Poznańscy kierowcy jak święte krowy
09.04.2010
, aktualizacja: 08.04.2010 20:04
Kiedy przed 15 laty przeprowadzałem się do Poznania, myślałem, że znajdę się w mieście o europejskim standardzie, w tym także w zakresie ruchu drogowego. Niestety, z każdym rokiem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bardzo się myliłem.
ZOBACZ TAKŻE
- Urzędnicy zablokowali promocję festiwalu teatralnego (08-04-10, 22:00)
- Poznańska projektantka i jej wachlarz w Mediolanie (08-04-10, 19:31)
RAPORTY
To, co dzieje się na ulicach, szczególnie w szczytach, upodabnia Poznań raczej do Stambułu, aniżeli do Berlina czy Drezna.
Nie widziałem przez te 15 lat ani jednego przypadku zatrzymania kierowcy na poznańskiej ulicy z powodu znacznego przekroczenia prędkości. A przecież nikt nie jeździ po Poznaniu 50 km na godz. Kiedy jadę z prędkością między 50 a 60 km na godz., większość kierowców mnie wyprzedza albo siedzi mi "na ogonie". Regułą jest, że tam, gdzie znaki drogowe dozwalają np. 80 km na godz. (np. na Niestachowskiej), jedzie się 100. Zwalnianie (nie mówiąc o zatrzymaniu się) przed skrętem w prawo tam, gdzie zainstalowane są małe strzałki, należy do takiej rzadkości, że praktycznie każdy kierowca powinien w tych miejscach zapłacić mandat. Czy chociaż jeden mandat został wystawiony w takim miejscu? Mogę się założyć, że nie. A przecież skręca się na przejście dla pieszych, którzy w tym momencie mają zielone światło, i którzy temu światłu mają prawo zawierzyć.
Ja rozumiem, że Poznań, mając układ i powierzchnię ulic sprzed co najmniej 80 lat, a liczbę jeżdżących po nich samochodów sto lub więcej razy większą niż przed wojną, musi być zatłoczony. Człowiek w pozycji stojącej zajmuje powierzchnię 0,25 m kw. Ten sam człowiek ze swoim autem zajmuje - licząc z niezbędną strefą ochronną - co najmniej 15 m kw. A każdy kierowca chciałby zaparkować najchętniej o dwa kroki od celu swojej podróży, bo chodzenie stało się niepopularne. Liczba samochodów ciągle rośnie. Dwa auta w rodzinie stają się normą, niedługo będą trzy i więcej. Gdzie się to ma pomieścić?
Zresztą pół biedy, gdyby chodziło tylko o samochody ludzi mieszkających w - że tak powiem - rdzennym Poznaniu. Niestety, po ulicach miasta jeżdżą i parkują auta, które zjeżdżają z całego otoczenia Poznania, co najmniej w promieniu 50 km. Wielu tutaj pracuje, załatwia interesy, uczy się, robi zakupy.
Cóż więc począć? Chowanie głowy w piasek i czekanie, aż problem sam się rozwiąże może doprowadzić do klęski. Z relacji zamieszczanych także w "Gazecie" wynika, że matki z dziećmi w wózku muszą już teraz zjeżdżać na jezdnie z pędzącymi samochodami, aby obejść zaparkowane na chodnikach auta. Samochód stał się jakimś złotym cielcem czy świętą krową, któremu normalny pieszy człowiek powinien z pokorą ustępować z drogi.
To nieprawda, że każdy wszędzie musi dojechać swoim samochodem i zaparkować go tam, gdzie mu wygodnie. To jest uzurpowanie sobie nienależnych praw. Parkingi podziemne pod pl. Wolności i pod Kupcem Polskim wcale nie są przepełnione. Kierowcy wolą postawić auto nawet w miejscu niedozwolonym, byle im było wygodniej i za darmo. Temu trzeba zdecydowanie przeciwstawić się i po prostu egzekwować prawo o ruchu drogowym. Tylko że nam właśnie najtrudniej przychodzi egzekwowanie praw.
Nie widziałem przez te 15 lat ani jednego przypadku zatrzymania kierowcy na poznańskiej ulicy z powodu znacznego przekroczenia prędkości. A przecież nikt nie jeździ po Poznaniu 50 km na godz. Kiedy jadę z prędkością między 50 a 60 km na godz., większość kierowców mnie wyprzedza albo siedzi mi "na ogonie". Regułą jest, że tam, gdzie znaki drogowe dozwalają np. 80 km na godz. (np. na Niestachowskiej), jedzie się 100. Zwalnianie (nie mówiąc o zatrzymaniu się) przed skrętem w prawo tam, gdzie zainstalowane są małe strzałki, należy do takiej rzadkości, że praktycznie każdy kierowca powinien w tych miejscach zapłacić mandat. Czy chociaż jeden mandat został wystawiony w takim miejscu? Mogę się założyć, że nie. A przecież skręca się na przejście dla pieszych, którzy w tym momencie mają zielone światło, i którzy temu światłu mają prawo zawierzyć.
Ja rozumiem, że Poznań, mając układ i powierzchnię ulic sprzed co najmniej 80 lat, a liczbę jeżdżących po nich samochodów sto lub więcej razy większą niż przed wojną, musi być zatłoczony. Człowiek w pozycji stojącej zajmuje powierzchnię 0,25 m kw. Ten sam człowiek ze swoim autem zajmuje - licząc z niezbędną strefą ochronną - co najmniej 15 m kw. A każdy kierowca chciałby zaparkować najchętniej o dwa kroki od celu swojej podróży, bo chodzenie stało się niepopularne. Liczba samochodów ciągle rośnie. Dwa auta w rodzinie stają się normą, niedługo będą trzy i więcej. Gdzie się to ma pomieścić?
Zresztą pół biedy, gdyby chodziło tylko o samochody ludzi mieszkających w - że tak powiem - rdzennym Poznaniu. Niestety, po ulicach miasta jeżdżą i parkują auta, które zjeżdżają z całego otoczenia Poznania, co najmniej w promieniu 50 km. Wielu tutaj pracuje, załatwia interesy, uczy się, robi zakupy.
Cóż więc począć? Chowanie głowy w piasek i czekanie, aż problem sam się rozwiąże może doprowadzić do klęski. Z relacji zamieszczanych także w "Gazecie" wynika, że matki z dziećmi w wózku muszą już teraz zjeżdżać na jezdnie z pędzącymi samochodami, aby obejść zaparkowane na chodnikach auta. Samochód stał się jakimś złotym cielcem czy świętą krową, któremu normalny pieszy człowiek powinien z pokorą ustępować z drogi.
To nieprawda, że każdy wszędzie musi dojechać swoim samochodem i zaparkować go tam, gdzie mu wygodnie. To jest uzurpowanie sobie nienależnych praw. Parkingi podziemne pod pl. Wolności i pod Kupcem Polskim wcale nie są przepełnione. Kierowcy wolą postawić auto nawet w miejscu niedozwolonym, byle im było wygodniej i za darmo. Temu trzeba zdecydowanie przeciwstawić się i po prostu egzekwować prawo o ruchu drogowym. Tylko że nam właśnie najtrudniej przychodzi egzekwowanie praw.
- 84 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
34 głosy
-
Poznańscy kierowcy jak święte krowy
miko84
09.04.10, 13:03
To jest cały artykuł?!?»
-
Nie do końca autor ma rację
otec1
09.04.10, 14:57
Jest mnóstwo skrzyżowań, gdzie są warunkowe skręty na zielonej strzałce, a dla pieszych nie ma wtedy wcale zielonego światła, albo nawet w ogóle nie ma przejścia dla pieszych np. na »
-
Poznańscy kierowcy jak święte krowy
christina38
09.04.10, 15:15
Kierowcy robią sobie, co chcą. Na ul aleje Solidarności, na wysokości parku Gagarina przechodnie stoją parę minut, żeby przejśc przez jezdnię. Stoimy na pasach i trzeba naprawdę wtargnąc na »
Najczęściej czytane24 htydzień




