Filharmonia Poznańska bez ducha i bez osobowości
28.07.2010
, aktualizacja: 26.07.2010 17:58
Przyznaję, że tekst napisany przez p. Marię Przyborowską i opublikowany w "Gazecie" parę tygodni temu przeczytałem z zaciekawieniem. No, nareszcie ktoś powiedział prawdę o życiu muzycznym Poznania. Prawdę cierpką, ale może wartą uświadomienia - pisze profesor Michał Witt*
Obserwuję życie muzyczne tego miasta od 35 lat. Różne rzeczy tu widziałem, jeszcze więcej słyszałem: dobrego i złego (w sensie muzycznym). Różni byli szefowie orkiestry, niektórzy wybitni, niektórzy mniej, ale przez ten czas sporo się działo. Jeszcze w czasach studenckich spędzałem całe dnie na Poznańskich Wiosnach Muzycznych, byłem na prawie wszystkich festiwalach monograficznych z WOSPRiT-em (kto jeszcze pamięta ten akronim?), przyjeżdżały dobre orkiestry, dobrzy soliści, dobrzy dyrygenci. Źli przyjeżdżali też, żeby nie było wątpliwości. Piątkowe wieczory przez lata spędzało się na ogół w jeden sposób (jak była bomba, a bywało, to w sobotę wpadało się na powtórkę!). Miałem przyjemność, jako freelancer, okresowo współpracować z "Ruchem Muzycznym", gdzie trochę nawet o tym wszystkim pisywałem. Zresztą nie tylko tam. Dawno i nieprawda Rodzima orkiestra miała wzloty i upadki, ale przeciętnie biorąc nie było źle. Zawsze uważałem (i uważam nadal), że nawet średni koncert wysłuchany na żywo daje więcej niż znakomite nagranie słuchane w domu. Można było nie lubić uprawianej tu estetyki chóralnej (ach, te barokowe oratoria w obsadach jak z "Aidy"), ale, co by nie mówić, poznańskie chóry chłopięce miały klasę. Wtedy także poznańska opera uważana była za najlepszą w kraju, Drzewiecki wystawiał po kilka premier baletowych w sezonie Było na co chodzić.
Co z tego w tej chwili zostało? Senny, małomiasteczkowy marazm, brak linii programowej, brak nazwisk przyciągających publiczność i to bezkrytyczne samouwielbienie, z owacjami na stojąco. Na pociechę koncerty kolęd raz do roku W dodatku archaiczny system sprzedaży biletów. W Operze też dość krucho, choć w sumie bez wątpienia lepiej niż w Filharmonii. Świetnie, że Agnieszka Duczmal swoją osobowością nadal trzyma poziom, a Arte dei Suonatori są autentyczną znakomitością na dużą skalę, ale to przecież wąskie, wybiórcze subspektrum repertuarowe. A to właśnie Filharmonia, w moim rozumieniu jej misji (modne słowo!), powinna nadawać ton życiu muzycznemu miasta. Bez ducha i bez osobowości, to jednak piekielnie trudne.
A tymczasem z artykułu pp. Jurgi, Wolff-Pawęskiej i Libickiego + 47 innych osób m.in. z Klubu Przyjaciół Filharmonii Poznańskiej ("Gazeta Wyborcza" w Poznaniu, 16 czerwca 2010) dowiaduję się, że Maria Przyborowska, jasno formułująca swoje negatywne oceny, jest "odosobniona" i "niekompetentna", a jej stanowisko jest "bezzasadne" i ogłoszone "samozwańczo". Z tonu artykułu można wnioskować, że od teraz tak mamy wszyscy formułować nasze opinie o muzyce w Poznaniu. Że, wbrew faktom, Filharmonia Poznańska to "instytucja niezwykła", że rozwija się znakomicie "w takim tempie i z takim rozmachem". Temu ma służyć Klub Przyjaciół FP? Jedyna słuszna linia? Wymieniona przez autorów lista gwiazd, które występowały na estradzie FP w ostatnim sezonie, tak naprawdę zawiera tylko jedno wielkie: naszą Aleksandrę Kurzak; reszta, z Olgą Kern i Aleksandrem Kobrinem włącznie, to po prostu bardzo dobrzy lub dopiero wschodzący, bardzo zdolni muzycy, żadna tam europejska, a już na pewno nie światowa, najwyższa półka. Powołanie się na wybitnego puzonistę naprawdę robi wrażenie! Wmawianie nam, że to koncertowe Himalaje, trąci zwykłym prowincjonalizmem i świadczy o braku lepszego rozeznania w temacie. Naprawdę mamy szczycić się tym, że Antoni Wit wystąpił tu po 30 latach? Ja znam filharmonię, zresztą wcale w nie tak bardzo odległym polskim mieście, gdzie tenże dyrygent występuje co tydzień! Borowicz i Sanderling (też nie Himalaje zresztą), owszem, dyrygują tutaj raz na jakiś czas, ale to gościnne występy o charakterze fajerwerków, na ogół dość wysokiej jakości, niewpływające jednak w żaden sposób na kształtowanie jakiejkolwiek spójnej linii programowej orkiestry filharmonicznej. Tenże sam Łukasz Borowicz, fantastycznie rozwijający się kapelmistrz młodszego pokolenia, realizuje bardzo ciekawą linię programową, ale ze swoją Orkiestrą Radiową w Warszawie. A Marka Pijarowskiego, skądinąd bardzo dobrego dyrygenta, ponoć znacznie częściej można spotkać we Wrocławiu, niż w Poznaniu. Mimo wszystko orkiestra poznańska to nie berlińczycy czy bostończycy, na których autorzy z takim wdziękiem się powołują. Tutaj trzeba, proszę Państwa - tak jak w starym dowcipie o pytającym przechodnia na ulicy, jak dostać się do filharmonii - ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć I, przepraszam, czym to autorzy artykułu tak bardzo się "delektują" w FP? Brzmieniem orkiestry, precyzją jej gry? A może ciekawym repertuarem, dużymi nazwiskami solistów czy dyrygentów? To tak jak delektowanie się kisielem produkcji Winiar, zamiast truflami sprowadzanymi z Francji. Myślę, że mamy różne podniebienia. Całe szczęście.
Wróćmy do tez autorów artykułu: kwestionowane przez Marię Przyborowską tytuły, na siłę przyklejane do koncertów, są "inteligentną, aczkolwiek przykuwającą uwagę" formą zachęcania słuchaczy do przychodzenia do Filharmonii i ich krytyka jest "absurdalna i niewarta polemiki". Jakby tego było mało, autorzy artykułu szczerze wyznają: "Cieszymy się, że obecna dyrekcja takowo czyni i nieustannie potrafi pozytywnie zaskakiwać ciekawymi tytułami, które są dla nas zachętą do regularnego bywania w poznańskiej Auli Uniwersyteckiej". Tego, niestety, należało się obawiać! Otóż zdradzę autorom artykułu tajemnicę: najlepszym sposobem do zachęcania wyrobionych słuchaczy do przychodzenia do sali koncertowej, w dodatku dobrze sprawdzonym i powszechnie stosowanym na świecie, jest jakość i atrakcyjność samych koncertów, a nie jarmarcznie brzmiące tytuły. Do tej samej kategorii zaliczyć można żenujące "słowo wiążące", namolnie wciskane, zapewne celem uatrakcyjnienia wieczoru. Takich błyskotek potrzebuje słuchacz mniej wyrobiony, pewnie słuchacz, skądinąd bardzo zasłużonych, Koncertów Poznańskich, może młodzież szkolna; dla nich to będzie ta "zachęta do regularnego bywania...". Może zostawmy coś Pro Sinfonice (jej działanie to zresztą oddzielny temat), nauczycielom muzyki, animatorom kultury, ale my tu w tej chwili, proszę Państwa, mówimy o normalnym życiu koncertowym w średniej wielkości europejskim mieście, a nie o, skądinąd bardzo istotnej, edukacji muzycznej społeczeństwa. Nie mieszajmy porządków.
Ale najsmutniejszy jest ostatni akapit artykułu. Wynika z niego, że - i tu uwaga! - zachwyt nad obecnym stanem Filharmonii Poznańskiej tak naprawdę jest cechą "prawdziwych melomanów"! Czy już tego gdzieś nie przerabialiśmy: prawdziwi melomani, prawdziwi Polacy ? Myślę, że ta retoryka autorów artykułu trąci mocno tonem obecnego, tak niestrawnego, dyskursu politycznego, codziennie w nadmiarze wylewającego się z mediów. A ponoć, jak pewnie nie bez racji konstatują autorzy artykułu, "muzyka uwrażliwia tych, którzy z nią obcują". Skoro tak, to otwórzcie Państwo nareszcie oczy i stosownie uwrażliwieni przestańcie mamić się snami o poznańskiej muzycznej potędze, która niestety - co stwierdzam ze smutkiem - dawno odeszła w przeszłość. Może nie widać tego z pierwszych rzędów auli uniwersyteckiej, gdzie Filharmonia rozdaje darmowe miejsca dla lokalnych VIP-ów, tam gdzie tradycyjnie siadają właśnie prawdziwi melomani. Proszę, porównajmy Poznań nie z potęgami muzycznymi Europy, bo to nie byłoby fair, nie ze stolicą kraju, bo Filharmonia Narodowa to zupełnie inna liga, ale z polskimi miastami podobnej wielkości: z Krakowem czy Wrocławiem. Wiecie Państwo, kto prowadzi filharmonię we Wrocławiu i jaki repertuar, z jakim artystycznym efektem regularnie prezentuje? Widzieliście program "Misteria Paschalia" czy "Wratislavia Cantans" (o "Chopin i jego Europa" czy Festiwalu Wielkanocnym już nawet nie wspominając)? Chcecie wiedzieć, co to jest europejski poziom koncertowy? Proszę Państwa, taki poziom jest w tym kraju osiągalny! Niestety, nie w Poznaniu, choć chcę wierzyć, że tylko na razie.
* prof. dr hab. Michał Witt - genetyk, kierownik zakładu Genetyki Molekularnej i Klinicznej PAN w Poznaniu, zastępca dyrektora ds. naukowych Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Meloman, w przeszłości dużo pisujący na temat muzyki. Były wieloletni współpracownik „Ruchu Muzycznego"
Co z tego w tej chwili zostało? Senny, małomiasteczkowy marazm, brak linii programowej, brak nazwisk przyciągających publiczność i to bezkrytyczne samouwielbienie, z owacjami na stojąco. Na pociechę koncerty kolęd raz do roku W dodatku archaiczny system sprzedaży biletów. W Operze też dość krucho, choć w sumie bez wątpienia lepiej niż w Filharmonii. Świetnie, że Agnieszka Duczmal swoją osobowością nadal trzyma poziom, a Arte dei Suonatori są autentyczną znakomitością na dużą skalę, ale to przecież wąskie, wybiórcze subspektrum repertuarowe. A to właśnie Filharmonia, w moim rozumieniu jej misji (modne słowo!), powinna nadawać ton życiu muzycznemu miasta. Bez ducha i bez osobowości, to jednak piekielnie trudne.
A tymczasem z artykułu pp. Jurgi, Wolff-Pawęskiej i Libickiego + 47 innych osób m.in. z Klubu Przyjaciół Filharmonii Poznańskiej ("Gazeta Wyborcza" w Poznaniu, 16 czerwca 2010) dowiaduję się, że Maria Przyborowska, jasno formułująca swoje negatywne oceny, jest "odosobniona" i "niekompetentna", a jej stanowisko jest "bezzasadne" i ogłoszone "samozwańczo". Z tonu artykułu można wnioskować, że od teraz tak mamy wszyscy formułować nasze opinie o muzyce w Poznaniu. Że, wbrew faktom, Filharmonia Poznańska to "instytucja niezwykła", że rozwija się znakomicie "w takim tempie i z takim rozmachem". Temu ma służyć Klub Przyjaciół FP? Jedyna słuszna linia? Wymieniona przez autorów lista gwiazd, które występowały na estradzie FP w ostatnim sezonie, tak naprawdę zawiera tylko jedno wielkie: naszą Aleksandrę Kurzak; reszta, z Olgą Kern i Aleksandrem Kobrinem włącznie, to po prostu bardzo dobrzy lub dopiero wschodzący, bardzo zdolni muzycy, żadna tam europejska, a już na pewno nie światowa, najwyższa półka. Powołanie się na wybitnego puzonistę naprawdę robi wrażenie! Wmawianie nam, że to koncertowe Himalaje, trąci zwykłym prowincjonalizmem i świadczy o braku lepszego rozeznania w temacie. Naprawdę mamy szczycić się tym, że Antoni Wit wystąpił tu po 30 latach? Ja znam filharmonię, zresztą wcale w nie tak bardzo odległym polskim mieście, gdzie tenże dyrygent występuje co tydzień! Borowicz i Sanderling (też nie Himalaje zresztą), owszem, dyrygują tutaj raz na jakiś czas, ale to gościnne występy o charakterze fajerwerków, na ogół dość wysokiej jakości, niewpływające jednak w żaden sposób na kształtowanie jakiejkolwiek spójnej linii programowej orkiestry filharmonicznej. Tenże sam Łukasz Borowicz, fantastycznie rozwijający się kapelmistrz młodszego pokolenia, realizuje bardzo ciekawą linię programową, ale ze swoją Orkiestrą Radiową w Warszawie. A Marka Pijarowskiego, skądinąd bardzo dobrego dyrygenta, ponoć znacznie częściej można spotkać we Wrocławiu, niż w Poznaniu. Mimo wszystko orkiestra poznańska to nie berlińczycy czy bostończycy, na których autorzy z takim wdziękiem się powołują. Tutaj trzeba, proszę Państwa - tak jak w starym dowcipie o pytającym przechodnia na ulicy, jak dostać się do filharmonii - ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć I, przepraszam, czym to autorzy artykułu tak bardzo się "delektują" w FP? Brzmieniem orkiestry, precyzją jej gry? A może ciekawym repertuarem, dużymi nazwiskami solistów czy dyrygentów? To tak jak delektowanie się kisielem produkcji Winiar, zamiast truflami sprowadzanymi z Francji. Myślę, że mamy różne podniebienia. Całe szczęście.
Wróćmy do tez autorów artykułu: kwestionowane przez Marię Przyborowską tytuły, na siłę przyklejane do koncertów, są "inteligentną, aczkolwiek przykuwającą uwagę" formą zachęcania słuchaczy do przychodzenia do Filharmonii i ich krytyka jest "absurdalna i niewarta polemiki". Jakby tego było mało, autorzy artykułu szczerze wyznają: "Cieszymy się, że obecna dyrekcja takowo czyni i nieustannie potrafi pozytywnie zaskakiwać ciekawymi tytułami, które są dla nas zachętą do regularnego bywania w poznańskiej Auli Uniwersyteckiej". Tego, niestety, należało się obawiać! Otóż zdradzę autorom artykułu tajemnicę: najlepszym sposobem do zachęcania wyrobionych słuchaczy do przychodzenia do sali koncertowej, w dodatku dobrze sprawdzonym i powszechnie stosowanym na świecie, jest jakość i atrakcyjność samych koncertów, a nie jarmarcznie brzmiące tytuły. Do tej samej kategorii zaliczyć można żenujące "słowo wiążące", namolnie wciskane, zapewne celem uatrakcyjnienia wieczoru. Takich błyskotek potrzebuje słuchacz mniej wyrobiony, pewnie słuchacz, skądinąd bardzo zasłużonych, Koncertów Poznańskich, może młodzież szkolna; dla nich to będzie ta "zachęta do regularnego bywania...". Może zostawmy coś Pro Sinfonice (jej działanie to zresztą oddzielny temat), nauczycielom muzyki, animatorom kultury, ale my tu w tej chwili, proszę Państwa, mówimy o normalnym życiu koncertowym w średniej wielkości europejskim mieście, a nie o, skądinąd bardzo istotnej, edukacji muzycznej społeczeństwa. Nie mieszajmy porządków.
Ale najsmutniejszy jest ostatni akapit artykułu. Wynika z niego, że - i tu uwaga! - zachwyt nad obecnym stanem Filharmonii Poznańskiej tak naprawdę jest cechą "prawdziwych melomanów"! Czy już tego gdzieś nie przerabialiśmy: prawdziwi melomani, prawdziwi Polacy ? Myślę, że ta retoryka autorów artykułu trąci mocno tonem obecnego, tak niestrawnego, dyskursu politycznego, codziennie w nadmiarze wylewającego się z mediów. A ponoć, jak pewnie nie bez racji konstatują autorzy artykułu, "muzyka uwrażliwia tych, którzy z nią obcują". Skoro tak, to otwórzcie Państwo nareszcie oczy i stosownie uwrażliwieni przestańcie mamić się snami o poznańskiej muzycznej potędze, która niestety - co stwierdzam ze smutkiem - dawno odeszła w przeszłość. Może nie widać tego z pierwszych rzędów auli uniwersyteckiej, gdzie Filharmonia rozdaje darmowe miejsca dla lokalnych VIP-ów, tam gdzie tradycyjnie siadają właśnie prawdziwi melomani. Proszę, porównajmy Poznań nie z potęgami muzycznymi Europy, bo to nie byłoby fair, nie ze stolicą kraju, bo Filharmonia Narodowa to zupełnie inna liga, ale z polskimi miastami podobnej wielkości: z Krakowem czy Wrocławiem. Wiecie Państwo, kto prowadzi filharmonię we Wrocławiu i jaki repertuar, z jakim artystycznym efektem regularnie prezentuje? Widzieliście program "Misteria Paschalia" czy "Wratislavia Cantans" (o "Chopin i jego Europa" czy Festiwalu Wielkanocnym już nawet nie wspominając)? Chcecie wiedzieć, co to jest europejski poziom koncertowy? Proszę Państwa, taki poziom jest w tym kraju osiągalny! Niestety, nie w Poznaniu, choć chcę wierzyć, że tylko na razie.
* prof. dr hab. Michał Witt - genetyk, kierownik zakładu Genetyki Molekularnej i Klinicznej PAN w Poznaniu, zastępca dyrektora ds. naukowych Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Meloman, w przeszłości dużo pisujący na temat muzyki. Były wieloletni współpracownik „Ruchu Muzycznego"
- 9 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Filharmonia Poznańska bez ducha i bez osobowości
i-roxy
28.07.10, 01:27
Wierzyc sie nie chce, ze sa jeszcze osoby, ktore wierza w kulturalna moc Poznania. Miasto jak mantre powtarza, ze buisness, ze sport. Kultura? Pogadajcie z wlodarzami miasta, zakladnikami »
-
Przebudzenie Poznania?
wlodzimierz_nowak
28.07.10, 11:03
Żeby nie było niejasności, czasem słucham muzyki klasycznej, ale nie ważyłbymsię podjąć oceniania.Zaskoczyło mnie jednak, że i w tej, kolejnej już dziedzinie życia pada zarzut o"Jedyna »
-
Filharmonia Poznańska bez ducha i bez osobowości
analecta
28.07.10, 11:57
Dobrze. że takie artykuły pojawiają się i dobrze że są komentowane. Oby jaknajwięcej takich krytycznych głosów docierało do pełnej samouwielbienia"elity" - zarówno zarządzającej kulturą jak »
Najczęściej czytane24 htydzień




