Stanowisko biura, przesłane właśnie do Sądu Okręgowego w Poznaniu, odegra prawdopodobnie decydującą rolę w procesie lustracyjnym byłego europosła, który rozpoczął się w marcu tego roku. Wówczas to sąd - na wniosek samego Libickiego - wszczął postępowanie zmierzające od ustalenia, czy odnalezione w archiwach IPN materiały świadczą o współpracy Libickiego z wywiadem PRL, czy nie.
Autolustracja była wynikiem doniesień prasowych o rzekomej agenturalnej przeszłości Libickiego. Przez pół roku biuro lustracyjne prowadziło kwerendę w zasobach archiwalnych IPN. Efekt? „Analiza zgromadzonych w sprawie dokumentów oraz zeznania świadków nie pozwalają stwierdzić, że Marcin Libicki podjął świadomą współpracę z organami bezpieczeństwa państwa (...). Brak jest bowiem bezpośrednich dowodów wskazujących na działania wyczerpujące definicję »współpracy « w rozumieniu ustawy” - napisała w stanowisku dla sądu Anna Kraśnicka-Wilczyńska, prokurator Oddziałowego Biura Lustracyjnego w Poznaniu.
W uzasadnieniu biuro lustracyjne zwraca uwagę, że Libicki "był w zainteresowaniu departamentu I MSW po tym jak został przeniesiony w 1965 r. przez Wydział II Komendy Wojewódzkiej MO w Poznaniu do dalszego prowadzenia. Brak jest jednak informacji, w jakim charakterze". Biuro lustracyjne nie ustaliło, dlaczego poszczególne wydziały wywiadu PRL "przekazywały" sobie Libickiego - bo nie zachowały się dokumenty Departamentu I MSW, a także większa część materiałów z akt paszportowych Libickiego. IPN ustalił natomiast, że występujący w źródłach funkcjonariusze SB z lat 60. już nie żyją.
Według biura lustracyjnego IPN kontakty Libickiego z wywiadem PRL mogły mieć charakter kontaktu obywatelskiego, "brak jednak źródeł popierających bezpośrednio tę tezę". W nomenklaturze SB kontakt obywatelski to pojęcie tożsame z kontaktem poufnym. Pismo biura lustracyjnego cytuje wytyczne MSW, z których wynika, że informacje od kontaktów poufnych "winny być odbierane w zasadzie ustnie i na tej podstawie należy sporządzić notatkę, nadając w niej - bez wiedzy osoby zaufanej - określony pseudonim".
- Zawsze powtarzałem, że nie współpracowałem z organami bezpieczeństwa PRL - komentuje Libicki. - Dzisiaj mogę powiedzieć, że ta sprawa została ewidentnie wykorzystana do usunięcia mnie z list wyborczych PiS do Parlamentu Europejskiego przez władze partii i Krzysztofa Grzelczyka z wrocławskiego IPN, który był wówczas kandydatem do PE na wstępnej liście wyborczej PiS.
Libickiemu chodzi o sprawę, opisaną przez "Gazetę" w marcu. Grzelczykowi zależało na starcie w wyborach do PE. Żeby jednak mógł zająć dobre miejsce na wrocławskiej liście wyborczej, musiał ją opuścić dotychczasowy lider, europoseł Konrad Szymański. Grzelczyk osobiście sprawdzał w poznańskim IPN materiały dotyczące Libickiego i to pod wpływem jego stanowiska lider PiS Jarosław Kaczyński skreślił Libickiego z listy, co spowodowało przesunięcie Szymańskiego na poznańską listę wyborczą PiS. Grzelczyk ostatecznie w wyborach nie wziął udziału. - Po ujawnieniu sprawy przez "Gazetę" jego plan powiódł się tylko częściowo - komentuje Libicki.
Na znak protestu Libicki wystąpił z PiS. Dziś uważa, że decyzja Jarosława Kaczyńskiego o wycięciu go z listy wyborczej PiS została podjęta "po myśli interesów rosyjskich i niemieckich w Parlamencie Europejskim". Libicki, były szef komisji petycji UE, przeforsował bowiem krytyczny raport o budowie Gazociągu Północnego po dnie Bałtyku, bronił też praw polskich rodziców przed niemieckimi Jugendamtami.
Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań