Co wypatrzyło w Poznaniu oko Wielkiego Brata?
04.06.2010
, aktualizacja: 04.06.2010 20:36
Na przykład nieobyczajne zachowanie, takie jak sikanie w miejscach publicznych, zaśmiecanie jezdni, nielegalne handlowanie, czy nieprawidłowe parkowanie.
ZOBACZ TAKŻE
- Cywile zauważą więcej z miejskich kamer (01-04-10, 10:00)
- Sprawdź gdzie będą kamery monitoringu na Jeżycach (07-01-10, 02:00)
Interwencji w związku z "przestępstwami" ujawnionymi za pośrednictwem 146 kamer było prawie 1200. A wszystko w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, czyli od czasu jak straż miejska przejęła od policji prowadzenie monitoringu w Poznaniu.
Ta zmiana miała poprawić bezpieczeństwo w mieście. Straż miejska przekonywała więc w środę radnych z komisji bezpieczeństwa publicznego, że cel został osiągnięty i teraz monitoring działa skuteczniej.
Statystyki było zatem sporo. Wynikało z niej, że najczęstszą przyczyną interwencji było picie alkoholu w parkach, na placach zabaw i w okolicach sklepów spożywczych. Ukarano za to aż 686 osób. - A w ubiegłym roku w tym samym okresie 380 - podkreślała straż miejska.
Prawie 390 interwencji dotyczyło parkowania na trawnikach, chodnikach i przejściach dla pieszych. W statystykach są też interwencje wobec osób zaśmiecających miasto, stawiających samochody na torach tramwajowych, ale też dokonujących rozbojów, kradzieży i dewastacji.
Do tej rewolucyjnej zmiany przyczyniły się m.in. publikacje "Gazety". Przed rokiem ujawniliśmy, że policja, której miasto przekazało stacje dozoru, nie ma kogo posadzić przed monitorami. Obraz z kamer oglądali dyżurujący na komisariatach policjanci. Tyle że na zmianie było ich dwóch, a monitorów z dziesięć. A policjanci musieli też odbierać telefony, załatwiać interwencje, przyjmować faksy, wydawać broń. Efekt? Jeśli pod okiem kamery kradziono samochód, złodziej rzadko wpadał na gorącym uczynku. Częściej przeglądano taśmy po fakcie z nadzieją, że nagrała się twarz sprawcy.
Policja przyznała, że nie ma ludzi, by nadzorować rozrastający się błyskawicznie monitoring i wypowiedziała miastu porozumienie w tej sprawie. Urzędnicy postanowili więc, że śledzeniem obrazu z kamer zajmą się cywilni operatorzy (tak jest np. w Warszawie) zatrudnieni na etatach straży miejskiej. Kiedy zauważą coś podejrzanego, przekażą informację dyżurnemu policji, a ten zerknie na swój monitor i zdecyduje o interwencji.
I tak właśnie się stało.
Teraz miasto i jego mieszkańców obserwuje na zmianę 35 osób. Przeważają byli policjanci, pracownicy ochrony, wojskowi, ale jest też mechanik samochodowy, kierowca, handlowiec i były strażnik miejski. Zarabiają po 1900 zł brutto. A chętnych do pracy było blisko 600 osób.
Ta zmiana miała poprawić bezpieczeństwo w mieście. Straż miejska przekonywała więc w środę radnych z komisji bezpieczeństwa publicznego, że cel został osiągnięty i teraz monitoring działa skuteczniej.
Statystyki było zatem sporo. Wynikało z niej, że najczęstszą przyczyną interwencji było picie alkoholu w parkach, na placach zabaw i w okolicach sklepów spożywczych. Ukarano za to aż 686 osób. - A w ubiegłym roku w tym samym okresie 380 - podkreślała straż miejska.
Prawie 390 interwencji dotyczyło parkowania na trawnikach, chodnikach i przejściach dla pieszych. W statystykach są też interwencje wobec osób zaśmiecających miasto, stawiających samochody na torach tramwajowych, ale też dokonujących rozbojów, kradzieży i dewastacji.
Do tej rewolucyjnej zmiany przyczyniły się m.in. publikacje "Gazety". Przed rokiem ujawniliśmy, że policja, której miasto przekazało stacje dozoru, nie ma kogo posadzić przed monitorami. Obraz z kamer oglądali dyżurujący na komisariatach policjanci. Tyle że na zmianie było ich dwóch, a monitorów z dziesięć. A policjanci musieli też odbierać telefony, załatwiać interwencje, przyjmować faksy, wydawać broń. Efekt? Jeśli pod okiem kamery kradziono samochód, złodziej rzadko wpadał na gorącym uczynku. Częściej przeglądano taśmy po fakcie z nadzieją, że nagrała się twarz sprawcy.
Policja przyznała, że nie ma ludzi, by nadzorować rozrastający się błyskawicznie monitoring i wypowiedziała miastu porozumienie w tej sprawie. Urzędnicy postanowili więc, że śledzeniem obrazu z kamer zajmą się cywilni operatorzy (tak jest np. w Warszawie) zatrudnieni na etatach straży miejskiej. Kiedy zauważą coś podejrzanego, przekażą informację dyżurnemu policji, a ten zerknie na swój monitor i zdecyduje o interwencji.
I tak właśnie się stało.
Teraz miasto i jego mieszkańców obserwuje na zmianę 35 osób. Przeważają byli policjanci, pracownicy ochrony, wojskowi, ale jest też mechanik samochodowy, kierowca, handlowiec i były strażnik miejski. Zarabiają po 1900 zł brutto. A chętnych do pracy było blisko 600 osób.
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Co wypatrzyło w Poznaniu oko Wielkiego Brata?
maxelpe
05.06.10, 00:03
Oj ci mechanicy, handlowcy i reszta to mieli szczęście...600 chętnych, a miejsc było chyba z 10... »
-
Co wypatrzyło w Poznaniu oko Wielkiego Brata?
dyngos
06.06.10, 06:16
A nie wypatrzyło dziur w jezdniach, piachu na przystankach, fatalnego oznakowania? Czemu obraz z tych kamer nie jest dostępny w kablówkach, żeby wszyscy mogli podziwiać i pilnować i pomagać?»
-
hahaha nie wierze, sprzet za miliony zlotych, a ..
tcwtcw
07.06.10, 09:35
.. oni sie chwala ze zlapali kilkuset sikajacych ??? dlaczego nie podali zadnej liczby udaremnionych napasci,rozbojow czy kradziezy ? wlewaja nam sieczke do mozgow, zeby tylko sie »
Najczęściej czytane24 htydzień




