Iza Kowalczyk: Kultura to nie igrzyska
16.02.2010
, aktualizacja: 15.02.2010 19:42
Gdy z powodu braku pieniędzy umierają inicjatywy lokalne, propozycja przeniesienia ogromnego filmowego molocha do Poznania, jest zwyczajną arogancją - pisze Izabela Kowalczyk*
W niedzielny spokojny poranek zelektryzowało mnie zaproszenie do grupy "Przenieśmy Camerimage do Poznania", które ktoś przesłał mi przez Facebook. Grupa ma już ponad 1000 fanów. Tymczasem do tej sprawy należałoby dodać kilka kontekstów.
Niedawno zamknięto w Poznaniu świetne kino studyjne Amarant, powodem był brak funduszy na jego utrzymanie. Zastanawiam się więc, jak to możliwe, że nie można wspomóc finansowo małych kin studyjnych, a mają znaleźć się pieniądze na Camerimage.
Zrewitalizujmy myśli
Upraszczając można powiedzieć, że istnieją dwie wizje kultury: jedna to igrzyska dla ludu (kultura jako dobro konsumpcyjne, administrowana odgórnie, zadowalająca publiczność spektakularnymi imprezami, głośnymi festiwalami), druga to element społeczeństwa obywatelskiego (tu stawia się na oddolne działania aktywizujące miejscowe społeczności, edukację, wspiera małe fundacje i organizacje pozarządowe; projekty aktywizujące mieszkańców).
Jednym z podstawowych pojęć używanych w myśleniu o zarządzaniu kulturą jest rewitalizacja. Powinno w niej chodzić nie tylko o rewitalizację przestrzeni, ale również rewitalizację myśli, o to, by rozbudzać zainteresowania i pobudzać ludzi do działania. Taką szansę daje sztuka skierowana do miejscowej społeczności, czyli artystyczne imprezy nie tylko dla najbogatszych, których stać na uczestnictwo w kulturze, ale również te odbywające się w dzielnicach zagrożonych biedą.
Bo tak pojmowana kultura pokazuje alternatywy, może mobilizować i wyrywać z marazmu. Sztuka, kultura, działalność alternatywna jest ważna dla demokracji, ukazuje różnorodne punkty widzenia, uczy myślenia krytycznego, wrażliwości na innych oraz na problemy społeczne. Tym samym wspomaga w budowie społeczeństwa obywatelskiego. Mało kto chce w ten sposób myśleć o kulturze. Rozmowy o finansach są łatwiejsze, niż przeoranie świadomości pokazujące, że kultura nie musi być jedynie dobrem konsumpcyjnym.
To, co mnie zastanawia, kiedy porównuję sytuację w Polsce i w krajach zachodnich, to brak u nas instytucji eksperckich. Bo w naszym kraju jest tak: ktoś, np. urzędnik, ma jakiś pomysł i ogłasza konkurs. O takim konkursie zwykle prawie nikt nie wie, a zgłoszone projekty oceniane są przez samych urzędników. Na wizje kultury, spory o jej kształt nie ma tu w ogóle miejsca. Coś tam się ogłasza i coś tam się realizuje. Przy okazji okazuje się, że zamiast wspierania inicjatyw oddolnych i kultury niezależnej, dąży się wręcz do jej wyeliminowania.
Chrońmy małe projekty
Brakuje też koncepcji na pogodzenie ze sobą grup, które chcą działać na polu kultury i mają, co do tego różne wizje. I niestety jest tak, że wielkie projekty odcinają finanse projektom małym, mozolnie tworzonym, niepozornym. Przykładem jest projekt KontenerArt, którego dalsze funkcjonowanie na Chwaliszewie niepokoi Marka Wasilewskiego, autora koncepcji Nowej Gazowni: - Wolałbym dowiadywać się nie o tym, że władze miejskie rozmawiają z artystami, co pokazać w tanich kontenerach na terenie, gdzie ma powstać Nowa Gazownia, ale na przykład o intensywnych negocjacjach z inwestorami i ministrem infrastruktury w sprawie Gazowni - pisał w "Gazecie" Wasilewski. To kuriozalne stwierdzenie, ujawniające wprost zagrożenie, o którym piszę: "nie rozmawiać ze społeczeństwem, ale zastanawiać się nad finansami". To nowy neoliberalny "wspaniały świat".
Jako przykład tego wspaniałego świata (czytaj: właściwego funkcjonowania kultury) Wasilewski daje Camerimage Center w Łodzi - wówczas był to jeszcze projekt, który miał zostać tam zrealizowany: - Kiedy władze Łodzi angażują się w poszukiwanie 400 milionów złotych na nowe centrum sztuki i kolejnych 150 na centrum Gehry'ego, my zastanawiamy się nad oszczędnymi kontenerami ustawionymi w pobliżu miejsca, w którym kiedyś być może będzie Nowa Gazownia.
KontenerArt, który jest świetnym przykładem oddolnej aktywności nastawionej na potrzeby lokalne, mającym szansę zaktywizować mieszkańców zdegradowanego Chwaliszewa, okazał się niestety zawadą. Warto więc spytać, czy w naszej kulturze jest miejsce dla inicjatyw oddolnych? A przede wszystkim, czy jest w niej miejsce na demokrację?
Nie można tych dylematów rozwiązywać przez radykalne opozycje: albo Nowa Gazownia, albo kontenery; albo festiwal Malta, albo małe eksperymentalne teatry; albo globalne, albo lokalne. Wasilewski kreuje ten spór właśnie tak, jakby dotyczył on wyboru między kulturą globalną a lokalną. Tymczasem teoretycy kultury wiedzą dobrze, że nie może być już dzisiaj alternatywy między tym, co globalne a tym, co lokalne. Kultura powinna być "g-lokalna", a więc uwzględniająca procesy globalizacji, biorąca pod uwagę zjawiska, które pojawiają się na całym świecie, ale nastawiona na znaczenia i potrzeby lokalne.
Jeśli przyznaje się komuś pieniądze, należy wymagać od niego współpracy z małymi partnerami, współtworzenia projektów z grupami o sprzecznych interesach. Inaczej mówiąc trzeba wymagać demokracji w kulturze. Nie może być tak, że małe inicjatywy oddolne przegrywają z wielkimi i profesjonalnymi; że są traktowane jako niewygodne, jako rodzaj piątego koła u wozu.
Jeśli więc prezydent Hinc chce zrobić dla Poznania coś dobrego, to zamiast fajerwerku, czyli przeniesienia do stolicy Wielkopolski festiwalu Camerimage (założę się, że branym pod uwagę miejscem na osadzenie festiwalu jest Nowa Gazownia), zalecałabym raczej przemyślenie polityki kulturalnej miasta, tak, by została ona zdemokratyzowana. Próba przejęcia imprezy Marka Żydowicza to następne działanie konfliktogenne, choćby dlatego, że jeszcze bardziej skurczyłyby się skromne środki na kulturę, w tym na inicjatywy oddolne, związane z miejscowymi potrzebami. Gdy z powodu braku pieniędzy umierają inicjatywy lokalne (choćby wspomniane na początku kina studyjne), propozycja przeniesienia ogromnego filmowego molocha do Poznania jest zwyczajną arogancją.
Niedawno zamknięto w Poznaniu świetne kino studyjne Amarant, powodem był brak funduszy na jego utrzymanie. Zastanawiam się więc, jak to możliwe, że nie można wspomóc finansowo małych kin studyjnych, a mają znaleźć się pieniądze na Camerimage.
Zrewitalizujmy myśli
Upraszczając można powiedzieć, że istnieją dwie wizje kultury: jedna to igrzyska dla ludu (kultura jako dobro konsumpcyjne, administrowana odgórnie, zadowalająca publiczność spektakularnymi imprezami, głośnymi festiwalami), druga to element społeczeństwa obywatelskiego (tu stawia się na oddolne działania aktywizujące miejscowe społeczności, edukację, wspiera małe fundacje i organizacje pozarządowe; projekty aktywizujące mieszkańców).
Jednym z podstawowych pojęć używanych w myśleniu o zarządzaniu kulturą jest rewitalizacja. Powinno w niej chodzić nie tylko o rewitalizację przestrzeni, ale również rewitalizację myśli, o to, by rozbudzać zainteresowania i pobudzać ludzi do działania. Taką szansę daje sztuka skierowana do miejscowej społeczności, czyli artystyczne imprezy nie tylko dla najbogatszych, których stać na uczestnictwo w kulturze, ale również te odbywające się w dzielnicach zagrożonych biedą.
Bo tak pojmowana kultura pokazuje alternatywy, może mobilizować i wyrywać z marazmu. Sztuka, kultura, działalność alternatywna jest ważna dla demokracji, ukazuje różnorodne punkty widzenia, uczy myślenia krytycznego, wrażliwości na innych oraz na problemy społeczne. Tym samym wspomaga w budowie społeczeństwa obywatelskiego. Mało kto chce w ten sposób myśleć o kulturze. Rozmowy o finansach są łatwiejsze, niż przeoranie świadomości pokazujące, że kultura nie musi być jedynie dobrem konsumpcyjnym.
To, co mnie zastanawia, kiedy porównuję sytuację w Polsce i w krajach zachodnich, to brak u nas instytucji eksperckich. Bo w naszym kraju jest tak: ktoś, np. urzędnik, ma jakiś pomysł i ogłasza konkurs. O takim konkursie zwykle prawie nikt nie wie, a zgłoszone projekty oceniane są przez samych urzędników. Na wizje kultury, spory o jej kształt nie ma tu w ogóle miejsca. Coś tam się ogłasza i coś tam się realizuje. Przy okazji okazuje się, że zamiast wspierania inicjatyw oddolnych i kultury niezależnej, dąży się wręcz do jej wyeliminowania.
Chrońmy małe projekty
Brakuje też koncepcji na pogodzenie ze sobą grup, które chcą działać na polu kultury i mają, co do tego różne wizje. I niestety jest tak, że wielkie projekty odcinają finanse projektom małym, mozolnie tworzonym, niepozornym. Przykładem jest projekt KontenerArt, którego dalsze funkcjonowanie na Chwaliszewie niepokoi Marka Wasilewskiego, autora koncepcji Nowej Gazowni: - Wolałbym dowiadywać się nie o tym, że władze miejskie rozmawiają z artystami, co pokazać w tanich kontenerach na terenie, gdzie ma powstać Nowa Gazownia, ale na przykład o intensywnych negocjacjach z inwestorami i ministrem infrastruktury w sprawie Gazowni - pisał w "Gazecie" Wasilewski. To kuriozalne stwierdzenie, ujawniające wprost zagrożenie, o którym piszę: "nie rozmawiać ze społeczeństwem, ale zastanawiać się nad finansami". To nowy neoliberalny "wspaniały świat".
Jako przykład tego wspaniałego świata (czytaj: właściwego funkcjonowania kultury) Wasilewski daje Camerimage Center w Łodzi - wówczas był to jeszcze projekt, który miał zostać tam zrealizowany: - Kiedy władze Łodzi angażują się w poszukiwanie 400 milionów złotych na nowe centrum sztuki i kolejnych 150 na centrum Gehry'ego, my zastanawiamy się nad oszczędnymi kontenerami ustawionymi w pobliżu miejsca, w którym kiedyś być może będzie Nowa Gazownia.
KontenerArt, który jest świetnym przykładem oddolnej aktywności nastawionej na potrzeby lokalne, mającym szansę zaktywizować mieszkańców zdegradowanego Chwaliszewa, okazał się niestety zawadą. Warto więc spytać, czy w naszej kulturze jest miejsce dla inicjatyw oddolnych? A przede wszystkim, czy jest w niej miejsce na demokrację?
Nie można tych dylematów rozwiązywać przez radykalne opozycje: albo Nowa Gazownia, albo kontenery; albo festiwal Malta, albo małe eksperymentalne teatry; albo globalne, albo lokalne. Wasilewski kreuje ten spór właśnie tak, jakby dotyczył on wyboru między kulturą globalną a lokalną. Tymczasem teoretycy kultury wiedzą dobrze, że nie może być już dzisiaj alternatywy między tym, co globalne a tym, co lokalne. Kultura powinna być "g-lokalna", a więc uwzględniająca procesy globalizacji, biorąca pod uwagę zjawiska, które pojawiają się na całym świecie, ale nastawiona na znaczenia i potrzeby lokalne.
Jeśli przyznaje się komuś pieniądze, należy wymagać od niego współpracy z małymi partnerami, współtworzenia projektów z grupami o sprzecznych interesach. Inaczej mówiąc trzeba wymagać demokracji w kulturze. Nie może być tak, że małe inicjatywy oddolne przegrywają z wielkimi i profesjonalnymi; że są traktowane jako niewygodne, jako rodzaj piątego koła u wozu.
Jeśli więc prezydent Hinc chce zrobić dla Poznania coś dobrego, to zamiast fajerwerku, czyli przeniesienia do stolicy Wielkopolski festiwalu Camerimage (założę się, że branym pod uwagę miejscem na osadzenie festiwalu jest Nowa Gazownia), zalecałabym raczej przemyślenie polityki kulturalnej miasta, tak, by została ona zdemokratyzowana. Próba przejęcia imprezy Marka Żydowicza to następne działanie konfliktogenne, choćby dlatego, że jeszcze bardziej skurczyłyby się skromne środki na kulturę, w tym na inicjatywy oddolne, związane z miejscowymi potrzebami. Gdy z powodu braku pieniędzy umierają inicjatywy lokalne (choćby wspomniane na początku kina studyjne), propozycja przeniesienia ogromnego filmowego molocha do Poznania jest zwyczajną arogancją.
- 16 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Iza Kowalczyk: Kultura to nie igrzyska
micnow
16.02.10, 09:45
oh,oh, zawodowi dostawacze dotacji na kulturę od miasta poczuli się zagrożeni ;-))»
-
kontenery to stawia się na budowie czegoś tam
kolo125
16.02.10, 10:46
nie mieszajmy tymczasowych kontenerów - barakowozów do kultury, bo to aniładne, ani kulturalne, czasy Drzymały dawno minęły i to na szczęście dla naswszystkich!!! ja obskurnym gó...m mówię »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Poznań na zdjęciach dawniej i dziś. Lata ...
- Szach Iranu na Ratajach. Co tam robił w ...
- Poznań na zdjęciach dawniej i dziś. Lata ...
- Napad w centrum: Biznesmen stracił 700 tys. zł
- Poznań na zdjęciach dawniej i dziś. Lata 70-te
- Szkoły katolickie? Miasto mówi "nie"
- Bardzo tanio do Berlina. Nawet za złotówkę





