'Tak, kupiliśmy Weronikę. Nie odbierajcie nam jej'
30.06.2011
, aktualizacja: 05.02.2010 08:34
Poznanianka sprzedała swoją córkę za 4 tys. zł małżeństwu ze Śląska, ale prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie handlu ludźmi. Bo u nowych rodziców dziecko znalazło "normalny" dom
Historia zaczyna się przed rokiem w bramie kamienicy na poznańskich Rybakach. Bezdomna kobieta szuka w śmietniku puszek. Zauważa reklamówkę, a w niej zwłoki noworodka.
Przyjeżdża policja. Z psami tropiącymi szukają matki dziecka. Bez skutku. Ale sprawa nie daje spać kryminalnym, szukają dalej. Latem w ich ręce wpada Mirosława M. Znana policjantom alkoholiczka, poszukiwana listami gończymi, bo unikała więzienia. W kartotece wyroki za wyłudzenie z banku kredytów. Policjanci wiedzą, że kobieta była w ciąży. Pytają, gdzie jest dziecko?
- Sprzedałam - mówi Mirosława M. Kobieta więc nie jest matką martwego noworodka, ale policja wpada na trop nowej sprawy. Kobieta wskazuje rodzinę na Śląsku. Śledztwo przejmują policjanci od handlu ludźmi.
- To jedno z najpoważniejszych przestępstw. Jechaliśmy z myślą, że wrócimy z zatrzymanymi w kajdankach - zdradza jeden z policjantów.
Niewielki dom w okolicach Sosnowca. W środku skromnie, ale czysto. Małżeństwo po trzydziestce i półroczna dziewczynka. Pierwsze pytanie i rodzice płaczą: - Tak, kupiliśmy Weronikę, nie zabierajcie nam jej.
I opowiadają swoją historię. Ona od lat próbuje leczyć się na bezpłodność. Chodzi po specjalistach, wydaje ostatnie pieniądze. Efektów brak. Gdy kolejny raz nie zachodzi w ciążę, opuszcza ją mąż. Po rozwodzie kolejne małżeństwo. On, pracownik fizyczny, robi przy taśmie produkcyjnej. Postanawiają, że adoptują dziecko, ale w ośrodku adopcyjnym rozwiewają ich marzenia: są małżeństwem zbyt krótko, mają zbyt niskie dochody, po prostu się nie nadają. A jeśli za kilka lat to się zmieni, to będą musieli przejść dwuletni kurs adopcyjny. I czekać na dziecko - na Śląsku nawet kilka lat.
I wtedy rodzi się myśl o kupnie dziecka. Znajdują pośrednika - agencję surogatek z Piaseczna (jej legalność bada miejscowa prokuratura, ale agencja broni się, że tylko kontaktuje matki z małżeństwami). Ta kontaktuje ich z Mirosławą M., która jest w ciąży. Zezna potem, że ojca nie zna, to może jakiś Szwed lub Norweg, z którym miała przelotny seks w ubikacji restauracji na Starym Rynku. Małżeństwo daje jej tysiąc złotych na wizyty u lekarzy. Potem jeszcze cztery tysiące za samo dziecko.
Zanim Mirosława M. pójdzie do szpitala rodzić, przyszli rodzice dokonują fałszerstwa: wklejają jej zdjęcie do legitymacji ubezpieczeniowej Ślązaczki. Rodzi więc pod nazwiskiem kupującej. Dziecko od urodzenia nosi nazwisko małżeństwa, które je kupiło. Ci zresztą mówią znajomym i rodzinie, że to ich córka.
Dziewczynka jest chora na serce, lekarze łączą to z alkoholizmem biologicznej matki.
Prokurator Mikołaj Gajewicz, który prowadzi sprawę, prosi o opinię kuratora sądowego. Ten odwiedza rodzinę i pisze: "warunki dobre, nawiązała się więź emocjonalna małżeństwa z dzieckiem".
Co dalej? Konsultacje trwają na najwyższych szczeblach w prokuraturze. - Ta sprawa nie była typowa. Długo zastanawialiśmy się, co robić, czy stawiać zarzuty - mówi prokurator Gajewicz.
Przed tygodniem zapada decyzja - umorzyć śledztwo.
W polskim kodeksie nie ma jasnej definicji "handlu ludźmi". Prokurator Gajewicz znajduje kruczek prawny - wyrok krakowskiego sądu sprzed dziewięciu lat. A tam sędziowie orzekają, że aby mówić o handlu ludźmi, sprzedaż musi służyć "celom sprzecznym z ludzką podmiotowością, szkodliwym dla człowieka".
- Tak jest, gdy handluje się kobietami i zmusza je do prostytucji - mówi Gajewicz. - W tej sprawie można by stawiać zarzuty, gdyby sytuacja dziecka się pogorszyła. Ale tak nie jest, bo dziecku groziło, że zostanie z uzależnioną od alkoholu matką w więzieniu.
- Mirosława M. sama cieszyła się, że dziecko znalazło normalny dom - mówi prokurator. Wobec niej śledztwo także umorzono.
A sfałszowanie legitymacji ubezpieczeniowej? Prokurator uznał, że społeczna szkodliwość czynu była niska.
Czy to nie zalegalizowanie handlu dziećmi? - Absolutnie nie - odpowiada Gajewicz. I tłumaczy, że za kilka dni sąd rodzinny rozpocznie skomplikowaną procedurę: odbierze małżeństwu ze Śląska status biologicznych rodziców, przywróci go Mirosławie M., potem odbierze jej prawa rodzicielskie i zacznie procedurę adopcyjną.
Gajewicz: - Nie jest przesądzone, że to małżeństwo nadal będzie wychowywać dziecko. Wiem jedno: gdyby zostali oskarżeni i skazani, ich szanse na adopcję spadłyby do zera.
Czy prokuratura postąpiła słusznie? Czy małżeństwo powinno stanąć przed sądem? Czekamy na opinie: czytelnicy@poznan.agora.pl
Przyjeżdża policja. Z psami tropiącymi szukają matki dziecka. Bez skutku. Ale sprawa nie daje spać kryminalnym, szukają dalej. Latem w ich ręce wpada Mirosława M. Znana policjantom alkoholiczka, poszukiwana listami gończymi, bo unikała więzienia. W kartotece wyroki za wyłudzenie z banku kredytów. Policjanci wiedzą, że kobieta była w ciąży. Pytają, gdzie jest dziecko?
- Sprzedałam - mówi Mirosława M. Kobieta więc nie jest matką martwego noworodka, ale policja wpada na trop nowej sprawy. Kobieta wskazuje rodzinę na Śląsku. Śledztwo przejmują policjanci od handlu ludźmi.
- To jedno z najpoważniejszych przestępstw. Jechaliśmy z myślą, że wrócimy z zatrzymanymi w kajdankach - zdradza jeden z policjantów.
Niewielki dom w okolicach Sosnowca. W środku skromnie, ale czysto. Małżeństwo po trzydziestce i półroczna dziewczynka. Pierwsze pytanie i rodzice płaczą: - Tak, kupiliśmy Weronikę, nie zabierajcie nam jej.
I opowiadają swoją historię. Ona od lat próbuje leczyć się na bezpłodność. Chodzi po specjalistach, wydaje ostatnie pieniądze. Efektów brak. Gdy kolejny raz nie zachodzi w ciążę, opuszcza ją mąż. Po rozwodzie kolejne małżeństwo. On, pracownik fizyczny, robi przy taśmie produkcyjnej. Postanawiają, że adoptują dziecko, ale w ośrodku adopcyjnym rozwiewają ich marzenia: są małżeństwem zbyt krótko, mają zbyt niskie dochody, po prostu się nie nadają. A jeśli za kilka lat to się zmieni, to będą musieli przejść dwuletni kurs adopcyjny. I czekać na dziecko - na Śląsku nawet kilka lat.
I wtedy rodzi się myśl o kupnie dziecka. Znajdują pośrednika - agencję surogatek z Piaseczna (jej legalność bada miejscowa prokuratura, ale agencja broni się, że tylko kontaktuje matki z małżeństwami). Ta kontaktuje ich z Mirosławą M., która jest w ciąży. Zezna potem, że ojca nie zna, to może jakiś Szwed lub Norweg, z którym miała przelotny seks w ubikacji restauracji na Starym Rynku. Małżeństwo daje jej tysiąc złotych na wizyty u lekarzy. Potem jeszcze cztery tysiące za samo dziecko.
Zanim Mirosława M. pójdzie do szpitala rodzić, przyszli rodzice dokonują fałszerstwa: wklejają jej zdjęcie do legitymacji ubezpieczeniowej Ślązaczki. Rodzi więc pod nazwiskiem kupującej. Dziecko od urodzenia nosi nazwisko małżeństwa, które je kupiło. Ci zresztą mówią znajomym i rodzinie, że to ich córka.
Dziewczynka jest chora na serce, lekarze łączą to z alkoholizmem biologicznej matki.
Prokurator Mikołaj Gajewicz, który prowadzi sprawę, prosi o opinię kuratora sądowego. Ten odwiedza rodzinę i pisze: "warunki dobre, nawiązała się więź emocjonalna małżeństwa z dzieckiem".
Co dalej? Konsultacje trwają na najwyższych szczeblach w prokuraturze. - Ta sprawa nie była typowa. Długo zastanawialiśmy się, co robić, czy stawiać zarzuty - mówi prokurator Gajewicz.
Przed tygodniem zapada decyzja - umorzyć śledztwo.
W polskim kodeksie nie ma jasnej definicji "handlu ludźmi". Prokurator Gajewicz znajduje kruczek prawny - wyrok krakowskiego sądu sprzed dziewięciu lat. A tam sędziowie orzekają, że aby mówić o handlu ludźmi, sprzedaż musi służyć "celom sprzecznym z ludzką podmiotowością, szkodliwym dla człowieka".
- Tak jest, gdy handluje się kobietami i zmusza je do prostytucji - mówi Gajewicz. - W tej sprawie można by stawiać zarzuty, gdyby sytuacja dziecka się pogorszyła. Ale tak nie jest, bo dziecku groziło, że zostanie z uzależnioną od alkoholu matką w więzieniu.
- Mirosława M. sama cieszyła się, że dziecko znalazło normalny dom - mówi prokurator. Wobec niej śledztwo także umorzono.
A sfałszowanie legitymacji ubezpieczeniowej? Prokurator uznał, że społeczna szkodliwość czynu była niska.
Czy to nie zalegalizowanie handlu dziećmi? - Absolutnie nie - odpowiada Gajewicz. I tłumaczy, że za kilka dni sąd rodzinny rozpocznie skomplikowaną procedurę: odbierze małżeństwu ze Śląska status biologicznych rodziców, przywróci go Mirosławie M., potem odbierze jej prawa rodzicielskie i zacznie procedurę adopcyjną.
Gajewicz: - Nie jest przesądzone, że to małżeństwo nadal będzie wychowywać dziecko. Wiem jedno: gdyby zostali oskarżeni i skazani, ich szanse na adopcję spadłyby do zera.
Czy prokuratura postąpiła słusznie? Czy małżeństwo powinno stanąć przed sądem? Czekamy na opinie: czytelnicy@poznan.agora.pl
- 118 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
104 głosy
-
'Tak, kupiliśmy Weronikę. Nie odbierajcie nam jej'
byton2
05.02.10, 20:02
Pozwólcie ludziom mieć rodzinę!!! to nie tak dużo do jasnej ciasnej»
-
'Tak, kupiliśmy Weronikę. Nie odbierajcie nam jej'
aniula81
05.02.10, 21:36
Całe szczęście, że małżeństwu nie odebrano Weroniki, skoro jest zadbane.Pomyślcie co by czekało to maleństwo jakby jej nie kupili, matka alkoholiczkaewentualnie dom dziecka. A tak ma ciepły »
-
'Tak, kupiliśmy Weronikę. Nie odbierajcie nam jej'
wisiunia32
05.02.10, 22:50
Dajcie ty ludzią Weronike nie wazne w jaki sposób ją maja kochają jak własne .»
Najczęściej czytane24 htydzień




