej Górze. Gdy plagiat wyszedł na jaw, Grażyna B. była już profesorem poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego. Komisja dyscyplinarna pozbawiła ją prawa wykonywania zawodu na rok.
Prokurator Szymon Dąbrowski chciał warunkowo umorzyć sprawę, przyjmując, że społeczna szkodliwość tego plagiatu była nieznaczna. Ale na umorzenie nie zgodziła się pokrzywdzona studentka. W środę rozpoczął się proces w tej sprawie. Sędzia Monika Pac-Walasik próbowała przekonać studentkę do zawarcia ugody: w zamian za zgodę na umorzenie sprawy prof. Grażyna B. wypłaciłaby jej zadośćuczynienie. - To korzystne rozwiązanie - przekonywała sędzia.
- Odmawiam, bo nie zgadzam się, że plagiat jest czynem o niskiej szkodliwości - wyjaśniła studentka. I dorzuciła jeszcze: - Pani profesor powtarza, że popełniła plagiat nieświadomie. A to przecież niemożliwe.
W środę prof. Grażyna B. przyznała się co prawda do zarzutu plagiatu, ale twierdziła, że był to wypadek przy pracy. Jak to możliwe? Profesor tłumaczy, że na stronie otwierającej rozdział umieściła przypis z informacją o wykorzystaniu "obszernych fragmentów" pracy magisterskiej. Potem podczas korekty przypis tajemniczo zniknął, a profesor tego nie zauważyła. - I tu jest mój błąd - mówiła.
- Ale czy jeden przypis pozwala przepisać ponad 40 stron? - dociekała sędzia. - Dzisiaj wiem, że to złamanie prawa, ale wtedy wydawało mi się, że ten przypis załatwia sprawę - wyjaśniła profesor. Przekonywała też, że studentka sama zgodziła się na wykorzystanie w książce fragmentów swojej pracy. - Nieprawda. To była przecież moja praca! Zawierała moje myśli, moje wnioski. Pani profesor była nią zachwycona. Pytałam, czy pomogłaby mi w wydaniu pracy, ale nigdy nie zgadzałam się na wykorzystanie czegokolwiek. Potem dowiedziałam się, że w tym czasie książka pani profesor leżała już w wydawnictwie - mówiła w środę studentka.
- A dlaczego nie przyjęła pani przeprosin od mojej klientki? - pytał adwokat Grażyny B.
- Bo pani profesor przeprosiła mnie tylko za "zaistniałą sytuację". A przecież ta sytuacja sama z siebie nie zaistniała! Poczułam się oszukana, a potem zlekceważona - odpowiedziała studentka.
Na rozprawę przyjechał dr Marek Wroński, publicysta "Forum Akademickiego", w którym od lat demaskuje plagiaty na polskich uczelniach. To Wroński pierwszy potwierdził, że prof. Grażyna B. złamała prawo. Studentka chciała, by powiedział na rozprawie, z czego bierze się społeczna szkodliwość plagiatu. Ale sędzia Pac-Walasik uchyliła to pytanie. - Pan nie jest biegłym i nie może takich ocen wypowiadać - ucięła.
Prof. Grażyna B. do połowy 2008 r. była rektorem Zachodniej Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Zielonej Górze. Gdy plagiat wyszedł na jaw, Grażyna B. była już profesorem poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego. Komisja dyscyplinarna pozbawiła ją prawa wykonywania zawodu na rok.
- 26 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
27 głosów
-
Profesor o plagiacie: To wypadek przy pracy
rockville
13.07.11, 20:44
Motloch musi miec respekt dla wladzy, dlatego rezim bedzie wtracal do wiezien pijanych rowerzystow, a czlonkowie rezimu i elit beda karani nagana!»
-
Profesor o plagiacie: To wypadek przy pracy
starystormy
13.07.11, 22:31
wypadek przy pracy? smiech na sali .. dozywotni zakaz wykonywania zawodu nie za sama kradziez ale za probe zbagatelizowania sprawy. do tego kara dziesieciokrotnej realnej wartosci »
-
Profesor o plagiacie: To wypadek przy pracy
aussie1inc
13.07.11, 23:56
Zapomnialem ze pani pfofesor - zlodziejka zostala ukarana prawem wykonywania zawodu na rok. Za rok znowu bedzie mogla krasc, zapominajac przy okazji ze kradnie.»
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć