Dwa tygodnie w schronie na poznańskiej Wildzie

Władysława Wieczorek
28.02.2010 , aktualizacja: 26.02.2010 19:18
A A A Drukuj
Z przedpola ulicy Kolejowej prowadzony był ostrzał Cytadeli. Szłyśmy z szeroko otwartymi ustami, aby nie ogłuchnąć - wydarzenia sprzed 67 lat wspomina nasza czytelniczka.
Jedyne zdjęcie Władysławy Wieczorek z czasów okupacji. Zostało zrobione w 1942 r. w niemieckim zakładzie fotograficznym na ul.Świętosławskiej, róg Starego Rynku. - Pracował tam fotograf Polak i on robił to zdjęcie - wspomina pani Władysława
Archiwun rodzinne
Jedyne zdjęcie Władysławy Wieczorek z czasów okupacji. Zostało zrobione w 1942 r. w niemieckim zakładzie fotograficznym na ul.Świętosławskiej, róg Starego Rynku. - Pracował tam fotograf Polak i on robił to zdjęcie - wspomina pani Władysława
W początkach roku 1945 miałam 22 lata i mieszkałam przy ul. Am Garten 5a (dziś Poplińskich). Przed wojną ukończyłam szkołę handlową i od roku 1938 pracowałam w Domu Towarowym Wolwort przy ul. Szkolnej w Poznaniu. Ponieważ był on czynny przez całą okupację, miałam tam zatrudnienie aż do walk o Poznań, w czasie których budynek został doszczętnie wypalony. Zajmował on całą pierzeję ul. Szkolnej od Starego Rynku do ul. Koziej. Od Starego Rynku i od Koziej były wejścia do magazynów, a od ul. Szkolnej było wejście główne.

Wyrzuceni z Jeżyc

W tym miejscu dwa słowa o wcześniejszej sytuacji mojej rodziny. Urodziłam się w zajmowanym przeze mnie do dziś dwupokojowym mieszkaniu na II piętrze oficyny przy ul. Szamarzewskiego. Ojciec mieszkał tam od roku 1908 - w rękach mojej rodziny pozostaje ono zatem od ponad 100 lat! Z tego mieszkania zostaliśmy wyrzuceni (moi rodzice i ja) 17 stycznia 1941 r. o tyle jeszcze "kulturalnie", że nakaz wyprowadzki otrzymaliśmy poprzedniego dnia po południu i mogliśmy się do opuszczenia mieszkania jakoś przygotować, co - jak wiadomo - nie wszystkim wyrzucanym z mieszkań poznańczykom było dane.

Razem z nakazem opuszczenia mieszkania otrzymaliśmy wykaz rzeczy, które wolno nam było zabrać. Nakaz i wykaz oczywiście sporządzone były w języku niemieckim i nikogo nie bolała głowa o to, co mają zrobić ci, którzy tego języka nie znają. My na szczęście znaliśmy. O 8 rano musieliśmy znieść spakowane do zabrania rzeczy na podwórze. Było nas wielu, bo Niemcy opróżnili wszystkie mieszkania znajdujące się w budynku frontowym oraz mieszkania w oficynie od parteru do drugiego piętra włącznie. Ponieważ wszystkich wyrzuconych rozwoziła do przydzielonych mieszkań jedna ciężarówka, my akurat czekaliśmy aż do wieczora. Padał śnieg, który zasypał nasz dobytek i kiedy już późnym wieczorem przyszła nasza kolej, wiele drobnych przedmiotów zaginęło w śniegu. Zawieziono nas na ul. Bogusławskiego, gdzie przydzielono nam pokój o powierzchni 10 m kw., który oczywiście musieli dla nas opróżnić dotychczasowi lokatorzy tego dwupokojowego mieszkania.

W krótkim czasie okazało się, że i to mieszkanie jest potrzebne Niemcom, tylko że teraz znalezienie jakiegokolwiek lokum pozostawione zostało naszym własnym staraniom. Po wielu wizytach w Wohnungsamt (Urząd Mieszkaniowy), który mieścił się przy al. Marcinkowskiego, udało się nam uzyskać przydział na objęcie jednego pokoju w mieszkaniu na czwartym piętrze kamienicy przy Am Garten 5a. Zamieszkałam tam razem z Mamą we wrześniu 1941 r. Ojciec, starszy i schorowany, nie przeżył trudów ewakuacyjnych i umarł jeszcze na ul. Bogusławskiego.

Z pracy do schronu

22 stycznia 1945 r., w poniedziałek - ze względu na nasilające się walki uliczne - zwolniono nas do domu już po południu (normalnie pracowało się od 8-18 z dwugodzinną przerwą na obiad). Wróciłam z doniczką hiacyntów, które chciałam zanieść mojej Cioci - solenizantce, mieszkającej w innej części miasta. Pracownicy Wolworta kupowali na ogół kwiaty w znajdującym się po drugiej stronie Warty ogrodnictwie naszego stałego klienta Niemca - p. Seiferta. Zima była sroga, wobec czego szło się do niego ulicą Jordana i dalej przez zamarzniętą Wartę. Tę drogę zdążyłam jeszcze odbyć, choć z duszą na ramieniu, w przerwie obiadowej.

Kwiaty nie zostały jednak doręczone solenizantce, gdyż spadające coraz gęściej i częściej pociski zmusiły nas wieczorem do zejścia do schronu, w którym przebywaliśmy nieprzerwanie, dzień i noc, do 6 lutego. Schron był przygotowany w zasadzie dla Niemców i w czasie nalotów alianckich w czerwcu 1944 r. nie mieliśmy tam wstępu. Teraz, ponieważ zamieszkujący kamienicę Niemcy uciekli wcześniej, w schronie przebywali w zasadzie tylko Polacy (była też jedna młoda Niemka, która zasłużyła się przyniesieniem do schronu dwóch worków świeżego chleba z piekarni przy Św. Marcinie, ale to już osobna historia).

Dla młodych czytelników garść wspomnień z dwutygodniowego pobytu w schronie. Było to pomieszczenie spore, bo liczące mniej więcej 20 m kw., z zamurowanymi oknami i drewnianymi podporami sufitu, między którymi zamocowane były, przeznaczone do siedzenia, deski. Pomieszczenie oświetlaliśmy przyniesioną z domu karbidówką. Było jednak ciasno, bo przebywało w nim kilkadziesiąt osób. Przychodzili się tam schronić także mieszkańcy z innych kamienic, w których nie było schronów albo które uległy zniszczeniu. O leżeniu w tych warunkach nie mogło być mowy - dobrze, jeżeli miało się miejsce siedzące.

W schronie zainstalowana została przez jego okazjonalnych użytkowników koza (okrągły piecyk żeliwny z jedną fajerką i rurą wyprowadzoną do komina), na której gotowano najczęściej jakąś cienką zupkę, głównie z kartofli i tych nielicznych produktów, które zdołano przynieść ze sobą do schronu. Było ciasno, ciemno i głodno.

Moja Mama, która w schronie aktywnie włączyła się w organizację życia tej przypadkowej zbiorowości, raz po raz - korzystając z krótkich przerw w strzelaninie - udawała się do naszego mieszkania na czwartym piętrze po różne rzeczy, przydatne do życia w schronie. Pewnego razu zastała drzwi pokoju szeroko otwarte, na podłodze leżał niemiecki mundur i obok niego siekiera oraz wyrzucone z szafy na podłogę rzeczy. Oczywistym dla nas było, że jakiś Niemiec szukał cywilnego ubrania, a na wypadek, gdyby ktoś go zobaczył, zamierzał bronić się tym narzędziem, które potem porzucił. Strach nam było pomyśleć, jaki byłby los Mamy, gdyby weszła do mieszkania w czasie gdy on tam był.

Rosjanie spoglądają na kobiety

Do schronu w ostatnich dniach stycznia raz po raz zaglądali Rosjanie, szukając niby to Niemców, ale także spoglądając w kierunku młodych dziewcząt i kobiet. Wtedy jeden ze sąsiadów, który miał kilkunastoletnią córkę, zmontował pod sufitem drewniany schowek i my, młode dziewczęta, zostałyśmy tam umieszczone. Można tam było przebywać wyłącznie w pozycji leżącej, ale po kilku dniach życia "na siedząco" wydawało nam się to legowisko królewskim łożem. Los młodej Niemki, tej która przyniosła chleb dla mieszkańców schronu i która, z nieznanych nam powodów, przyznała się dobrowolnie Rosjanom do swego niemieckiego pochodzenia (mimo że była przez nas usilnie namawiana, by tego nie czyniła), zdawał się najlepszym dowodem na to, że przezorność sąsiada była zasadna.

W schronie oczywiście nie było mowy o myciu. Toteż gdy dowiedzieliśmy się, że na Rynku Wileckim nie ma już Niemców, a są za to zbiorniki z wodą (chyba do gaszenia pożarów), udałyśmy się z wiaderkami po wodę. Przyniesiona woda została ze względów higienicznych przegotowana na kozie. Jakaż była radość, gdy po wielu dniach można się było nieco umyć i jakaż moja rozpacz, gdy po tym myciu moje ciało pokryło się grubą warstwą swędzącej, ropiejącej skorupy, która dokuczała mi przez wiele dni.

Wychodzimy ze schronu

Życie w schronie stawało się coraz bardziej nieznośne, walki uliczne przenosiły się powoli do centrum i w stronę Cytadeli, wobec czego postanowiłyśmy z Mamą podjąć próbę przedostania się na Jeżyce. Kilka prób zostało udaremnionych przez świszczące nad głowami pociski, które "zaganiały" nas z powrotem do schronu. Dopiero 6 lutego udało się nam dotrzeć przez Rynek Wildecki i ul. Prądzyńskiego do drogi pod mostem kolejowym (dziś biegnie tam ul. Hetmańska) W chwili gdy minęłyśmy most i zbliżyłyśmy się do ulicy Kolejowej okazało się, że z przedpola tej ulicy prowadzony jest ostrzał rejonu Cytadeli. Hałas był tak ogromny, iż zdawało się, że popękają bębenki w uszach. Szłyśmy jednak dalej z szeroko otwartymi ustami, aby nie ogłuchnąć. Po drodze widok był straszny. Pełno resztek końskich trupów pozbawionych całkowicie mięsa, także trupy ludzi - wojskowych i cywilów. Tylko opieka Boża pozwoliła nam iść bezpiecznie a w dodatku spotkać po drodze zięcia naszej przedwojennej sąsiadki z Szamarzewskiego, który zaprowadził nas do jej aktualnego mieszkania w kamienicy na rogu Matejki i Niegolewskich. Tam zostałyśmy serdecznie powitane i ugoszczone, po czym powędrowałyśmy dalej do rodzinnego mieszkania. Okazało się, że mieszkający tam Niemiec opuścił je jeszcze na początku walk o Poznań a nasi sąsiedzi z wyższych pięter, którzy szczęśliwie przeżyli wojnę w swoich mieszkaniach, skutecznie obronili nasze przed "dzikimi" lokatorami.

Powitaniom nie było końca. Ale nie tylko powitaniom. W tamtym czasie ludzie na ogół spieszyli sobie wzajemnie z jak najdalej idącą pomocą. Życzliwość i pomoc sąsiadów pozwoliła nam stosunkowo szybko zagospodarować się ponownie w naszym mieszkaniu, mimo że czasie tych wojennych wędrówek straciłyśmy większość przedwojennego dorobku rodziców, w tym mebli (spalonych na Bogusławskiego dla ogrzania zajmowanego przez nas pomieszczenia, w którym zimą ściany pokryte bywały warstwą szronu) i innego wyposażenia. Walki o Cytadelę jeszcze trwały, ale na naszej ulicy i w okolicach Rynku Jeżyckiego już kwitło cywilne życie. Trudne i biedne, ale bez strachu.

A imieninowego hiacynta Ciocia Jaga dostała od nas dopiero w 1946 r. - oczywiście już kupionego u polskiego ogrodnika na polskich Jeżycach.

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów