Chemiczny ewangelista tańczy rock'n'rolla
21.11.2009
, aktualizacja: 20.11.2009 19:38
Ogrodnik, który zamienia Poznań w Amerykę. Jako chemik zajmuje się tańcem i wyrobem biżuterii.
Prof. Bogdan Marciniec w ciągu kilku tygodni zdobył dwa najważniejsze w Polsce naukowe wyróżnienia: polskiego Nobla i nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Chemiczny ewangelista. Gruba zielona księga z wypisanym na złoto tytułem to "Podręcznik hydrosililowania", przez chemików okrzyknięty biblią. O kolejnej, będącej przeglądem najnowszych osiągnięć w dziedzinie, amerykański recenzent John F. Harrod napisał: "Myślę, że wkrótce zyska sobie reputację Nowego Testamentu".
Pochodzi z rodziny ogrodników. Dziadek Bogdana Marcińca, jeszcze podczas zaborów, zakładał w Poznaniu Polskie Towarzystwo Ogrodnicze. Stryj opiekował się zielenią miejską, był dyrektorem palmiarni.
Pierwsze lata studiów Bogdan Marciniec spędzał po studencku: trochę kombinowania, dużo zabawy. Na czwartym poznał prof. Wieńczysława Kuczyńskiego. - Z ropy można zrobić wszystko - mówił studentom uczony.
Marciniec: - Dla nas to było wyzwanie. Ropę uważaliśmy za paliwo. Zaimponowało mi, że profesor jest na bieżąco ze wszystkim, co produkują wielkie amerykańskie koncerny. I wie, jak efekty pracy chemików można wykorzystać w praktyce. Właśnie wtedy zaangażowałem się bardzo w realizację pracy magisterskiej.
W 1970 r. wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Przywiózł stamtąd magnetofon kasetowy i kilkanaście koszul. A także pomysł, który zrealizuje w Poznaniu po upływie ćwierćwiecza.
Magnetofon kasetowy krótko budził podziw wśród znajomych. Wkrótce Polska zaczęła produkować podobne, na licencji francuskiej.
Marciniec do połowy lat 70. wierzył, że w Polsce uda się wprowadzić socjalizm w stylu szwedzkim, należał do PZPR. Jeszcze jako człowiek ze starego układu, w 1988 r. został rektorem UAM.
Na początku 1990 r. kilkadziesiąt osób - studentów i profesorów - weszło o świcie do budynku KW PZPR. Za oknami zawisły transparenty: "Komitet na Uniwersytet".
- Albo na przychodnię - mówi Filip Kaczmarek, dziś europoseł, wtedy okupujący KW student historii: - Poszliśmy walczyć, by partyjny obiekt został przeznaczony na cele społeczne. Władze uczelni miały trudną rolę. Choć studenci byli bliżsi rektorowi, on sam zależał od pierwszego sekretarza. Sądząc po efektach, Marciniec sprawdził się jako negocjator.
Wkrótce do budynku przy ul. Św. Marcin historycy wprowadzili się na stałe. Marciniec przy okazji wynegocjował pieniądze od banku, który chciał w dawnym KW wynająć powierzchnię. Powstała Fundacja UAM.
- Talidomid: ten lek stosowały nawet kobiety w ciąży - mówi Marciniec. - Wkrótce wyszło na jaw, że w rzeczywistości składa się z dwóch izomerów, których struktury mają się jak lewa ręka do prawej. Jeden okazał się lekiem uspokajającym, drugi silną toksyną. Dzieci rodziły się bez rąk, ze zdeformowanymi nogami. Metodą katalityczną można otrzymać wyłącznie lek uspokajający. I to jest olbrzymi sukces katalizy.
Tłumaczy, na czym polega kataliza. - Katalizator jest jak wodzirej, atomy substratów są tancerzami. Od katalizatora zależy, który atom złapie którego za ręce.
Bez tańca nie ma chemii. Tańce są obowiązkowym punktem programu każdego organizowanego przez Marcińca sympozjum naukowego.
Studiował w czasach rock'n'rolla. Był stałym bywalcem potańcówek organizowanych w stołówce akademika "Hanka". Tam poznał ubraną w niebieską sukienkę studentkę farmacji Barbarę. - Żona do dziś upiera się, że była ubrana na czarno-biało. Może zapamiętałem kolor niebieski, bo w nim wygląda najpiękniej? - zastanawia się Marciniec.
Zamieszkali w Swarzędzu, w domu z ogrodem, jedynym w okolicy, w którym drzewa rosną tak gęsto. Marciniec łączy ogrodnicze tradycje rodziny (uprawa wiśni) z wiedzą chemika (przeróbka wiśni na wino). W altanie rozmyśla o chemii, o związkach krzemu, bo krzemowy taniec interesuje go najbardziej.
- Rodzice biorą udział we wszystkich uczelnianych balach. I regularnie oglądają "Taniec z gwiazdami" - mówi córka, Berenika Marciniec.
U progu lat 90. budynek przy ul. Rubież wyglądał jak po kataklizmie. W należącej wtedy do gazowni hali wiało przez zamknięte okna, a pod sufitem latały ptaki.
Fundacja UAM przejęła teren nieodpłatnie. W 1995 r. na Naramowicach powstał pierwszy w Polsce park naukowo-technologiczny. - W Ameryce to norma: koncerny korzystają z wiedzy naukowców, by spełnić oczekiwania klientów - mówi Marciniec.
Koniecznie chciał przenieść te amerykańskie zasady do Poznania. Badania naukowe prowadzone na poziomie światowym i odkrycia naukowców miały być wykorzystane w praktyce.
Chemiczny ewangelista. Gruba zielona księga z wypisanym na złoto tytułem to "Podręcznik hydrosililowania", przez chemików okrzyknięty biblią. O kolejnej, będącej przeglądem najnowszych osiągnięć w dziedzinie, amerykański recenzent John F. Harrod napisał: "Myślę, że wkrótce zyska sobie reputację Nowego Testamentu".
Pochodzi z rodziny ogrodników. Dziadek Bogdana Marcińca, jeszcze podczas zaborów, zakładał w Poznaniu Polskie Towarzystwo Ogrodnicze. Stryj opiekował się zielenią miejską, był dyrektorem palmiarni.
Pierwsze lata studiów Bogdan Marciniec spędzał po studencku: trochę kombinowania, dużo zabawy. Na czwartym poznał prof. Wieńczysława Kuczyńskiego. - Z ropy można zrobić wszystko - mówił studentom uczony.
Marciniec: - Dla nas to było wyzwanie. Ropę uważaliśmy za paliwo. Zaimponowało mi, że profesor jest na bieżąco ze wszystkim, co produkują wielkie amerykańskie koncerny. I wie, jak efekty pracy chemików można wykorzystać w praktyce. Właśnie wtedy zaangażowałem się bardzo w realizację pracy magisterskiej.
W 1970 r. wyjechał na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Przywiózł stamtąd magnetofon kasetowy i kilkanaście koszul. A także pomysł, który zrealizuje w Poznaniu po upływie ćwierćwiecza.
Magnetofon kasetowy krótko budził podziw wśród znajomych. Wkrótce Polska zaczęła produkować podobne, na licencji francuskiej.
Marciniec do połowy lat 70. wierzył, że w Polsce uda się wprowadzić socjalizm w stylu szwedzkim, należał do PZPR. Jeszcze jako człowiek ze starego układu, w 1988 r. został rektorem UAM.
Na początku 1990 r. kilkadziesiąt osób - studentów i profesorów - weszło o świcie do budynku KW PZPR. Za oknami zawisły transparenty: "Komitet na Uniwersytet".
- Albo na przychodnię - mówi Filip Kaczmarek, dziś europoseł, wtedy okupujący KW student historii: - Poszliśmy walczyć, by partyjny obiekt został przeznaczony na cele społeczne. Władze uczelni miały trudną rolę. Choć studenci byli bliżsi rektorowi, on sam zależał od pierwszego sekretarza. Sądząc po efektach, Marciniec sprawdził się jako negocjator.
Wkrótce do budynku przy ul. Św. Marcin historycy wprowadzili się na stałe. Marciniec przy okazji wynegocjował pieniądze od banku, który chciał w dawnym KW wynająć powierzchnię. Powstała Fundacja UAM.
- Talidomid: ten lek stosowały nawet kobiety w ciąży - mówi Marciniec. - Wkrótce wyszło na jaw, że w rzeczywistości składa się z dwóch izomerów, których struktury mają się jak lewa ręka do prawej. Jeden okazał się lekiem uspokajającym, drugi silną toksyną. Dzieci rodziły się bez rąk, ze zdeformowanymi nogami. Metodą katalityczną można otrzymać wyłącznie lek uspokajający. I to jest olbrzymi sukces katalizy.
Tłumaczy, na czym polega kataliza. - Katalizator jest jak wodzirej, atomy substratów są tancerzami. Od katalizatora zależy, który atom złapie którego za ręce.
Bez tańca nie ma chemii. Tańce są obowiązkowym punktem programu każdego organizowanego przez Marcińca sympozjum naukowego.
Studiował w czasach rock'n'rolla. Był stałym bywalcem potańcówek organizowanych w stołówce akademika "Hanka". Tam poznał ubraną w niebieską sukienkę studentkę farmacji Barbarę. - Żona do dziś upiera się, że była ubrana na czarno-biało. Może zapamiętałem kolor niebieski, bo w nim wygląda najpiękniej? - zastanawia się Marciniec.
Zamieszkali w Swarzędzu, w domu z ogrodem, jedynym w okolicy, w którym drzewa rosną tak gęsto. Marciniec łączy ogrodnicze tradycje rodziny (uprawa wiśni) z wiedzą chemika (przeróbka wiśni na wino). W altanie rozmyśla o chemii, o związkach krzemu, bo krzemowy taniec interesuje go najbardziej.
- Rodzice biorą udział we wszystkich uczelnianych balach. I regularnie oglądają "Taniec z gwiazdami" - mówi córka, Berenika Marciniec.
U progu lat 90. budynek przy ul. Rubież wyglądał jak po kataklizmie. W należącej wtedy do gazowni hali wiało przez zamknięte okna, a pod sufitem latały ptaki.
Fundacja UAM przejęła teren nieodpłatnie. W 1995 r. na Naramowicach powstał pierwszy w Polsce park naukowo-technologiczny. - W Ameryce to norma: koncerny korzystają z wiedzy naukowców, by spełnić oczekiwania klientów - mówi Marciniec.
Koniecznie chciał przenieść te amerykańskie zasady do Poznania. Badania naukowe prowadzone na poziomie światowym i odkrycia naukowców miały być wykorzystane w praktyce.
Teraz na UAM chemicy wymyślają nowe reakcje, technolodzy w parku badają, w jakich warunkach nową substancję można wyprodukować w większej ilości. Przedsiębiorstwo Innowacyjno-Wdrożeniowe Unisil (utworzone z inicjatywy Marcińca w 1989 r. w Tarnowie) wytwarza silany.
Silany to chemiczna biżuteria, których niewielki dodatek zmienia charakter tworzywa. Dzięki silanom fabryka może odlać klamkę, bez obawy, że rozpuści się forma odlewnicza. Za sprawą silanów farba, którą w lodówce namalowane są rysunki butelek i jaj, nie zmywa się przy pierwszym przetarciu szmatką.
Jeśli znów wszystko się powiedzie, Poznań będzie jednym z pierwszych w świecie ośrodków, w którym będą wytwarzane nanonapełniacze, tzw. silseskwioksany, chemiczna biżuteria najwyższej próby, do produkcji tworzyw o wyjątkowych właściwościach, wykorzystywanych w przemyśle zaawansowanych materiałów.
- Mówiliśmy o nim Musashi. Podczas wykładów wymachiwał wskaźnikiem jak ostatni samuraj mieczem - wspomina jeden z dawnych studentów. - Folię w rzutniku można położyć na osiem sposobów. Więc Musashi kładł ją prawidłowo przy ósmym podejściu.
Roztrzepany naukowiec? - W żadnym wypadku, twardo stąpa po ziemi, trafnie rozdziela zadania - mówi dr hab. Cezary Pietraszuk, pracownik kierowanego przez Marcińca zakładu chemii metaloorganicznej.
Marciniec zawsze podkreśla, że bez zespołu nic by nie osiągnął.
Pietraszuk potwierdza: - Gdybyśmy wszyscy byli tak pracowici, dostałby prawdziwego Nobla.
Silany to chemiczna biżuteria, których niewielki dodatek zmienia charakter tworzywa. Dzięki silanom fabryka może odlać klamkę, bez obawy, że rozpuści się forma odlewnicza. Za sprawą silanów farba, którą w lodówce namalowane są rysunki butelek i jaj, nie zmywa się przy pierwszym przetarciu szmatką.
Jeśli znów wszystko się powiedzie, Poznań będzie jednym z pierwszych w świecie ośrodków, w którym będą wytwarzane nanonapełniacze, tzw. silseskwioksany, chemiczna biżuteria najwyższej próby, do produkcji tworzyw o wyjątkowych właściwościach, wykorzystywanych w przemyśle zaawansowanych materiałów.
- Mówiliśmy o nim Musashi. Podczas wykładów wymachiwał wskaźnikiem jak ostatni samuraj mieczem - wspomina jeden z dawnych studentów. - Folię w rzutniku można położyć na osiem sposobów. Więc Musashi kładł ją prawidłowo przy ósmym podejściu.
Roztrzepany naukowiec? - W żadnym wypadku, twardo stąpa po ziemi, trafnie rozdziela zadania - mówi dr hab. Cezary Pietraszuk, pracownik kierowanego przez Marcińca zakładu chemii metaloorganicznej.
Marciniec zawsze podkreśla, że bez zespołu nic by nie osiągnął.
Pietraszuk potwierdza: - Gdybyśmy wszyscy byli tak pracowici, dostałby prawdziwego Nobla.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Plan B gotowy. Jeśli remonty nie skończą ...
- Trasa na Franowo na ostatniej prostej. ...
- Fanatyk gry Diablo III chciał zabijać ludzi
- Tramwaje nie jeździły, bo policjanci nie ...
- Na FB nawołują do bojkotu pubów. Bo ...
- Usunął balkony bez pozwolenia. Ale mają wrócić
- Jeśli macie dość remontów, nie czytajcie ...




