Szpital nie pomógł nieprzytomnemu. Odesłał do lekarza

Maria Bielicka
01.07.2011 , aktualizacja: 09.11.2009 10:14
A A A Drukuj
- Odesłali nas do lekarza rodzinnego - skarży się pan Ryszard, który pobiegł do szpitala po nosze, żeby przenieść kolegę leżącego zaledwie kilkadziesiąt metrów od bramy izby przyjęć. Nie pomógł też ratownik, który karetką podjechał pod szpital.
Pogotowie ratunkowe
Fot. Mieczysław Michalak / AG
Pogotowie ratunkowe
To fatalny błąd - ubolewa dyrekcja szpitala i obiecuje zadośćuczynienie: badania diagnostyczne.

O tym dziwnym zdarzeniu zawiadomił nas prezes firmy Makropol Maksymilian Bukowian. To właśnie jego pracownik, pan Piotr, we wtorek po południu stracił nagle przytomność: - Nasze biuro mieści się dosłownie vis-a-vis wjazdu do izby przyjęć szpitala Raszei przy ul. Zacisze. Dwaj inni moi pracownicy pobiegli więc do szpitala po nosze, żeby zanieść kolegę do szpitala. Wydawało nam się, że tak będzie najszybciej. Okazało się jednak, że szpital noszy nie pożyczył - opowiada.

Jeden z pracowników, pan Ryszard (nie chce ujawniać swojego nazwiska), pobiegł do szpitala po pomoc. - Pod szpitalem stała karetka, poprosiliśmy ratownika, żeby podjechał po kolegę albo chociaż pożyczył nosze - opowiada. - Odmówił, bo stwierdził, że wykonuje tylko polecenia dyspozytora pogotowia. Z kolegą poszliśmy więc do izby przyjęć. Tam pani z recepcji kazała nam czekać na swoją kolejkę, tłumaczenia nic nie dały.

Mężczyźni weszli więc do izby przyjęć bez kolejki. - A tam jakaś pani, lekarka albo pielęgniarka, kazała nam odwieźć kolegę do lekarza rodzinnego - oburza się pan Ryszard. - Wróciliśmy więc do biura i zadzwoniliśmy po karetkę. Po kilkunastu minutach przyjechał ten sam ambulans, który stał przed szpitalem.

W międzyczasie pan Piotr odzyskał przytomność, ale lekarz i tak skierował go do szpitala. Pacjent nie chciał jednak jechać do Raszei, prosił, żeby go zawieść do szpitala HCP.

Roman Kłosowicz, który wspólnie z panem Ryszardem walczył o nosze: - Ta historia podważyła nasze zaufanie do służby zdrowia. Bo okazuje się, że ważniejsze są procedury niż życie człowieka.

O całym zajściu rozmawialiśmy z dyrektorami pogotowia i szpitala. Oboje są zdziwieni postępowaniem swoich podwładnych. Dyrektor pogotowia potwierdza, że ratownik mógł sam skontaktować się z dyspozytorem i przewieźć nieprzytomnego. - Nie mógł tylko pożyczyć noszy, bo to element wyposażenia karetki - mówi dyrektor Rejonowej Stacji Pogotowia w Poznaniu Witold Draber.

Dyrektorka szpitala Raszei jest jeszcze bardziej zaskoczona skargą na swoich pracowników. - Zwykle wychodzą nawet poza budynek, żeby udzielić pomocy poszkodowanym - zapewnia Elżbieta Wrzesińska-Żak. I po kilku godzinach jeszcze raz dzwoni zrelacjonować wyniki swoich ustaleń: - Rzeczywiście pani z recepcji nie udzieliła prawidłowej informacji i dostanie za to upomnienie - zapowiada Wrzesińska-Żak.

Z jej śledztwa wynika jednak, że mężczyźni z Makropolu nie dotarli ostatecznie do izby przyjęć.

"Gazeta": - Oni mówią co innego.

Wrzesińska-Żak: - To słowo przeciwko słowu. W każdym razie pana, któremu nie udzieliliśmy pomocy, przepraszamy. Oferujemy mu też badania diagnostyczne, które pozwolą ustalić przyczyny utraty przytomności.

Podziel się

  • 60 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów