Nie ma pieniędzy na ratunek dla zawałowców
01.07.2011
, aktualizacja: 04.03.2010 19:40
Potrzeba 1,5 mln zł, by kilkudziesięciu Wielkopolan rocznie przeżyło zawał, a setki innych uniknęły kalectwa. Jednak nikt nie chce wyłożyć pieniędzy
ZOBACZ TAKŻE
- Sanatorium tylko dla pacjentów zdrowych psychicznie (01-07-11, 00:00)
- Przywracali wzrok na Saharze. Kto? Poznańscy lekarze (01-07-11, 00:00)
- Badania zamiast rajstop i goździka (07-03-10, 20:12)
- Oddział zakaźny otwarty, ale wciąż bez specjalistów (01-07-11, 00:00)
- Szpital wojskowy dla Uniwersytetu Medycznego (01-07-11, 00:00)
- Zawałowcy z Poznania szybko trafiają na oddział (01-07-11, 00:00)
Pieniądze są potrzebne na sprzęt do wysyłania zapisu pracy serca z karetek do szpitali. Gdybyśmy mieli takie urządzenia, załogi karetek wiedziałyby, do którego szpitala jechać, by chorzy jak najkrócej czekali na pomoc.
Takie możliwości ma już północna część Wielkopolski. Reszta wciąż czeka. - Dyskusje toczą się od co najmniej dwóch lat, a my nadal jesteśmy białą plamą na mapie Polski, bo Mazowsze czy Małopolska od dawna mają takie wsparcie - mówi prof. Andrzej Wykrętowicz z Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego, jeden z inicjatorów uruchomienia systemu w regionie.
Od ub. tygodnia "Gazeta" pisze o tym, że karetki często wiozą zawałowców najpierw do szpitali powiatowych na badania, a dopiero stamtąd do ośrodków, gdzie lekarze udrażniają zatkane tętnice. Często jest już za późno, bo jeśli pacjent czeka na pomoc dłużej niż dwie godziny, dochodzi do częściowej martwicy serca. Sytuacja zmieniłaby się, gdyby zapis EKG od razu oceniał lekarz i zawałowców kierował prosto na zabieg. W karetkach coraz częściej nie ma lekarzy, są tylko ratownicy medyczni. Nie mogą oni odczytywać zapisu EKG, ale mogą podłączyć defibrylator z przystawką pozwalającą zapisać i wysłać przez komórkę informacje o pracy serca do specjalistycznych ośrodków w Poznaniu, Pile, Lesznie, Koninie czy Kaliszu.
W Poznaniu i powiecie poznańskim problem jest niewielki, bo odległości między szpitalami nie są duże. Jednak w powiatach oddalonych od dyżurnych szpitali wożenie chorego zabiera cenny czas. W efekcie zanim pacjent dotrze na stół zabiegowy, mijają często ponad cztery godziny.
Zdaniem prof. Wykrętowicza uruchomienie takiego systemu w całym regionie to wydatek rzędu 1-1,5 mln zł. Tyle kosztowałoby kupienie central do odbierania zapisu EKG dla wszystkich pracowni i wyposażenie części karetek w nowoczesne defibrylatory (większość ambulansów już je ma).
Ale skąd wziąć pieniądze? NFZ ich nie da. - Płacimy tylko za leczenie - przypomina Zbigniewa Nowodworska, szefowa wielkopolskiego oddziału.
Wojewoda też nie pomoże. - Płacimy wyłącznie za karetki - tłumaczy Waldemar Paternoga, wicedyrektor wydziału zarządzania kryzysowego urzędu wojewódzkiego.
W tej sytuacji Piła wzięła sprawy we własne ręce: szpital do spółki ze starostą kupili centralę, a starostowie powiatów położonych wokół Piły doposażyli karetki. - W ciągu roku uratowaliśmy życie kilkunastu pacjentom - mówi Krzysztof Karpiński, ordynator kardiologii pilskiego szpitala.
Teraz o utworzenie takiego systemu najbardziej zabiegają powiaty z okolic Kalisza. Z inicjatywą wystąpił starosta ostrzeszowski Lech Janicki: - Mamy nadzieję, że marszałek dofinansuje projekt. Zapewnienie w tej sprawie złożył publicznie w grudniu.
Gdy starostowie poprosili o deklarację na piśmie, marszałek wysłał Janickiemu dokument, w którym zapewnia o poparciu. Przy okazji informuje, że "prowadzone są analizy i czynności zmierzające do zabezpieczenia środków na zakup w bieżącym roku stacji odbiorczych dla szpitali wojewódzkich". Z pisma wynika, że Kalisz ma dostać sprzęt w pierwszej kolejności.
Jednak gdy "Gazeta" zapytała o szanse powodzenia projektu w regionie, Waldemar Grzegorek z departamentu zdrowia urzędu marszałkowskiego wyjaśnił, że w budżecie nie ma funduszy na ten cel. "Poszukujemy innych źródeł wsparcia tak cennej inicjatywy - zapewnił w nadesłanym do nas mailu.
Takie możliwości ma już północna część Wielkopolski. Reszta wciąż czeka. - Dyskusje toczą się od co najmniej dwóch lat, a my nadal jesteśmy białą plamą na mapie Polski, bo Mazowsze czy Małopolska od dawna mają takie wsparcie - mówi prof. Andrzej Wykrętowicz z Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego, jeden z inicjatorów uruchomienia systemu w regionie.
Od ub. tygodnia "Gazeta" pisze o tym, że karetki często wiozą zawałowców najpierw do szpitali powiatowych na badania, a dopiero stamtąd do ośrodków, gdzie lekarze udrażniają zatkane tętnice. Często jest już za późno, bo jeśli pacjent czeka na pomoc dłużej niż dwie godziny, dochodzi do częściowej martwicy serca. Sytuacja zmieniłaby się, gdyby zapis EKG od razu oceniał lekarz i zawałowców kierował prosto na zabieg. W karetkach coraz częściej nie ma lekarzy, są tylko ratownicy medyczni. Nie mogą oni odczytywać zapisu EKG, ale mogą podłączyć defibrylator z przystawką pozwalającą zapisać i wysłać przez komórkę informacje o pracy serca do specjalistycznych ośrodków w Poznaniu, Pile, Lesznie, Koninie czy Kaliszu.
W Poznaniu i powiecie poznańskim problem jest niewielki, bo odległości między szpitalami nie są duże. Jednak w powiatach oddalonych od dyżurnych szpitali wożenie chorego zabiera cenny czas. W efekcie zanim pacjent dotrze na stół zabiegowy, mijają często ponad cztery godziny.
Zdaniem prof. Wykrętowicza uruchomienie takiego systemu w całym regionie to wydatek rzędu 1-1,5 mln zł. Tyle kosztowałoby kupienie central do odbierania zapisu EKG dla wszystkich pracowni i wyposażenie części karetek w nowoczesne defibrylatory (większość ambulansów już je ma).
Ale skąd wziąć pieniądze? NFZ ich nie da. - Płacimy tylko za leczenie - przypomina Zbigniewa Nowodworska, szefowa wielkopolskiego oddziału.
Wojewoda też nie pomoże. - Płacimy wyłącznie za karetki - tłumaczy Waldemar Paternoga, wicedyrektor wydziału zarządzania kryzysowego urzędu wojewódzkiego.
W tej sytuacji Piła wzięła sprawy we własne ręce: szpital do spółki ze starostą kupili centralę, a starostowie powiatów położonych wokół Piły doposażyli karetki. - W ciągu roku uratowaliśmy życie kilkunastu pacjentom - mówi Krzysztof Karpiński, ordynator kardiologii pilskiego szpitala.
Teraz o utworzenie takiego systemu najbardziej zabiegają powiaty z okolic Kalisza. Z inicjatywą wystąpił starosta ostrzeszowski Lech Janicki: - Mamy nadzieję, że marszałek dofinansuje projekt. Zapewnienie w tej sprawie złożył publicznie w grudniu.
Gdy starostowie poprosili o deklarację na piśmie, marszałek wysłał Janickiemu dokument, w którym zapewnia o poparciu. Przy okazji informuje, że "prowadzone są analizy i czynności zmierzające do zabezpieczenia środków na zakup w bieżącym roku stacji odbiorczych dla szpitali wojewódzkich". Z pisma wynika, że Kalisz ma dostać sprzęt w pierwszej kolejności.
Jednak gdy "Gazeta" zapytała o szanse powodzenia projektu w regionie, Waldemar Grzegorek z departamentu zdrowia urzędu marszałkowskiego wyjaśnił, że w budżecie nie ma funduszy na ten cel. "Poszukujemy innych źródeł wsparcia tak cennej inicjatywy - zapewnił w nadesłanym do nas mailu.
- 9 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Nie ma pieniędzy na ratunek dla zawałowców
rockville
04.03.10, 20:15
Wyslalismy pieniadze i strazaka do Haiti , dlatego wielkopolscy zawalowcy musza sie pogodzic z przeznaczeniem !!!»
-
Nie ma pieniędzy na ratunek dla zawałowców
anders76
04.03.10, 21:30
I ani ten sprzet ani przypadkowy doktor na karetce nie rozwiaze problemu. Ekg przy zawale czesto "sie myli", tak sano jak karetkowy lekarz, specjalista w szpitalu tez, nie ma tez gwarancji, »
-
Nie ma pieniędzy na ratunek dla zawałowców
emissarius
04.03.10, 21:49
Tytuł artykułu bardzo adekwatny, nie ma co.Zanim po raz kolejny wylejemy kasę na to, co modne, choć nie zawsze potrzebne - proponuję sporządzić analizę wykorzystania urządzeń tam, gdzie już »
Najczęściej czytane24 htydzień




