Zawałowcy z Poznania szybko trafiają na oddział
01.07.2011
, aktualizacja: 24.02.2010 20:48
Niemal wszyscy zawałowcy z Poznania w ciągu dwóch godzin od ataku trafiają na specjalistyczny oddział. To warunek skutecznego leczenia. Dyżury kardiologiczne są też w Koninie, Kaliszu, Lesznie i Pile. - Gorzej jest w miejscowościach od tych ośrodków oddalonych - przyznają lekarze.
ZOBACZ TAKŻE
- Przywracali wzrok na Saharze. Kto? Poznańscy lekarze (01-07-11, 00:00)
- Badania zamiast rajstop i goździka (07-03-10, 20:12)
- Nie ma pieniędzy na ratunek dla zawałowców (01-07-11, 00:00)
- Lekarze czekają na panie w Babskim Miasteczku (01-07-11, 00:00)
Od poniedziałku "Gazeta" pisze o problemach z transportem zawałowców i pacjentów z udarami mózgu. Choć w Polsce ośrodków, które mogą chorym pomóc, nie brakuje, jednak w praktyce trafiają do nich dopiero po wielu godzinach, gdy zawał, czy zator w mózgu poczyni już znaczne i nieodwracalne szkody.
Dlaczego tak jest? Bo pacjent najpierw jedzie do najbliższego szpitala na badania diagnostyczne, a dopiero stamtąd na dyżur kardiologiczny, czy na oddział udarowy. Z ustawy o ratownictwie medycznym wynika bowiem, że pogotowie ma wieźć pacjenta "w stanie nagłym" do najbliższego szpitala.
Tymczasem kardiolodzy biją na alarm: jeśli pacjent z zawałem trafi w ciągu dwóch godzin na oddział, gdzie udrożnią mu zatkaną tętnicę, jest szansa, że jego serce nie zostanie uszkodzone. A jeśli trafi po czterech godzinach, może obumrzeć nawet w 50 proc.
By tę walkę z czasem wygrać, w Poznaniu już od sześciu lat dyżurują na zmianę cztery szpitale, w których udrażnia się tętnice. - Dyspozytorzy pogotowia wiedzą, który oddział ma dyżur i w przypadku podejrzenia o zawał pacjent od razu jest tam przewożony - wyjaśnia Witold Draber, dyrektor Rejonowej Stacji Pogotowia w Poznaniu. - Dzięki temu chorzy z Poznania i powiatu poznańskiego od razu trafiają tam, gdzie trzeba. Poza tym wszystkim chorym w całym województwie już w karetce podawany jest lek przeciwzakrzepowy, który od kilku lat finansuje samorząd województwa.
Dr Janusz Rzeźniczak, szef pracowni hemodynamiki (to właśnie w niej poszerza się niedrożne naczynia) potwierdza, że w 90 proc. mieszkańcy Poznania i okolic trafiają na stół zabiegowy na czas, czyli przed upływem dwóch godzin od stwierdzenia zawału. - Pozostałe 10 proc. to najczęściej błędy dyspozytorów, często zresztą wynikające z nieprecyzyjnych informacji przekazywanych przez osoby dzwoniące po karetkę. Bywa też, że objawy są tak nietypowe, że zawał trudno nawet podejrzewać. Ostatnio trafiła do nas z zawałem kobieta uskarżająca się na biegunkę i wymioty...
Bezpiecznie mogą się czuć też pacjenci z okolic Leszna, Konina, Piły i Kalisza, bo w tych miastach także całą dobę dyżurują specjaliści od udrażniania naczyń. - Niestety, gorzej jest w ośrodkach położonych pomiędzy dyżurującymi placówkami, np. w Nowym Tomyślu, Wrześni, Pleszewie, Ostrowie, czy Rawiczu. Tam właśnie pacjenci są wożeni najpierw do najbliższego szpitala i dopiero potem transportowani są na oddział zabiegowy.
- U nas najczęściej właśnie tak wygląda procedura - potwierdza Marek Ratajczak, wicedyrektor szpitala w Nowym Tomyślu. - Ale przecież nie możemy wysyłać do Poznania chorych, gdy nie mamy pewności, że to zawał - tłumaczy.
Jednak dr Rzeźniczak uważa, że lepiej dmuchać na zimne. Jego zdaniem więcej wyobraźni powinni mieć też sami pacjenci, którzy często przeczekuję objawy zawału, zamiast od razu reagować.
Czas działa też na niekorzyść pacjentów z udarami mózgu: gdy pacjent szybko dojedzie do specjalistycznego ośrodka, można mu podać lek rozpuszczający skrzep blokujący tętnicę i w konsekwencji zmniejszający ryzyko trwałego inwalidztwa. Jednak gdy miną trzy godziny od pojawienia się objawów udaru (najczęściej paraliżu połowy ciała, czy problemów z mową), podanie tego leku może grozić krwotokiem. Według statystyk na czas zdąża do szpitala tylko 2 proc. pacjentów. By ten wynik poprawić, klinika neurologii szpitala MSWiA - we współpracy z pogotowiem - uruchomiła specjalny program, w ramach którego pacjenci z podejrzeniem udaru wożeni są od razu do tej właśnie placówki. Wcześniej neurolodzy przeszkolili dyspozytorów i ratowników pogotowia.
Efekty? - Dzięki temu udało nam się odsetek pacjentów, którym można podać leki rozpuszczające skrzepy zwiększyć do 14 proc. A to są wyniki, jakie mają najlepsze ośrodki w USA. Jeśli przełożyć je na liczby, to oznacza, że dzięki programowi 200 osobom rocznie uda się uniknąć inwalidztwa - tłumaczy dr Radosław Kaźmierski, szef oddziału neurologii i koordynator projektu. - Niestety, realia są takie, że szanse na dotarcie do nas na czas mają tylko pacjenci z Poznania i najbliższej okolicy.
Dlaczego tak jest? Bo pacjent najpierw jedzie do najbliższego szpitala na badania diagnostyczne, a dopiero stamtąd na dyżur kardiologiczny, czy na oddział udarowy. Z ustawy o ratownictwie medycznym wynika bowiem, że pogotowie ma wieźć pacjenta "w stanie nagłym" do najbliższego szpitala.
Tymczasem kardiolodzy biją na alarm: jeśli pacjent z zawałem trafi w ciągu dwóch godzin na oddział, gdzie udrożnią mu zatkaną tętnicę, jest szansa, że jego serce nie zostanie uszkodzone. A jeśli trafi po czterech godzinach, może obumrzeć nawet w 50 proc.
By tę walkę z czasem wygrać, w Poznaniu już od sześciu lat dyżurują na zmianę cztery szpitale, w których udrażnia się tętnice. - Dyspozytorzy pogotowia wiedzą, który oddział ma dyżur i w przypadku podejrzenia o zawał pacjent od razu jest tam przewożony - wyjaśnia Witold Draber, dyrektor Rejonowej Stacji Pogotowia w Poznaniu. - Dzięki temu chorzy z Poznania i powiatu poznańskiego od razu trafiają tam, gdzie trzeba. Poza tym wszystkim chorym w całym województwie już w karetce podawany jest lek przeciwzakrzepowy, który od kilku lat finansuje samorząd województwa.
Dr Janusz Rzeźniczak, szef pracowni hemodynamiki (to właśnie w niej poszerza się niedrożne naczynia) potwierdza, że w 90 proc. mieszkańcy Poznania i okolic trafiają na stół zabiegowy na czas, czyli przed upływem dwóch godzin od stwierdzenia zawału. - Pozostałe 10 proc. to najczęściej błędy dyspozytorów, często zresztą wynikające z nieprecyzyjnych informacji przekazywanych przez osoby dzwoniące po karetkę. Bywa też, że objawy są tak nietypowe, że zawał trudno nawet podejrzewać. Ostatnio trafiła do nas z zawałem kobieta uskarżająca się na biegunkę i wymioty...
Bezpiecznie mogą się czuć też pacjenci z okolic Leszna, Konina, Piły i Kalisza, bo w tych miastach także całą dobę dyżurują specjaliści od udrażniania naczyń. - Niestety, gorzej jest w ośrodkach położonych pomiędzy dyżurującymi placówkami, np. w Nowym Tomyślu, Wrześni, Pleszewie, Ostrowie, czy Rawiczu. Tam właśnie pacjenci są wożeni najpierw do najbliższego szpitala i dopiero potem transportowani są na oddział zabiegowy.
- U nas najczęściej właśnie tak wygląda procedura - potwierdza Marek Ratajczak, wicedyrektor szpitala w Nowym Tomyślu. - Ale przecież nie możemy wysyłać do Poznania chorych, gdy nie mamy pewności, że to zawał - tłumaczy.
Jednak dr Rzeźniczak uważa, że lepiej dmuchać na zimne. Jego zdaniem więcej wyobraźni powinni mieć też sami pacjenci, którzy często przeczekuję objawy zawału, zamiast od razu reagować.
Czas działa też na niekorzyść pacjentów z udarami mózgu: gdy pacjent szybko dojedzie do specjalistycznego ośrodka, można mu podać lek rozpuszczający skrzep blokujący tętnicę i w konsekwencji zmniejszający ryzyko trwałego inwalidztwa. Jednak gdy miną trzy godziny od pojawienia się objawów udaru (najczęściej paraliżu połowy ciała, czy problemów z mową), podanie tego leku może grozić krwotokiem. Według statystyk na czas zdąża do szpitala tylko 2 proc. pacjentów. By ten wynik poprawić, klinika neurologii szpitala MSWiA - we współpracy z pogotowiem - uruchomiła specjalny program, w ramach którego pacjenci z podejrzeniem udaru wożeni są od razu do tej właśnie placówki. Wcześniej neurolodzy przeszkolili dyspozytorów i ratowników pogotowia.
Efekty? - Dzięki temu udało nam się odsetek pacjentów, którym można podać leki rozpuszczające skrzepy zwiększyć do 14 proc. A to są wyniki, jakie mają najlepsze ośrodki w USA. Jeśli przełożyć je na liczby, to oznacza, że dzięki programowi 200 osobom rocznie uda się uniknąć inwalidztwa - tłumaczy dr Radosław Kaźmierski, szef oddziału neurologii i koordynator projektu. - Niestety, realia są takie, że szanse na dotarcie do nas na czas mają tylko pacjenci z Poznania i najbliższej okolicy.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




