Płomienna Wiara (Lecha) i kasa

Marcin Kącki
15.05.2011 , aktualizacja: 16.05.2011 11:27
A A A Drukuj
Na trybuny Lecha przychodzi wielu normalnych kibiców. Ale i tacy, którzy wolą schować twarz pod kominiarką (maj 2010 r.) Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta Na trybuny Lecha przychodzi wielu normalnych kibiców. Ale i tacy, którzy wolą schować twarz pod kominiarką (maj 2010 r.)
Gdy Donald Tusk i prokurator generalny Andrzej Seremet licytują się w pomysłach na zakazy i kary dla chuliganów stadionowych, wyważają otwarte drzwi. Prawo istnieje, tyle że pozostaje martwe. Jego egzekwowanie nie leży w interesie klubów, bo kibole napędzają fanatyzmem biznesową machinę. Taki system wzajemnych korzyści wyrósł i dojrzał pod nazwą Lech Poznań. W jaki sposób doszło do wynaturzeń?
Radość kibiców Lecha po zdobyciu mistrzostwa Polski w 2010 r.
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
Radość kibiców Lecha po zdobyciu mistrzostwa Polski w 2010 r.
Maj 2010 r. radość kibiców Lecha po zdobyciu mistrzostwa Polski
Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta
Maj 2010 r. radość kibiców Lecha po zdobyciu mistrzostwa Polski
By wyrzucić chuliganów ze stadionów, wystarczy egzekwować prawo. Fakt. Ale to nie leży w interesie klubów, bo kibole napędzają fanatyzmem biznesową machinę. Wspólnie tworzą znak towarowy, który w klapy wpinają samorządowcy. Taki system wzajemnych korzyści wyrósł i dojrzał już w Poznaniu pod nazwą Lech Poznań. Pączkuje pod nazwą Legia Warszawa. To system, który w poznańskim modelu już doprowadził do wynaturzeń.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Wraz z Ryszardem Żukowskim, dyrektorem Poznańskich Ośrodków Sportu i Rekreacji chodziłem niedawno po trybunach nowego stadionu w Poznaniu. Biały kolos z krzesełkami w barwach Lecha wybudowany za prawie 800 mln zł z kasy samorządu i skarbu państwa. Poznańskie Ośrodki obiektem zarządzają. Pod jedną z trybun pokazuję Żukowskiemu magazyn o powierzchni 100 m kw.

- Wie pan, do kogo należy? - pytam. Nie wie.

- Za drzwiami znajdzie pan lodówki i grille firmy kateringowej należącej do Krzysztofa M., zwanego "Litarem", przywódcy poznańskich kiboli, wyjaśniam. Kto jesienią wynajął to kibolowi?

Żukowski patrzy na stadionowych pracowników. Milczą.

- Ile kibol za to płaci?

Milczą.

- Czy można otworzyć magazyn?

Dzwonią do kibola, pytają o zgodę. Kibol się nie zgadza. Przykro mi - mówi mi Żukowski i obiecuje, że to wyjaśni.

Wdzięczność

By zrozumieć tę scenę, trzeba się cofnąć aż o dziesięć lat.

Jest 2000 rok. Lech w kryzysie, spada do II ligi. Kibice nie przychodzą, na mecz wyjazdowy z Hetmanem Zamość jedzie ledwie stu najwierniejszych. Na mrozie, wietrze stoją na trybunie, machając transparentami, które malowali w nocy za własne pieniądze. Malował też Krzysztof M.

Dominik Antonowicz, socjolog z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika, tłumaczy takie poświęcenie quasi-religijnym charakterem kibicowania. Jak pisze, to "wspólnota religijna połączona kultem świętej idei klubu, mająca swoich religijnych przewodników, czekająca na ich sygnał, podążająca za ich głosem".

W tym czasie "Litar" nie jest jeszcze przewodnikiem. Ledwie 20-letni, otacza się już jednak bojówkarzami, którzy walczą dla barw klubowych w kibolskich ustawkach, pojedynkach na gołe ręce, w lesie, na polu, między fanatykami dwóch drużyn.



Radosław Majchrzak, ówczesny menedżer Lecha Poznań: - Nie było pieniędzy, piłkarze grali fatalnie, nastroje były złe. Została ta garstka kibiców z "Litarem. Szukaliśmy sposobu na przyciągnięcie kibiców, bo tylko pieniądze z biletów nas ratowały.

"Litar" i jego kompani palą więc na meczach race, które nie są jeszcze zakazane, machają kolorowymi kartonami, pojawia się zapiewajło, niejaki Pyra, który później za oszustwa wyląduje za kratami. Majchrzak: - Ludzie oglądali to z otwartymi ustami. To był pionierski w Polsce system kibicowania.



Po kilkunastu takich pokazach na Lechu pojawia się 20 tysięcy kibiców. Klub wymienia też kilku zawodników i trenera. Piłkarze znów awansują do I ligi. Średnia frekwencja na Lechu nie spadnie już nigdy poniżej 10 tysięcy, a Lech utrzyma się na stałe w I lidze.

Pięć lat temu Lecha kupuje Jacek Rutkowski, właściciel klubu Amiki Wronki i czołowy producent sprzętu AGD. Dofinansowany klub staje się potęgą piłkarską. Chwali się nowoczesnym modelem biznesowym: programem lojalnościowym dla kibiców. Karnety, nawet artykuły spożywcze można kupić z logo Lecha, płacąc kartą kredytową w niebieskich barwach.

Rutkowski w spadku dostaje też fanatyków, którzy zarejestrowali się pod nazwą stowarzyszenie Wiara Lecha. Kibole napędzający doping swoimi oprawami są hermetyczną grupą. Wśród dziennikarzy krążą na razie tylko plotki, że jedną z tajemnic ich zdyscyplinowanego dopingu jest kodeks zachowań przewidujący nawet przemoc wobec kibiców, którzy stojąc na ich trybunie, wykazują bierność w dopingu. Ale nikt nie mówi o tym oficjalnie. Bo dyscyplinę egzekwują członkowie bojówek.

Podziel się

  • 155 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    168 głosów

  • Płomienna Wiara i kasa mistral.41 15.05.11, 12:24

    Nie ludzcie sie ze przywodzcy klubowi nie ulegna pokusie siegniecia po latwy pieniadz.Tak jak doskonale pomyslal i wykorzystal to Litar.A moze sie tak dziac tylko przy pomocy skorumpowanego »

  • Płomienna Wiara i kasa ajakzupa 15.05.11, 12:39

    Fakt, uderzenie bardzo celne, iście Tuskowe (a raczej - tuskowo-ludowe): zastosować odpowiedzialność zbiorową i bić tych, co nie zawinili. Bierut, Gomułka, Cyrankiewicz, Gierek i Jaruzelski »

  • Zrodlo warszawskiego chamstwa chca znalez Poznaniu maciu1946 16.05.11, 00:51

    Alez przewrotna metoda, tak jakby wczesniej nie bylo tego na Legii.»