Wokalista Genesis odkrywa tajemnicę naszych rogali

rozmawiała: Natalia Mazur
07.11.2009 , aktualizacja: 06.11.2009 12:36
A A A Drukuj
W mojej dziewczynie 11 listopada obudziła się prawdziwa buntowniczka. Zacząłem przeczuwać, że w świętomarcińskich rogalach jest coś szczególnego - mówi Ray Wilson. Z okazji Imienin Ulicy zagra ze swoim zespołem dla poznaniaków.
Ray Wilson
Fot. Przemek Jendroska/AG
Ray Wilson
Natalia Mazur: - Zna pan rogale marcińskie?

Ray Wilson: - Rok temu Gosia, dziewczyna z miłości do której przeprowadziłem się do Polski, zerwała się rano i nie biorąc nawet prysznica zbiegła do cukierni, nad którą mieszkamy. Wróciła z paczką ciastek. Nie mogłem tego pojąć. O co, do diabła, chodzi?! Gosia jest tancerką, dba o figurę, i nigdy, przenigdy nie zjadłaby czegoś nieodpowiedniego. A 11 listopada opycha się słodyczami. Zacząłem przeczuwać, że w tych rogalach jest coś szczególnego.

Spróbował pan?

- Przyznam, że nie jestem zjadaczem ciastek. Spróbowałem rogala dopiero podczas konferencji zapowiadającej tegoroczne obchody 11 listopada. Musiałem się przekonać z czym to się je, bo podczas Imienin Ulicy będę musiał rogala upiec.

Ma pan doświadczenie?

- W szkole robiliśmy rock cakes, małe ciasteczka przypominające z wyglądu kamienie. Ale mam nadzieję, że moje zadanie w środę sprowadzi się do włożenia gotowego rogala do pieca. Byłbym kompletnie bezradny, gdybym miał przygotować nadzienie. Co tam jest w środku?

Biały mak i migdały. Szkoci też mają jakieś okolicznościowe ciastka?

- Do głowy przychodzi mi tylko haggis. To jednak nie ciastko, a pudding robiony z owczych wnętrzności. Haggis jadamy w dniu Roberta Burnsa, poety, autora słów "Auld Lang Syne", pieśni, którą Szkoci witają Nowy Rok. Mieszkał w Dumfries, miasteczku, w którym się urodziłem. 25 stycznia, w dniu urodzin poety, siadamy do uroczystej kolacji, czytamy poezję Burnsa i wznosimy toasty.

Szkoci świętują radośnie?

- Tak, a kiedyś nawet radośniej. Pamiętam 25-lecie panowania królowej brytyjskiej, wszyscy wyszli wtedy na ulice celebrować. Ćwierć wieku później, w dniu 50. jubileuszu, ulice świeciły pustkami. Ludzi zajmowała wtedy historia księżnej Diany, losy księcia Karola. Czcić królowej im się nie chciało. Poza tym, im zamożniejsze społeczeństwo, tym bardziej ludzie zamykają się w swoich domach. Was, Polaków, to jeszcze nie dotknęło. Wciąż znajdujecie radość w przebywaniu razem. Na co dzień unikam tłumów, ale poznańskie obchody Dnia Niepodległości bardzo mi się podobają.

Z pewnością macie podobne święta, z paradą, koncertami.

- Na pewno nie dzień niepodległości, bo go nie obchodzimy. Może Dzień Sąsiada? W każdym miasteczku jest coś takiego. W Dumfries z tej okazji wybieramy królową południa. Queen of the South to zresztą nazwa naszej drużyny piłkarskiej. Moja mama jako 17-latka została królową. Miała wtedy długie blond włosy, piękne nogi, koronę na głowie. Błyszczała. Na ozdobionym kwiatami tronie obwieziono ją ulicami. Za królową szła cała procesja. Fajne są takie dni, kiedy każdy, nawet jeżeli nie za bardzo za tym przepada, wychodzi z domu. Choćby po to, by ponarzekać sobie na tłumy (śmiech).

Co pan zagra dla poznaniaków?

- Brakiem planów doprowadzam mój zespół do białej gorączki. Nigdy nie konstruuję programu. Nie uznaję koncertów typu: "posłuchajcie, co się znalazło na ostatniej płycie artysty". Ludzie przychodzą na koncert, żeby się rozerwać. Wyjdę więc na scenę, zobaczę kto przed nią stoi. I jeśli średnia wieku będzie wyższa - zagram coś z Genesis, jeśli niższa - postawię na Stiltskin i moje solowe utwory.

A jeśli będzie dużo dzieci?

- Będę walczył! Tak, młodzi ludzie to wymagająca publiczność. Ale grałem niedawno koncert w szkole. Przez pierwsze dwie piosenki nie zwracali na mnie uwagi, a potem nagle zapadła cisza, która utrzymała się już do końca. Powiedziałem potem mojemu menedżerowi: "Bartek, chcę częściej występować w takich miejscach".

Lubi pan grać w kameralnych klubach. Święty Marcin panu odpowiada?

- Martwię się jedynie o pogodę. Aby stworzyć kameralną atmosferę rozmawiam z publicznością. Niedawno się dowiedziałem, że są ludzie, który z mojego pierwszego w Polsce, nagranego w Trójce koncertu, słuchają głównie moich opowieści. Święty Marcin jest piękną ulicą. Zamek wywołuje u mnie same pozytywne skojarzenia. Półtora roku temu biegłem obok niego na złamanie karku, aby zdążyć do Teatru Wielkiego i po raz pierwszy zobaczyć tańczącą Gosię.

Wieżowce Alfy panu nie przeszkadzają?

- Przy Świętym Marcinie są jakieś wieżowce? Ach, rzeczywiście... Nie przyglądałem się im nigdy, bo budynki po drugiej stronie ulicy są ładniejsze.

Nie dziwi to pana: cała Polska poważnie świętują niepodległość, a poznaniacy obchodzą Imieniny Ulicy i opychają się rogalami?

- Wydaje mi się, że rogale to nie wszystko. Zjadacie je, a tak naprawdę chodzi o wolność. Tak przynajmniej ja to odbieram, jako osoba mieszkająca tutaj od niedawna. Rogale są tylko sposobem, by uczcić wyzwolenie. Wiem co mówię, trzeba było widzieć Gosię rok temu. Obudziła się w niej prawdziwa buntowniczka!

Podziel się

  • 14 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów