Zmarł prof. Skubiszewski. Mąż stanu z Poznania

Violetta Szostak
08.02.2010 , aktualizacja: 08.02.2010 21:08
A A A Drukuj
Osoba światowa, z ogromną wiedzą, bywał wszędzie, wszędzie był znany. A zarazem - mieszkał w ciasnym pokoju z ciemną kuchnią przy ul. Słowiańskiej, spotykałam go w sklepie na zakupach, przychodził do mnie na telewizję - prof. Krzysztofa Skubiszewskiego wspominają jego poznańscy współpracownicy i uczniowie
Prof. Krzysztof Skubiszewski
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja
Prof. Krzysztof Skubiszewski
Krzysztof Skubiszewski urodził się 8 października 1926 r. w Poznaniu. Ukończył wydział prawno-ekonomiczny Uniwersytetu Poznańskiego, przez lata wykładał na UAM. Po 1989 r. był ministrem spraw zagranicznych w czterech rządach.



Hanna Suchocka

ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej, premier rządu RP w latach 1992-1993, w którym ministrem był Krzysztof Skubiszewski

Byłam najpierw studentką prof. Skubiszewskiego na Wydziale Prawa UAM. Zdawałam u niego egzamin z prawa międzynarodowego. Bardzo się bałam. Był niezwykle dokładny, miał bardzo precyzyjny język i wymagał tego także od studentów. Budziło to postrach i pamiętam, że koledzy przed egzaminem chodzili dopytywać, czy profesor nie wyjeżdża przypadkiem za granicę - bo często wyjeżdżał i wykładał na uniwersytetach zagranicznych. Ale egzamin się odbył. Mimo mojego strachu i pytania, które mi nie leżało (pamiętam - wyciągnęłam "problemy prawa wojny"), dostałam bardzo dobrą notę od profesora. To był 1966 rok, zamierzchłe czasy.

Później często spotykałam się z profesorem, który został pracownikiem PAN w Poznaniu, ja również tam pracowałam . Pamiętam go z tamtych czasów jako osobę światową, bywał wszędzie, wszędzie był znany. A zarazem - mieszkał w jednym pokoju z ciemną kuchnią, spotykałam go w sklepie na zakupach. Byliśmy sąsiadami. Mieszkał przy ul. Słowiańskiej, w takim brzydkim bloku z lat 60. - zamieszkał tam, gdy wykwaterowano go ze starego mieszkania przy ul. Dąbrowskiego. Przychodził do mnie czasem na telewizję, oglądaliśmy programy polityczne. Miał tak ciasne mieszkanie, z tak kolosalną liczbą książek, że telewizor nie zmieściłby się.

Gdy zostałam premierem, poprosiłam, aby został ministrem w moim rządzie. Wahał się, był już trochę zmęczony pracą w kilku rządach, ale zdecydował się pozostać. Niezwykle pracowity, pamiętam jego zawsze świetne przygotowanie podczas naszych zagranicznych wyjazdów. Miał wielki autorytet na posiedzeniu rady ministrów, umiał współdziałać, łączyć kancelarię prezydenta i premiera. Był inicjatorem wielu ustaw międzynarodowych. Za czasów mojego rządu - głównym konstruktorem konkordatu.

Potem współpracowaliśmy też w ramach Papieskiej Akademii Nauk Społecznych. Ostatni raz spotkaliśmy się właśnie tutaj, w Rzymie - dwa lata temu na posiedzeniu akademii, wygłaszał referat.



Prof. Jan Sandorski

z katedry prawa międzynarodowego i organizacji międzynarodowych UAM

Byłem jego studentem, pisałem u profesora pracę magisterską, był promotorem mojego doktoratu i spirytus movens habilitacji. Szalenie dużo z siebie dawał młodym, był skarbnicą wiedzy o prawie międzynarodowym. Uczyłem się od niego warsztatu naukowego - choć nie byłem w stanie mu dorównać. Imponował nam wszystkim stylem i wiedzą tak ogromną, naprawdę rzadko spotykaną.

Był nieprzeciętną osobowością. Miał taki przedwojenny styl, nawiązywał do najlepszych wzorców przedwojennych profesorów. W każdym słowie wyważony, arystokratyczny w manierach, reprezentował savoir-vivre na najwyższym poziomie. Niezwykle elegancki - na tle szarzyzny ówczesnej wyróżniał się strojem, nosił muszkę. Gdy nie słyszał, mówiliśmy na niego "lord Gallux", bo były kiedyś takie sklepy z elegancką odzieżą "Gallux".

Imponuje przede wszystkim tym, co zrobił dla polskiej racji stanu. Jego wkład w unormowanie stosunków polsko-niemieckich był ogromny. Jego opracowania z lat 70. poświęcone stosunkom polsko-niemieckim do dziś mają wielką wartość. Potem, jako minister, wprowadzał w praktykę to, o czym wcześniej pisał, to było właściwie spełnienie jego marzeń.

Miał poczucie humoru. Ale to nie jest dobry moment na anegdoty.



Izabela Cywińska

reżyser teatralny, minister kultury i sztuki w rządzie Tadeusza Mazowieckiego

Na początku był moim adoratorem. Myślę, że on takiego słowa by właśnie użył: "adorator". Byłam na pierwszym roku studiów. W mojej paczce był młodszy brat Krzysia i tak się poznaliśmy. Krzyś był starszy od nas o 10 lat i wydawał mi się wtedy starszym panem. Miał taki staroświecki styl, wszyscy chodzili w krótkich spodniach, a on w takich "galotach" do kolan i śmiesznej furażerce. Śmiałyśmy się z niego trochę. Kiedy mnie adorował - uciekałam.

Później, gdy byłam już dyrektorem teatru, spotykaliśmy się czasem, byłam zafascynowana jego mądrością, językiem, sposobem bycia.

Po raz trzeci spotkaliśmy się w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Bardzo się przyjaźniliśmy.

To był urodzony dyplomata. Wywoływał też serdeczny uśmiech u wszystkich ludzi, którzy cenili sobie dobre maniery. Mógł służyć jako przykład tego, jak należy się zachowywać, mówić, ubierać, jakich rzeczy używać. Pióro wieczne, teczka, buty, skarpety - wszystko było wypielęgnowane i z najwyższej półki. Nawet podszewka w teczce - zażartowałam kiedyś, żeby pokazał jaką ma, bo chcę wiedzieć, co należy nosić. Nasza znajomość na takie żarty pozwalała. Spotykaliśmy się często w pociągu z Poznania do Warszawy, rozmawialiśmy wtedy przez kilka godzin. Ostatni raz widziałam Krzysztofa 12 września, na uroczystości 20. rocznicy powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego. Wydawało mi się, że jest w dobrej formie, piliśmy kawę i wino.

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów