Dałam się pocałować marszałkowi

Joanna Leśniewska
06.03.2010 , aktualizacja: 05.03.2010 19:03
A A A Drukuj
Ulicami Poznania przejdzie dziś Manifa. O godz. 15 wyruszy sprzed wejścia do Starego Browaru przy ul. Ratajczaka. I jak co roku na czele demonstracji, z transparentem w ręce będzie szła Aleksandra Sołtysiak - poznańska feministka.
Aleksandra Sołtysiak
Fot. Tomasz Kaminski / AG
Aleksandra Sołtysiak


Gdy kilka miesięcy temu dałam jej swoją wizytówkę, krzyknęła: tu jest napisane dziennikarz, a przecież pani jest kobietą, dzien-ni-kar-ką! Ola to kobieta-wulkan. W walce o prawa kobiet nie przeszkadza jej nawet zaawansowana ciąża.



Już od dziecka energii miała w nadmiarze i wszędzie było jej pełno. Aleksandra Sołtysiak urodziła się przed 30 laty w Kole. Jako dziecko organizowała z rodzicami Ogólnopolskie Rajdy „Poznajemy piękno ziemi kolskiej”. - Bywały takie lata, że w rajdach brało udział 70 załóg. To była frajda dla całej rodziny, bo każdy - i rodzice, i dzieci, miał swoje zadania. Maluchy ozdabiały samochód, starsi musieli rozwiązywać zadania z pierwszej pomocy albo wiedzy o Kole - opowiada.

W czasach szkolnych pomagała przy organizacji "Marszu Życia i Nadziei", propagującego walkę z rakiem piersi. Działała też w samorządzie szkolnym. Zorganizowała pierwszą w historii szkoły kampanię wyborczą. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że za parę lat zaangażuje się w politykę. Najpierw weźmie udział w kampanii wyborczej Izabeli Kowalczyk, a potem sama wystartuje w wyborach do europarlamentu z ramienia Zielonych 2004. Od 2005 r. działa w stowarzyszeniu kobiet Konsola. Pomaga kobietom dotkniętym przemocą domową, mobbingiem i molestowaniem. Współorganizuje wiele imprez, m.in. Dni Równości i Tolerancji.



W działalność społeczną włączyła się dzięki mamie. Pani Teresa, z wykształcenia położna, sprowadziła do Koła pierwszy mammobus, namawiała kobiety, żeby zaczęły się badać. Uczestniczyła w strajkach pielęgniarek i położnych. Gdy trzeba było, nawet kładła się na torach. A gdy ktoś zwrócił się do niej o pomoc, nigdy nie odmawiała. - Nawet na łożu śmierci, gdy umierała na raka, załatwiała jednej rodzinie mieszkanie. Na jej pogrzeb przyszły tłumy. Ludzie nazywali ją matką Teresą z Koła - wspomina Ola. Gdy mówi o mamie, ze wzruszenia błyszczą jej oczy.

Jest z wykształcenia historykiem, pracuje w firmie informatycznej, a jako nastolatka uczyła się w technikum rolniczym. - Do wyboru szkoły przekonała mnie dyrektorka technikum. Miała taką siłę perswazji, choć w ogóle nie interesowałam się rolnictwem, zapisałam się do szkoły - śmieje się Ola.

Bogumiła Sawicka, nauczycielka z technikum, zaszczepiła w niej zainteresowanie historią. Do tego stopnia, że Ola wybrała ten przedmiot jako kierunek studiów. Potem dokształcała się na studiach podyplomowych - skończyła administrację europejską i studium PR. Pracuje w firmie informatycznej w podpoznańskim Janikowie. Ciągle podkreśla, że nie udałoby jej się tak aktywnie działać, gdyby nie miała tak wyrozumiałego szefa. - Gdy wymykam się na kolejną konferencję albo zapraszam do siebie dziennikarzy, przymyka oko. Nie zawsze zgadza się z moimi poglądami, ale rozumie moje zaangażowanie - mówi.



Ola jest sympatyczną, otwartą osobą. Ale potrafi być ostra. Przez ostatnie tygodnie przekonywała poznańskich polityków do poparcia ustawy parytetowej, gwarantującej kobietom 50 proc. miejsc na listach wyborczych. Gdy podczas jednego ze spotkań Waldy Dzikowski powiedział: „Argumenty pań są urocze”, aż podskoczyła z gniewu. Zrobiła posłowi długi wykład na temat lekceważącego stosunku do kobiet. Poseł aż kulił się na krześle, skruszony.

W "parytety" włożyła mnóstwo czasu i energii. Gdy w październiku zaczęła zbierać podpisy pod projektem ustawy parytetowej, dowiedziała się, że jest w ciąży. Ale nawet na chwilę nie zwolniła tempa. Po ośmiu godzinach pracy pędziła na uniwersytet, biegała po pubach i po różnego rodzaju imprezach - wszędzie, gdzie byli ludzi, którzy mogli poprzeć projekt. - Oczywiście wracałam do domu totalnie wypompowana. Wiedziałam jednak, że ktoś te podpisy musi zebrać, więc biegałam z listą dzień w dzień, od października do grudnia. I udało się!

Poznańskie wolontariuszki zebrały 10 tys. podpisów, w całym kraju - 154 tys. Udało się złożyć obywatelski projekt ustawy do marszałka. - Ale to nie koniec. My walczymy dalej i właśnie parytetom poświęcamy tegoroczną Manifę - dodaje Ola.



Feministką była od zawsze. Już w szkole średniej mówiła: „Feminizm to ja”. - Chociaż wtedy nie bardzo wiedziałam, co to znaczy - dodaje. A co znaczy teraz? - Feministą jest ten, kto walczy o równe prawa i równe szanse kobiet i mężczyzn. Ktoś, kto dostrzega, że tej równości w tej chwili nie ma - tłumaczy. Śmieje się, gdy mówię, że wielu moich kolegów twierdzi, że feministki to kobiety, które nie cierpią mężczyzn. - Ja mężczyzn lubię, jednego nawet kocham - mówiąc to, ma na myśli swojego partnera Rafała, ojca swojego synka Olgierda - również feministę.

I jak przystało na osoby walczące o równe prawa kobiet i mężczyzn chcą, by ich synek nosił oba nazwiska - i mamy, i taty.



Nie obraża się, gdy mężczyźni przepuszczają ją w drzwiach. Marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu dała się pocałować w rękę i, w przeciwieństwie do Kazimiery Szczuki, mu nie oddała.

Ale kwiatów na Dzień Kobiet nie chce. - Wolę, żebyśmy zamiast rozdawania kwiatów mówili o prawach kobiet - odpowiada.

Podziel się

  • 9 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

  • Dałam się pocałować marszałkowi szyszka1 06.03.10, 11:43

    Gratulacje Olu, jesteś wielka , życzymy Ci wiele energii i pomyślności.Jestes dla nas niedościgniętym wzorem. Fanki i fani z Opola»