Łzy cytadelowca w fabryce marmolady na św. Wojciechu
27.02.2010
, aktualizacja: 26.02.2010 19:25
Stracił cztery palce, zyskał wojenną sławę, uznanie za odwagę i szacunek. Franciszek Trawka swoją historię opowiedział już piątce dzieci, trzynastce wnucząt, dziesiątce prawnuków i tysiącom dzieci w poznańskich szkołach.
ZOBACZ TAKŻE
- Dwa tygodnie w schronie na poznańskiej Wildzie (28-02-10, 12:00)
Poznań, 20 lutego 1945 r., późny wieczór - ale jasno, bo wszystko płonie. W budynku fabryki marmolady przy Wzgórzu Św. Wojciecha do szturmu Cytadeli sposobią się młodzi poznaniacy w cywilu. Do kieszeni dostają od czerwonoarmistów naboje, a do ręki karabiny - i kromki chleba z masłem. Rarytas! Kiedy już się najedzą, rosyjscy oficerowie dadzą im kartki, żeby napisali listy do rodzin...
Kiedy pytam Franciszka Trawkę, czy w swoim liście pożegnał się z rodziną, głos mu się łamie, a w oczach pojawiają się łzy. - Chyba tak... - przyznaje po chwili wzruszenia. - Widzieliśmy, że idziemy pod ogień z Cytadeli...
Pan Franciszek trzyma się krzepko, choć w kwietniu skończy 86 lat. - Zodiakalny Baran, pod tym znakiem rodzą się twardzi ludzie - tłumaczy. Zimą 1945 r. pracował w niemieckiej firmie Weigert, przy ówczesnym Gerichtplatz (dziś Plac Wielkopolski), instalującej urządzenia wodociągowe. - Zimą robiliśmy piecyki-koźlaki dla wojska - wspomina.
Już w grudniu 1944 r. rodzina Trawków zrozumiała, że front zbliża się do miasta. Niemcy przebijali wtedy przejścia między kamienicami, położonymi pomiędzy ulicą Ogrodową i Świętym Marcinem. Chodziło o to, by oddziały niemieckie mogły bezpiecznie poruszać się w zabudowaniach podczas obrony. A przez miasto dzień i noc przejeżdżały na zachód oddziały Wehrmachtu. W styczniu, gdy przyszedł do pracy, zastał zamknięty zakład. Niemiecki właściciel uciekł, wystraszony informacjami o wielkiej ofensywie Armii Czerwonej. 20 stycznia 1945 r. Trawka zauważył na murach obwieszczenie gen. Ernsta Matterna o przemianowaniu miasta w Festung Posen (twierdzę Poznań). I wezwanie do wyjazdów pociągami na zachód. Trawkowie nie skorzystali - zdecydowali się zostać w domu na Ogrodowej. Mieszkali tam w czwórkę w jednym pokoju od 1939 roku (kiedy ojciec Franciszka, przed wojną urzędnik w starostwie, po wkroczeniu Niemców stracił mieszkanie na Kościuszki).
2 lutego 1945 r. ukrywali się w piwnicy nieistniejącego już dziś kina ,,Metropolis” [stało obok kina ,,Apollo” - red.]. Schronienie znaleźli tam mieszkańcy z całej okolicy. Nagle do piwnicy wpadli Rosjanie. - Giermańców niet? - zapytali. - Niet! - odkrzyknęli Polacy. I tak wyglądał koniec okupacji w przypadku rodziny Trawków.
Walki w centrum miasta powoli przenosiły się na północ, ku Cytadeli. Franciszek z kolegami chcieli być bliżej walk i pomagać Rosjanom. Biegali więc z noszami, znosząc z pola walki do punktów medycznych rannych żołnierzy Armii Czerwonej.
Trawkowie zamieszkali wtedy u znajomych na Chudoby. 20 lutego wieczorem przyszli polscy milicjanci i żołnierz radziecki. - Kazali się ubierać mężczyznom w wieku od 18 do 40 lat. Zaprowadzili nas na komisariat milicji, który mieścił się na Ratajczaka 10. Zebrała się nas spora grupa, niektórzy młodzi mieli ledwie po 14-15 lat - opowiada Franciszek Trawka. - Spisali nas, była zbiórka, przemówił do nas rosyjski oficer, a potem nasz. W miejsce przysięgi zaśpiewaliśmy "Rotę" i Alejami Marcinkowskiego, pośród płonących domów, ruszyliśmy ku Cytadeli.
Trawka chodził przed wojną ćwiczył strzelanie w gimnazjum. Dlatego z karabinem, który dostał, potrafił się obchodzić. Inni uczyli się strzelać na polu bitwy. O ile zdążyli. Grupę Trawki przydzielono do grupy czerwonoarmistów, którzy opanowali przyczółek po drugiej stronie fosy. Nacierali w nocy w miejscu, w którym dziś na Cytadeli stoi obelisk z gwiazdą. - Po ściętych drzewach, pod niemieckim ostrzałem, przeszliśmy nad fosą. My strzelaliśmy pojedynczo, a Niemcy kosili seriami. Tam mnie strach obleciał - opowiada.
Zalegli po drugiej stronie fosy. Nad ranem dostali ciepłej zupy - choć już nie pamięta, jakiej - i humory im się poprawiły. Przez dwa dni posuwali się po kilka metrów do przodu, a potem wycofywali pod kontratakami Niemców. - Obok nas walczyli Białorusini, odnosili się do nas przyjacielsko. Było jasne, że albo razem pójdziemy do przodu, albo razem tu zostaniemy. Jak to z bracią żołnierską bywa - wspomina pan Franciszek.
W noc decydującego szturmu dostał serią po karabinie, urwało mu cztery palce: trzy u prawej dłoni, jeden u lewej. Było zimno, więc krew szybko skrzepła. Rosyjski lekarz w szpitalu polowym spojrzał na prawicę Trawki i zdecydował: - Utniemy rękę w nadgarstku. Tu się protezę założy!
Wybronił się przed amputacją prawej dłoni. Potem nauczył się pisać lewą ręką. Ale golenie się lewą było już trudniejsze. Co może robić młody mężczyzna bez czterech palców? Jeszcze w 1945 r. Trawka zatrudnił się jako woźny w ,,Głosie Wielkopolskim". Potem wykształcił się, przeszedł do działu wydawniczego. W latach pięćdziesiątych ożenił się, urodziły się dzieci. W ,,Głosie" pracował do 1990 r. Potem, już na emeryturze, koledzy wybrali go na szefa Klubu Cytadelowców. Kieruje Klubem od czternastu lat, odwiedzając szkoły i opowiadając uczniom o walkach o Poznań. Mimo dokumentów inwalidy wojennego, stara się być aktywny.
65 lat temu na Cytadeli walczyło ponad 2 tysiące poznaniaków, zginęło ponad stu. - Dziś w Poznaniu żyje niespełna 60 Cytadelowców, a w całej Polsce pozostałych kilkunastu. Wykruszamy się - przyznaje pan Franciszek. Podsuwa karteczkę z adresem Klubu, Rolna 51: - Proszę podać mój numer telefonu 061 852 93 58. Może ktoś się jeszcze zgłosi?
Kiedy pytam Franciszka Trawkę, czy w swoim liście pożegnał się z rodziną, głos mu się łamie, a w oczach pojawiają się łzy. - Chyba tak... - przyznaje po chwili wzruszenia. - Widzieliśmy, że idziemy pod ogień z Cytadeli...
Pan Franciszek trzyma się krzepko, choć w kwietniu skończy 86 lat. - Zodiakalny Baran, pod tym znakiem rodzą się twardzi ludzie - tłumaczy. Zimą 1945 r. pracował w niemieckiej firmie Weigert, przy ówczesnym Gerichtplatz (dziś Plac Wielkopolski), instalującej urządzenia wodociągowe. - Zimą robiliśmy piecyki-koźlaki dla wojska - wspomina.
Już w grudniu 1944 r. rodzina Trawków zrozumiała, że front zbliża się do miasta. Niemcy przebijali wtedy przejścia między kamienicami, położonymi pomiędzy ulicą Ogrodową i Świętym Marcinem. Chodziło o to, by oddziały niemieckie mogły bezpiecznie poruszać się w zabudowaniach podczas obrony. A przez miasto dzień i noc przejeżdżały na zachód oddziały Wehrmachtu. W styczniu, gdy przyszedł do pracy, zastał zamknięty zakład. Niemiecki właściciel uciekł, wystraszony informacjami o wielkiej ofensywie Armii Czerwonej. 20 stycznia 1945 r. Trawka zauważył na murach obwieszczenie gen. Ernsta Matterna o przemianowaniu miasta w Festung Posen (twierdzę Poznań). I wezwanie do wyjazdów pociągami na zachód. Trawkowie nie skorzystali - zdecydowali się zostać w domu na Ogrodowej. Mieszkali tam w czwórkę w jednym pokoju od 1939 roku (kiedy ojciec Franciszka, przed wojną urzędnik w starostwie, po wkroczeniu Niemców stracił mieszkanie na Kościuszki).
2 lutego 1945 r. ukrywali się w piwnicy nieistniejącego już dziś kina ,,Metropolis” [stało obok kina ,,Apollo” - red.]. Schronienie znaleźli tam mieszkańcy z całej okolicy. Nagle do piwnicy wpadli Rosjanie. - Giermańców niet? - zapytali. - Niet! - odkrzyknęli Polacy. I tak wyglądał koniec okupacji w przypadku rodziny Trawków.
Walki w centrum miasta powoli przenosiły się na północ, ku Cytadeli. Franciszek z kolegami chcieli być bliżej walk i pomagać Rosjanom. Biegali więc z noszami, znosząc z pola walki do punktów medycznych rannych żołnierzy Armii Czerwonej.
Trawkowie zamieszkali wtedy u znajomych na Chudoby. 20 lutego wieczorem przyszli polscy milicjanci i żołnierz radziecki. - Kazali się ubierać mężczyznom w wieku od 18 do 40 lat. Zaprowadzili nas na komisariat milicji, który mieścił się na Ratajczaka 10. Zebrała się nas spora grupa, niektórzy młodzi mieli ledwie po 14-15 lat - opowiada Franciszek Trawka. - Spisali nas, była zbiórka, przemówił do nas rosyjski oficer, a potem nasz. W miejsce przysięgi zaśpiewaliśmy "Rotę" i Alejami Marcinkowskiego, pośród płonących domów, ruszyliśmy ku Cytadeli.
Trawka chodził przed wojną ćwiczył strzelanie w gimnazjum. Dlatego z karabinem, który dostał, potrafił się obchodzić. Inni uczyli się strzelać na polu bitwy. O ile zdążyli. Grupę Trawki przydzielono do grupy czerwonoarmistów, którzy opanowali przyczółek po drugiej stronie fosy. Nacierali w nocy w miejscu, w którym dziś na Cytadeli stoi obelisk z gwiazdą. - Po ściętych drzewach, pod niemieckim ostrzałem, przeszliśmy nad fosą. My strzelaliśmy pojedynczo, a Niemcy kosili seriami. Tam mnie strach obleciał - opowiada.
Zalegli po drugiej stronie fosy. Nad ranem dostali ciepłej zupy - choć już nie pamięta, jakiej - i humory im się poprawiły. Przez dwa dni posuwali się po kilka metrów do przodu, a potem wycofywali pod kontratakami Niemców. - Obok nas walczyli Białorusini, odnosili się do nas przyjacielsko. Było jasne, że albo razem pójdziemy do przodu, albo razem tu zostaniemy. Jak to z bracią żołnierską bywa - wspomina pan Franciszek.
W noc decydującego szturmu dostał serią po karabinie, urwało mu cztery palce: trzy u prawej dłoni, jeden u lewej. Było zimno, więc krew szybko skrzepła. Rosyjski lekarz w szpitalu polowym spojrzał na prawicę Trawki i zdecydował: - Utniemy rękę w nadgarstku. Tu się protezę założy!
Wybronił się przed amputacją prawej dłoni. Potem nauczył się pisać lewą ręką. Ale golenie się lewą było już trudniejsze. Co może robić młody mężczyzna bez czterech palców? Jeszcze w 1945 r. Trawka zatrudnił się jako woźny w ,,Głosie Wielkopolskim". Potem wykształcił się, przeszedł do działu wydawniczego. W latach pięćdziesiątych ożenił się, urodziły się dzieci. W ,,Głosie" pracował do 1990 r. Potem, już na emeryturze, koledzy wybrali go na szefa Klubu Cytadelowców. Kieruje Klubem od czternastu lat, odwiedzając szkoły i opowiadając uczniom o walkach o Poznań. Mimo dokumentów inwalidy wojennego, stara się być aktywny.
65 lat temu na Cytadeli walczyło ponad 2 tysiące poznaniaków, zginęło ponad stu. - Dziś w Poznaniu żyje niespełna 60 Cytadelowców, a w całej Polsce pozostałych kilkunastu. Wykruszamy się - przyznaje pan Franciszek. Podsuwa karteczkę z adresem Klubu, Rolna 51: - Proszę podać mój numer telefonu 061 852 93 58. Może ktoś się jeszcze zgłosi?
- 32 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
-
Łzy cytadelowca w fabryce marmolady na św. Wojc...
es_zet_pe
27.02.10, 13:52
To jest prawdziwy bohater, a nie niemieccy żołnierze którzy bronili się naCytadeli. »
-
Łzy cytadelowca w fabryce marmolady na św. Wojc...
anders76
28.02.10, 18:27
Uzywanie nicka "Lilli Marllen" w kontekscie zachwytow nad "uniwersalnym honorem" niemieckich hitlerowcow jest grubym nieporozmumieniem, ta piosenka miala zachecic obie strony do zaprzestania»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Plan B gotowy. Jeśli remonty nie skończą ...
- Trasa na Franowo na ostatniej prostej. ...
- Fanatyk gry Diablo III chciał zabijać ludzi
- Tramwaje nie jeździły, bo policjanci nie ...
- Na FB nawołują do bojkotu pubów. Bo ...
- Usunął balkony bez pozwolenia. Ale mają wrócić
- Jeśli macie dość remontów, nie czytajcie ...




