Ty wiolinowym kluczem skręcony! Cedurowaty amolu!

Reportaż: Natalia Mazur
26.08.2010 , aktualizacja: 25.08.2010 20:02
A A A Drukuj
Stefan Stuligrosz: dziesięć lat do setki. Pan Leon, ekspedient, znając muzyczne aspiracje Stefana, wyzywał chłopaka: - Ty wiolinowym kluczem skręcony! Ty cedurowaty amolu!
26 sierpnia 2010 roku Stefan Stuligrosz obchodził okrągłe 90 urodziny.
Fot. Piotr Skónicki / Agencja Ga
26 sierpnia 2010 roku Stefan Stuligrosz obchodził okrągłe 90 urodziny.
Babcia Franciszka pachniała jabłkami. W niedzielę i święta, bo wtedy zakładała białą odświętną bluzę i białą spódnicę przechowywaną w komodzie, w której jabłka czekały na dojrzałość. Rodzice oddawali Stefanka do babci na Starołękę co sobotę. Nie chcieli brać go ze sobą w niedzielę do fary, bo dziecko wyprawiało teatry zanosząc się płaczem przy dźwięku organów.

Franciszka na co dzień pachniała selerem, porem, pietruszką. Pracowała przy warzywach w polu.

Śpiewała chropowatym altem. Jej ukochany wnuk urodził się 26 sierpnia 1920. Dziś ma 10 lat. Stefan Stuligrosz sam tak o sobie mówi: mam 10 lat do setki.

Modlitwa guzików

Mama Marianna śpiewała sopranem. "Piękna nasza Polska cała", "Orły, sokoły", "Bywaj dziewczę zdrowe". Stefanek to uwielbiał. Tylko piosenki o Stoparze się bał, o smoku Stoparze dybiącym na pannę Krysię. "Jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć poranek świta..." - intonowała mama, a Stefanek drżał, gdy zbliżała się do refrenu: "w pierwszą parę ją porywa, a Stopar za nimi"...

Siadał na wyszorowanej kuchennej podłodze i otwierał pudełko po trzewikach, w którym trzymał swój skarb: rozmaitych kształtów i kolorów guziki. Wycinał w kartonie okna i wejściowe wrota, z oklejonych kolorowo pudełek po zapałkach budował ołtarz. Najwytworniejszy guzik zostawał księdzem, kilka identycznych guziczków - ministrantami. Tłum wiernych guzików wypełniał świątynię, a Stefanek - w roli organisty - przygrywał im na ustnej harmonijce, gdy śpiewały "Kiedy ranne wstają zorze".

Na szkolnym świadectwie od góry i od dołu miał piątki. Z zachowania, z muzyki, z religii. A między nimi same dostateczne.

Pończochy z metra

Tu się usztywnia męskie przodki” - przed domem Stuligroszów wisiała reklama. Pranie, prasowanie, prężenie firan... Marianna wymyślała coraz to nowe biznesy, by wspomóc finansowo rodzinę. Ojciec Piotr, urzędnik pocztowy, zarabiał 360 zł miesięcznie, ale nierzadko przynosił do domu zaledwie 80. Zbyt chętnie żyrował pożyczki kolegom z pracy.

Rozumiał muzyczne fascynacje syna. Sam kiedyś otrzymane od ojca pieniądze na buty wydał na mandolinę. Nie chciał jednak niepewnej przyszłości dla pierworodnego. - Zostaniesz kupcem - poinformował Stefana. W 1937 r. zainwestował w beżowy garnitur w prążki i wysłał 17-letniego syna na kurs kupiecki do Domu Handlowego Franciszka Woźniaka. Plusze, kwiecista wistra, modne szkockie kraty, ręcznie malowane jedwabie z Milanówka, jodełki, stołowe płótna, bielizna... - Chciałabym pończochy - zwróciła się do Stefana klientka.

Skłonił się nisko: - Gotowe czy z metra?

- Debila tu trzymają! - oburzona dama opuściła sklep.

Pan Leon, ekspedient, znając muzyczne aspiracje Stefana, wyzywał chłopaka: - Ty wiolinowym kluczem skręcony! Ty cedurowaty amolu!

Rosół z konia

W katedrze śpiewały Słowiki. Tak poznaniacy nazywali chłopięco-męski chór katedralny prowadzony przez księdza Wacława Gieburowskiego. Giebur był surowym wychowawcą, nie uśmiechał się nawet przy owacjach. Jego twarz nie drgnęła, gdy w Wiedniu czytał entuzjastyczne recenzje po występie. Czytał i z surową miną... solił sobie kawę.

Na początku wojny Niemcy internowali księdza Wacława. Wrócił przekonany, że chór już nie istnieje. Którejś niedzieli odprawiał mszę w kościele Zmartwychwstańców, gdy usłyszał śpiew. To były jego Słowiki, prowadzone przez młodego kupca bławatnego.

Przed śmiercią Gieburowski mianował Stuligrosza swoim następcą.

Stefan spotykał się wtedy z Zosią, nieco sepleniącą pracownicą Foto Centrale. Pięć wieczorów było jej, dwa chóru. Dziewczyna była zazdrosna o muzykę. Pewnej niedziele, przy rosole z konia, ojciec wręczył Stefanowi list. Zosia napisała: ja, albo chór. Talerz zupy zapełnił się łzami. Ojciec wyrwał Stefanowi list: - Stuknij się w głowę! Ciesz się, że dziewczyna sama rezygnuje. Przecież ona by ci swoją zazdrością kompletnie zatruła życie!

Stefan nigdy nie odpisał.

Las Stalinów

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów