Hinc nic tu nie pomoże. Potrzebna rewolucja!
01.07.2011
, aktualizacja: 03.08.2010 20:25
Zwolnienie Sławomira Hinca nie rozwiąże żadnego problemu z poznańską kulturą. Zamiast personalnych szachów jak ze starego skeczu Daniela Passenta, potrzebujemy raczej pomysłu na zmianę systemową
ZOBACZ TAKŻE
- Krótka i piękna kariera Hinca. Co dalej? (11-01-12, 21:22)
- PILNE! Koniec wiceprezydenta Sławomira Hinca (10-01-12, 23:15)
- Prezes Radia Merkury wiesza krzyże (10-08-10, 08:00)
- W Poznaniu Palikot ważniejszy od tramwaju (01-07-11, 00:00)
- Hinc prezydentem tylko do wyborów? (01-07-11, 00:00)
- Schody hiszpańskie znów do chodzenia (03-08-10, 20:23)
- Gauden rezygnuje przez Hinca (01-07-11, 00:00)
- Rok porządził. I wystarczy. Kto? Prezydent Hinc (03-08-10, 08:00)
- Prezydent Hinc na dywaniku Platformy (01-07-11, 00:00)
- Hinc o Ósemkach: chodzi o zasady, nie o Palikota (27-07-10, 11:00)
- Dyrektorka teatru na dywaniku za poparcie Palikota (26-07-10, 08:00)
W skeczu Passenta było tak: dwóch aparatczyków siadało przy stoliku do partii szachów i raźno zabierało się do przesuwania pionków i figur symbolizujących kolejne postaci urzędniczo-politycznej rzeczywistości. Na jednym odcinku laufer Staszek bił pionka Zenka, na innej niwie z kolei skoczek Józek stylowo usuwał z placu boju wieżę Romka. I tak w kółko. Sama gra, jej istota, bezsens i patologia oczywiście wciąż pozostawała ta sama. Nic się nie zmieniało, oprócz koterii.
Propozycja Aleksandry Przybylskiej we wczorajszej "Gazecie", by podziękować za pracę wiceprezydentowi Sławomirowi Hincowi, pochodzi według mnie z tej właśnie logiki. Bo Hinc odejdzie - i co dalej? Ano na jego miejsce przyjdzie Kowalski z innego rozdania w walce partyjnych frakcji. Dla kultury poznańskiej nic dobrego z tej zmiany nie wyniknie. Bo reguły gry pozostaną takie same. Dlatego nie grajmy w te szachy, zamiast tego spróbujmy wywrócić szachownicę.
Prezydent od wszystkiego, czyli niczego
Sławomir Hinc słabo się sprawdza jako urzędnik odpowiedzialny za kulturę w mieście - to teza, z którą trudno dyskutować. Tyle że sprawdzić się dobrze po prostu nie mógł. Na jego miejscu poległby każdy. Bo w Poznaniu utarło się, że prezydent ma zajmować się każdym najmniejszym drobiazgiem. Ma szukać siedziby dla kina Malta, negocjować powstanie centrum teatrów niezależnych, nadzorować starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, dbać o małe księgarnie, teatry i na tym wszystkim ma się znać. Takie podejście to czysty absurd. Bo pomysł, by facet luźno i hobbystycznie dotychczas interesujący się kulturą, do tego zakopany w sprawach sportu, nauki i politycznych grach, miał czas i kompetencje, by zajmować się efektywnie każdym kulturalnym drobiazgiem, to horrendum. A taka właśnie idiotyczna procedura utarła się i zakorzeniła w naszym mieście. Winą prezydenta Hinca jest to, że nie próbował jej zmienić. Zamiast tego ugrzązł w niej na dobre i chyba dobrze się w niej poczuł. Czas wytrącić go z tego dobrego samopoczucia - potrzebne są radykalne zmiany.
Think tank zamiast biurokracji
Na pierwszy ogień powinien pójść wydział kultury Urzędu Miasta. Bo póki co jest on jakimś dziwacznym ministerstwem dziwnych kroków, które nie wiadomo, co robi poza przerzucaniem papierów z lewej strony na prawą. Jedynym znanym mi przejawem pozabiurokratycznej aktywności dyrektor Beaty Mitmańskiej jest przygotowanie programu kulturalnego Konferencji Klimatycznej. Pani dyrektor rzadko wypowiada się publicznie w sprawach kultury, nie wiadomo, jak ją pojmuje, co chce w niej zmieniać, co jest dla niej ważne, a co nie, a podległy jej wydział jawi się jako swego rodzaju kulturalny Urząd Skarbowy. A powinien być kreatywnym think tankiem z prawdziwego zdarzenia, mieć rozszerzone kompetencje, gromadzić ludzi, którzy żyją tym, co się dzieje w Poznaniu.
To nie jest trudne do przeprowadzenia. Przecież swoistymi miejskimi odpowiednikami coolhunterów z agencji reklamowych mogą być choćby studenci odbywający praktyki w Urzędzie Miasta - to oni chodzą na koncerty, imprezy, wystawy, czytają, chłoną rzeczywistość - to oni wiedzą, co w trawie piszczy. Wydział musi mieć też człowieka do stałego kontaktu z ludźmi, którzy tworzą sztukę i organizują wydarzenia w mieście poza oficjalnymi instytucjami i radę merytoryczną z prawdziwego zdarzenia.
Taki wydział kultury powinien z jednej strony tworzyć agendę kulturalną miasta, przedstawiać Hincowi propozycje i pomysły, wskazywać kierunki działań, a z drugiej być dużo sprawniejszą niż dotychczas biurokratyczną machiną. Mówiąc w skrócie to Beata Mitmańska powinna odpowiadać na pytania dotyczące kina Malta, minaretu, upadających księgarń, to podlegli jej ludzie powinni wynajdywać rozwiązania tych problemów, pomagać artystom i animatorom kultury - zadaniem Hinca lub innego wiceprezydenta zajmującego się kulturą byłoby jedynie promować te pomysły i zapewniać im, kiedy trzeba, polityczną ochronę w radzie miasta.
Jak wydawać pieniądze
Z budżetu Poznania na kulturę idą całkiem spore pieniądze - blisko 110 mln zł w tym roku robi niezłe wrażenie. Problem w tym, że kompletnie nie wiadomo, wedle jakich kryteriów są wydawane. Najprawdopodobniej kryterium jest w tym przypadku po prostu przyzwyczajenie. Stąd łatwo przyszło radnym zignorować prośbę o dwa miliony na powstanie Sceny Roboczej grupującej teatry niezależne i z drugiej strony przyklepać z uśmiechem sumę ponadtrzykrotnie większą dla Teatru Muzycznego. To skandaliczny koncept na zarządzanie publicznymi pieniędzmi.
A jak powinno być?
Co pół roku odnowiony wydział kultury powinien przedstawiać opinii publicznej kulturalną mapę Poznania. Przedstawiać na niej szczegółowo to, co dzieje się w mieście. Od najmniejszego klubu, najskromniejszej galerii i najbardziej niszowego teatru do premier w miejskich instytucjach kultury. Mapa powinna zawierać w sobie także monitoring reakcji na te przedsięwzięcia: recenzje w prasie lokalnej i ogólnopolskiej, inne doniesienia medialne, dane o frekwencji, opinię rady merytorycznej o poszczególnych wydarzeniach. Mapa za każdym razem powinna przedstawiać także słabe punkty miasta, obszary pustyni kulturalnych, niewykorzystanego potencjału. Brzmi groźnie i poważnie, ale naprawdę nie wymaga to wielkiego wysiłku. Można przy tworzeniu mapy współpracować choćby z Instytutem Kulturoznawstwa UAM, organizacjami pozarządowymi, etc.
Dopiero dysponując przynajmniej taką wiedzą można poważnie się zastanowić, co zmienić w poznańskiej kulturze, komu pieniądze odebrać, a komu ich dołożyć. Tylko wtedy można dobrze przygotować choćby koncepcję mikrodotacji na małe wydarzenia kulturalne. I dopiero wówczas istnienie na przykład komisji kultury rady miasta będzie miało jakikolwiek sens, bo w tej chwili nie ma żadnego. Mogłaby się spokojnie rozwiązać, bo i tak o niczym nie decyduje, na nic nie ma wpływu oraz - z całym szacunkiem dla jej członków - o niczym nie ma zielonego pojęcia. Kilkakrotnie uczestniczyłem w jej posiedzeniach i na palcach jednej ręki mógłbym policzyć wypowiedzi, które miałyby choćby luźny związek z rzeczywistością. I to nie jest zarzut w stosunku do radnych - po prostu nie posiadając podstawowych informacji, trudno wypowiadać się z sensem na jakikolwiek temat.
Poznańskiemu zarządzaniu kulturą potrzebne są zmiany polegające na czymś więcej niż roszada na stanowisku wiceprezydenta. Potrzebna jest rewolucja. I, żeby było zabawniej, jest ona niezwykle łatwa do przeprowadzenia. Bez niej nie wykorzystamy dobrze szansy, którą da nam ewentualny tytuł ESK 2016. Bez niej rok po roku będziemy uczestniczyć wciąż w tych samych rytualnych dyskusjach, potykać się o identyczne problemy, grać w tę samą bezsensowną partię szachów.
Czekamy na opinie
Czy Poznań potrzebuje kulturalnej rewolucji? Piszcie: czytelnicy@poznan.agora.pl
Propozycja Aleksandry Przybylskiej we wczorajszej "Gazecie", by podziękować za pracę wiceprezydentowi Sławomirowi Hincowi, pochodzi według mnie z tej właśnie logiki. Bo Hinc odejdzie - i co dalej? Ano na jego miejsce przyjdzie Kowalski z innego rozdania w walce partyjnych frakcji. Dla kultury poznańskiej nic dobrego z tej zmiany nie wyniknie. Bo reguły gry pozostaną takie same. Dlatego nie grajmy w te szachy, zamiast tego spróbujmy wywrócić szachownicę.
Prezydent od wszystkiego, czyli niczego
Sławomir Hinc słabo się sprawdza jako urzędnik odpowiedzialny za kulturę w mieście - to teza, z którą trudno dyskutować. Tyle że sprawdzić się dobrze po prostu nie mógł. Na jego miejscu poległby każdy. Bo w Poznaniu utarło się, że prezydent ma zajmować się każdym najmniejszym drobiazgiem. Ma szukać siedziby dla kina Malta, negocjować powstanie centrum teatrów niezależnych, nadzorować starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, dbać o małe księgarnie, teatry i na tym wszystkim ma się znać. Takie podejście to czysty absurd. Bo pomysł, by facet luźno i hobbystycznie dotychczas interesujący się kulturą, do tego zakopany w sprawach sportu, nauki i politycznych grach, miał czas i kompetencje, by zajmować się efektywnie każdym kulturalnym drobiazgiem, to horrendum. A taka właśnie idiotyczna procedura utarła się i zakorzeniła w naszym mieście. Winą prezydenta Hinca jest to, że nie próbował jej zmienić. Zamiast tego ugrzązł w niej na dobre i chyba dobrze się w niej poczuł. Czas wytrącić go z tego dobrego samopoczucia - potrzebne są radykalne zmiany.
Think tank zamiast biurokracji
Na pierwszy ogień powinien pójść wydział kultury Urzędu Miasta. Bo póki co jest on jakimś dziwacznym ministerstwem dziwnych kroków, które nie wiadomo, co robi poza przerzucaniem papierów z lewej strony na prawą. Jedynym znanym mi przejawem pozabiurokratycznej aktywności dyrektor Beaty Mitmańskiej jest przygotowanie programu kulturalnego Konferencji Klimatycznej. Pani dyrektor rzadko wypowiada się publicznie w sprawach kultury, nie wiadomo, jak ją pojmuje, co chce w niej zmieniać, co jest dla niej ważne, a co nie, a podległy jej wydział jawi się jako swego rodzaju kulturalny Urząd Skarbowy. A powinien być kreatywnym think tankiem z prawdziwego zdarzenia, mieć rozszerzone kompetencje, gromadzić ludzi, którzy żyją tym, co się dzieje w Poznaniu.
To nie jest trudne do przeprowadzenia. Przecież swoistymi miejskimi odpowiednikami coolhunterów z agencji reklamowych mogą być choćby studenci odbywający praktyki w Urzędzie Miasta - to oni chodzą na koncerty, imprezy, wystawy, czytają, chłoną rzeczywistość - to oni wiedzą, co w trawie piszczy. Wydział musi mieć też człowieka do stałego kontaktu z ludźmi, którzy tworzą sztukę i organizują wydarzenia w mieście poza oficjalnymi instytucjami i radę merytoryczną z prawdziwego zdarzenia.
Taki wydział kultury powinien z jednej strony tworzyć agendę kulturalną miasta, przedstawiać Hincowi propozycje i pomysły, wskazywać kierunki działań, a z drugiej być dużo sprawniejszą niż dotychczas biurokratyczną machiną. Mówiąc w skrócie to Beata Mitmańska powinna odpowiadać na pytania dotyczące kina Malta, minaretu, upadających księgarń, to podlegli jej ludzie powinni wynajdywać rozwiązania tych problemów, pomagać artystom i animatorom kultury - zadaniem Hinca lub innego wiceprezydenta zajmującego się kulturą byłoby jedynie promować te pomysły i zapewniać im, kiedy trzeba, polityczną ochronę w radzie miasta.
Jak wydawać pieniądze
Z budżetu Poznania na kulturę idą całkiem spore pieniądze - blisko 110 mln zł w tym roku robi niezłe wrażenie. Problem w tym, że kompletnie nie wiadomo, wedle jakich kryteriów są wydawane. Najprawdopodobniej kryterium jest w tym przypadku po prostu przyzwyczajenie. Stąd łatwo przyszło radnym zignorować prośbę o dwa miliony na powstanie Sceny Roboczej grupującej teatry niezależne i z drugiej strony przyklepać z uśmiechem sumę ponadtrzykrotnie większą dla Teatru Muzycznego. To skandaliczny koncept na zarządzanie publicznymi pieniędzmi.
A jak powinno być?
Co pół roku odnowiony wydział kultury powinien przedstawiać opinii publicznej kulturalną mapę Poznania. Przedstawiać na niej szczegółowo to, co dzieje się w mieście. Od najmniejszego klubu, najskromniejszej galerii i najbardziej niszowego teatru do premier w miejskich instytucjach kultury. Mapa powinna zawierać w sobie także monitoring reakcji na te przedsięwzięcia: recenzje w prasie lokalnej i ogólnopolskiej, inne doniesienia medialne, dane o frekwencji, opinię rady merytorycznej o poszczególnych wydarzeniach. Mapa za każdym razem powinna przedstawiać także słabe punkty miasta, obszary pustyni kulturalnych, niewykorzystanego potencjału. Brzmi groźnie i poważnie, ale naprawdę nie wymaga to wielkiego wysiłku. Można przy tworzeniu mapy współpracować choćby z Instytutem Kulturoznawstwa UAM, organizacjami pozarządowymi, etc.
Dopiero dysponując przynajmniej taką wiedzą można poważnie się zastanowić, co zmienić w poznańskiej kulturze, komu pieniądze odebrać, a komu ich dołożyć. Tylko wtedy można dobrze przygotować choćby koncepcję mikrodotacji na małe wydarzenia kulturalne. I dopiero wówczas istnienie na przykład komisji kultury rady miasta będzie miało jakikolwiek sens, bo w tej chwili nie ma żadnego. Mogłaby się spokojnie rozwiązać, bo i tak o niczym nie decyduje, na nic nie ma wpływu oraz - z całym szacunkiem dla jej członków - o niczym nie ma zielonego pojęcia. Kilkakrotnie uczestniczyłem w jej posiedzeniach i na palcach jednej ręki mógłbym policzyć wypowiedzi, które miałyby choćby luźny związek z rzeczywistością. I to nie jest zarzut w stosunku do radnych - po prostu nie posiadając podstawowych informacji, trudno wypowiadać się z sensem na jakikolwiek temat.
Poznańskiemu zarządzaniu kulturą potrzebne są zmiany polegające na czymś więcej niż roszada na stanowisku wiceprezydenta. Potrzebna jest rewolucja. I, żeby było zabawniej, jest ona niezwykle łatwa do przeprowadzenia. Bez niej nie wykorzystamy dobrze szansy, którą da nam ewentualny tytuł ESK 2016. Bez niej rok po roku będziemy uczestniczyć wciąż w tych samych rytualnych dyskusjach, potykać się o identyczne problemy, grać w tę samą bezsensowną partię szachów.
Czekamy na opinie
Czy Poznań potrzebuje kulturalnej rewolucji? Piszcie: czytelnicy@poznan.agora.pl
- 20 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
25 głosów
-
Nie grajmy w szachy, wywróćmy szachownicę
mikolaj.plank
04.08.10, 07:21
W szachy u Passenta nie grało dwóch aparatczyków, tylko młody zdolny szachistaStoczniowca Gdańsk przeciwko zawodnikowi warszawskiej Gwardii. Inteligencjacopy-paste nie zawsze się sprawdza »
-
bardzo ciekawy tekst
wlodzimierz_nowak
04.08.10, 09:26
Bez dwóch zdań nie zgadzam się z pierwszą tezę - braku odpowiedzialnościprezydenta Hinca. Jest on nominatem politycznym i jego rolą jest nadawaniekierunku strategicznego. Oczywiście zgadzam »
-
Re: Nie grajmy w szachy, wywróćmy szachownicę
redakcja_poznan
04.08.10, 12:04
Panie Mikołaju,w pierwszej wersji skeczu Passenta w szachy grali zawodnicy Legii i Makabi i jaknajbardziej było to odniesienie do walk frakcyjnych w PZPR. To jak to jest z tą"inteligencją »
Najczęściej czytane24 htydzień




