Dzika dyskoteka w centrum miasta
19.03.2010
, aktualizacja: 18.03.2010 20:15
Lokatorzy kamienicy przy Gwarnej 9 nie śpią całe noce, bo poziom hałasu w ich mieszkaniach przekroczony jest aż trzykrotnie. Boją się wieczorami wychodzić z domu, gdyż w okolicy zrobiło się niebezpiecznie. A to wszystko za sprawą dyskoteki - samowoli budowlanej
SONDAŻ
Club Broadway od pięciu miesięcy działa w bramie przy ul. Gwarnej 9. Dawniej były tu garaże KW PZPR, a ostatnio dom kupiecki. Nowy najemca wyburzył ściany działowe i zrobił dyskotekę z muzyką house i dance, w której jednocześnie może się bawić nawet 3 tys. gości.
Broadway jest otwarty od środy do soboty. Imprezy zaczynają się po godz. 21 i kończą nad ranem. - Całą noc mam włączony telewizor, żeby zagłuszyć to dudnienie. Ale hałas jest nie do wytrzymania - skarży się 72-letni emeryt z kamienicy sąsiadującej z dyskoteką. Prosi, by nie publikować nawet jego imienia. - Zemszczą się. Już się mszczą. Co noc dzwonię po policję. Gdy patrol odjeżdża, podkręcają muzykę. A ja nie śpię do rana - opowiada.
Mieszkańcy boją się wieczorami wychodzić z kamienicy, wokół której gromadzą się młodzi ludzie. Zanim wejdą na dyskotekę, piją alkohol pod drzwiami.
- 86-letnia sąsiadka z drugiego piętra nie wytrzymała. Nie mogła spać. Synowie zabrali ją do siebie. Nawet studenci wyprowadzili się stąd, bo nie mogli uczyć się w takich warunkach - opowiada emeryt.
W jego mieszkaniu straż miejska zmierzyła w nocy poziom hałasu. Przy zamkniętych oknach wyszło 97 decybeli. To ponad trzykrotnie więcej niż wynosi dopuszczalna norma w nocy w mieszkaniu. I dwukrotnie wyższa niż dopuszczalna w hipermarkecie w dzień. Można to porównać do hałasu motocykla bez tłumika. Praca w takim hałasie nie może trwać dziennie dłużej niż kilkadziesiąt minut.
Lokatorzy zebrali podpisy i poprosili miasto o pomoc.
Policjanci ze Starego Miasta skierowali już do sądu grodzkiego kilka wniosków o ukaranie menadżerów lokalu. Powód: zakłócenie ciszy nocnej i porządku. Interwencji policja już nawet nie liczy. - Gwarna była dotychczas spokojną ulicą. Teraz po nocach kręcą się tam podchmieleni ludzie. Od otwarcia Broadwayu liczba interwencji w okolicy zwiększyła się - mówią policjanci.
Urząd Miasta już dostrzegł problem. Zamierza cofnąć koncesję na sprzedaż alkoholu w dyskotece. - Wszczęcie postępowania to dopiero początek. Sprawa jeszcze trochę potrwa - tłumaczy Rafał Łopka z magistratu.
Właściciele kamienicy zapowiadają eksmisję dyskoteki. - Nie płaci nam czynszu. Poza tym w umowie zapisaliśmy, że nie może utrudniać życia mieszkańcom. Tymczasem klub nie został wygłuszony. To złamanie warunków umowy - mówi Ewa Sokolnicka, która zarządza nieruchomością. Broadway zalega właścicielom ze spłatą 300 tys. zł. Sprawą zajmują się prawnicy.
Najemcą lokalu, w którym mieści się dyskoteka, jest Ryszard M. To on prowadził okrytą złą sławą dyskotekę Pulsar na Ratajach. Od początku dawała się ona we znaki sąsiadom. Urzędnicy próbowali cofnąć Pulsarowi koncesję na sprzedaż alkoholu. Ale gdy to zrobili, właściciele klubu odwołali się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które koncesję przywróciło. W końcu - półtora roku temu - Ryszard M. sam zamknął lokal. Wczoraj nie odbierał telefonu.
Koncesję na sprzedaż alkoholu w Broadwayu otrzymał jednak nie Ryszard M, ale Oliwia C. Zapewniła "Gazetę", że to ona i jej siostra prowadzą dyskotekę. - Rozumiem mieszkańców. Wyciszymy klub - obiecuje. Kiedy? Nie umie powiedzieć. Nie wyjaśnia też, dlaczego nie zrobiła tego dotychczas. W końcu przerywa rozmowę. Skontaktować ma się z nami jej przedstawiciel. Ale nie dzwoni.
Okoliczności powstania dyskoteki bada tymczasem poznański nadzór budowlany. - Ten obiekt nie jest legalny, można powiedzieć, że to samowola - informuje Jerzy Plejer z nadzoru. Miasto zaakceptowało jedynie warunki zabudowy, ale nigdy nie wydało pozwolenia na przebudowę - nikt nie wystąpił o nie. Teraz inspektorzy nie mogą nawet wejść do środka, bo gdy zapowiadają kontrolę, Ryszard M. wysyła im zwolnienia lekarskie. - Nie odbyły się już trzy kontrole. Kolejną planujemy na koniec marca - mówi Plejer.
- Przeżyłem wojnę. Ukrywałem się w piwnicy na Rybakach. W kamienicę uderzyła bomba. Przeżyłem - opowiada 72-latek z ul. Gwarnej. - Ale teraz, kiedy śpię tylko trzy noce w tygodniu, nie mam już siły.
Broadway jest otwarty od środy do soboty. Imprezy zaczynają się po godz. 21 i kończą nad ranem. - Całą noc mam włączony telewizor, żeby zagłuszyć to dudnienie. Ale hałas jest nie do wytrzymania - skarży się 72-letni emeryt z kamienicy sąsiadującej z dyskoteką. Prosi, by nie publikować nawet jego imienia. - Zemszczą się. Już się mszczą. Co noc dzwonię po policję. Gdy patrol odjeżdża, podkręcają muzykę. A ja nie śpię do rana - opowiada.
Mieszkańcy boją się wieczorami wychodzić z kamienicy, wokół której gromadzą się młodzi ludzie. Zanim wejdą na dyskotekę, piją alkohol pod drzwiami.
- 86-letnia sąsiadka z drugiego piętra nie wytrzymała. Nie mogła spać. Synowie zabrali ją do siebie. Nawet studenci wyprowadzili się stąd, bo nie mogli uczyć się w takich warunkach - opowiada emeryt.
W jego mieszkaniu straż miejska zmierzyła w nocy poziom hałasu. Przy zamkniętych oknach wyszło 97 decybeli. To ponad trzykrotnie więcej niż wynosi dopuszczalna norma w nocy w mieszkaniu. I dwukrotnie wyższa niż dopuszczalna w hipermarkecie w dzień. Można to porównać do hałasu motocykla bez tłumika. Praca w takim hałasie nie może trwać dziennie dłużej niż kilkadziesiąt minut.
Lokatorzy zebrali podpisy i poprosili miasto o pomoc.
Policjanci ze Starego Miasta skierowali już do sądu grodzkiego kilka wniosków o ukaranie menadżerów lokalu. Powód: zakłócenie ciszy nocnej i porządku. Interwencji policja już nawet nie liczy. - Gwarna była dotychczas spokojną ulicą. Teraz po nocach kręcą się tam podchmieleni ludzie. Od otwarcia Broadwayu liczba interwencji w okolicy zwiększyła się - mówią policjanci.
Urząd Miasta już dostrzegł problem. Zamierza cofnąć koncesję na sprzedaż alkoholu w dyskotece. - Wszczęcie postępowania to dopiero początek. Sprawa jeszcze trochę potrwa - tłumaczy Rafał Łopka z magistratu.
Właściciele kamienicy zapowiadają eksmisję dyskoteki. - Nie płaci nam czynszu. Poza tym w umowie zapisaliśmy, że nie może utrudniać życia mieszkańcom. Tymczasem klub nie został wygłuszony. To złamanie warunków umowy - mówi Ewa Sokolnicka, która zarządza nieruchomością. Broadway zalega właścicielom ze spłatą 300 tys. zł. Sprawą zajmują się prawnicy.
Najemcą lokalu, w którym mieści się dyskoteka, jest Ryszard M. To on prowadził okrytą złą sławą dyskotekę Pulsar na Ratajach. Od początku dawała się ona we znaki sąsiadom. Urzędnicy próbowali cofnąć Pulsarowi koncesję na sprzedaż alkoholu. Ale gdy to zrobili, właściciele klubu odwołali się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które koncesję przywróciło. W końcu - półtora roku temu - Ryszard M. sam zamknął lokal. Wczoraj nie odbierał telefonu.
Koncesję na sprzedaż alkoholu w Broadwayu otrzymał jednak nie Ryszard M, ale Oliwia C. Zapewniła "Gazetę", że to ona i jej siostra prowadzą dyskotekę. - Rozumiem mieszkańców. Wyciszymy klub - obiecuje. Kiedy? Nie umie powiedzieć. Nie wyjaśnia też, dlaczego nie zrobiła tego dotychczas. W końcu przerywa rozmowę. Skontaktować ma się z nami jej przedstawiciel. Ale nie dzwoni.
Okoliczności powstania dyskoteki bada tymczasem poznański nadzór budowlany. - Ten obiekt nie jest legalny, można powiedzieć, że to samowola - informuje Jerzy Plejer z nadzoru. Miasto zaakceptowało jedynie warunki zabudowy, ale nigdy nie wydało pozwolenia na przebudowę - nikt nie wystąpił o nie. Teraz inspektorzy nie mogą nawet wejść do środka, bo gdy zapowiadają kontrolę, Ryszard M. wysyła im zwolnienia lekarskie. - Nie odbyły się już trzy kontrole. Kolejną planujemy na koniec marca - mówi Plejer.
- Przeżyłem wojnę. Ukrywałem się w piwnicy na Rybakach. W kamienicę uderzyła bomba. Przeżyłem - opowiada 72-latek z ul. Gwarnej. - Ale teraz, kiedy śpię tylko trzy noce w tygodniu, nie mam już siły.
- 55 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
24 głosy
-
Dzika dyskoteka w centrum miasta
nanabun
19.03.10, 10:25
Dziki kraj, to i dzika dyskoteka. Podoba mi się zwrot "urząd miasta jużdostrzegł problem". Normalnie banda gamoni. W normalnych krajach takiebadziewie byłoby zamknięte już po pierwszym dniu »
-
blad w tytule
cfalek
19.03.10, 11:46
chyba miało być dyskoteka w Dzikim Mieście»
-
Z naroktyków żyje nie jedna spółdzielnia
badziewiak66
20.03.10, 10:00
Podobne lokale otwiera się po to by hurtem sprzedawać narkotyki. Z kasy zesprzedaży prochów opłaca się urzędników, prawników , policjantów i Bóg wiekogo jeszcze byle tylko lokalu nie »
Najczęściej czytane24 htydzień



