Dziadkowie, rodzice i synowie - wszyscy w HCP
04.11.2009
, aktualizacja: 04.11.2009 19:41
W Cegielskim pracowali, u Cegielskiego mieszkali, z Cegielskim wypoczywali - a dziś martwią się o kondycję zakładów. Cegielski jest w sercu rodzinnego życia Tylińskich od lat przedwojennych.
ZOBACZ TAKŻE
- Cegielski wciąż utrzymuje się na powierzchni (06-11-09, 11:55)
- Zwolnieni z Cegielskiego bez wysokich odpraw (05-11-09, 21:00)
- Szczecin nie chce tramwajów Cegielskiego (03-11-09, 21:00)
- Ceglorz zawsze stawiał na jakość (03-11-09, 20:07)
- Cegielski dogaduje się z wierzycielem (02-11-09, 16:24)
- Lenartowski: Cegielski ratowany za późno (01-11-09, 21:00)
- HCP między młotem a kowadłem (28-10-09, 20:43)
- Prezes HCP bije na alarm: CBA utopi Ceglorza! (13-10-09, 21:26)
Marek Tyliński nie mógł trafić do pracy gdzie indziej. W latach 70. dzieci pracowników zakładów Cegielskiego nie miały specjalnego wyboru. - Jako chłopaka interesowała mnie przyroda, nie silniki. Lubiłem pracować z dziadkiem na działce, robiłem gabloty z motylami i zielnikami - opowiada. - Ale ojciec wolał, żebym miał konkretny fach w ręku i zaraz po szkole podstawowej zaprowadził mnie do przyzakładowego liceum mechanicznego. Na początku nauka szła mi opornie, moi rówieśnicy więcej się znali na pilnikach czy tokarkach. Ale się przekonałem.
W rodzinie, w której każdy miał z Cegielskim coś wspólnego, nie mogło być inaczej.
Dziadek porannym pociągiem
Pierwszy był dziadek Antoni Tyliński, rocznik 1913, i cztery lata od niego młodsza babcia Cecylia. Pochodzący spod Kościana Antoni złożył jesienią 1936 r. "egzamin czeladniczy w rzemiośle stolarskim" - dziś poświadcza go przedwojenne świadectwo z czerwoną pieczątką Izby Rzemieślniczej w Poznaniu. - Dziadek jeszcze przed wojną rozpoczął pracę w Cegielskim. Był stolarzem, pracował przy stolarce w wagonach. Codziennie dojeżdżał na szóstą rano pociągiem z Kościana, pokonując trasę 50 kilometrów. I tak jest w Ceglorzu do dziś: ludzie wstają zawsze na szóstą, choć niektórym wydaje się, że ludzie u nas leżą - śmieje się Marek Tyliński.
Wojna rzuciła dziadka Antoniego do Niemiec, został wywieziony na roboty przymusowe w okolice Berlina. Po wojnie wrócił do Cegielskiego. Cztery lata później dołączyła do niego żona Cecylia. - Babcia nie miała wykształcenia technicznego. Pracowała na W-4, czyli w fabryce obrabiarek, jako magazynierka - opowiada Marek Tyliński.
Antoni i Cecylia mieli trójkę dzieci: dwóch synów i córkę. Mieszkali na Dębcu, na Jaworowej. Damazy Tyliński, ojciec Marka, przyszedł na świat w marcu 1939 roku. Jego mama, Marianna z domu Witczak, urodziła się wprawdzie pod Łowiczem, ale wraz z koleżankami przyjechała w latach 50. do Poznania i podjęła naukę w przyzakładowej szkole Cegielskiego na Dębcu. Tam poznała Damazego Tylińskiego.
Ojciec wytaczał otwory
- W 1956 roku mama szła w pochodzie jako uczennica zakładów Cegielskiego. A ojciec - młodszy o dwa lata - odczuł to inaczej: kilka dni później grał z kolegami na Dębcu w piłkę i zwinęła ich milicja. Dostali nieźle w skórę, bo wtedy obowiązywał zakaz zgromadzeń - uśmiecha się Marek Tyliński.
Jego rodzice pobrali się i zamieszkali w hotelu robotniczym Cegielskiego na Łozowej, w skromnej kawalerce: pokoju z ubikacją i przedsionkiem kuchennym. - Łazienki w hotelu były wspólne - przypomina sobie Marek Tyliński, który urodził się w 1958 r. i dobrze pamięta gromadki robotniczych dzieci, biegających po jasnym holu budynku na Łozowej. Wkrótce na świat przyszli też brat i siostra - wtedy Tylińscy dostali większe mieszkanie. W 1966 r. przenieśli się - już w szóstkę - do M-4 na nowym osiedlu Cegielskiego. Oczywiście na Dębcu.
Ojciec Marka Tylińskiego pracował jako wytaczacz na W-9 - wytaczał otwory w silnikach agregatowych, czyli trudnił się obróbką kadłubów silników wspomagających główne silniki okrętowe. - To było niebezpieczne: wszystko się kręciło i zdarzało się, że komuś wkręciło rękaw z ręką. Ale ojciec miał szczęście - wspomina Marek Tyliński. Jego ojciec kształcił się dalej - zdobył tytuł technika i dostał pracę w biurze.
- Mama jako pracownica fizyczna pracowała na montażu i grawerce. Wtedy było pracy od groma. Silniki okrętowe szły przede wszystkim do Związku Radzieckiego. Choć pracowała i mama, i tata, starali się, jak mogli, w domu się nie przelewało. Biednie było, byliśmy na utrzymaniu babci i dziadka - opowiada Marek Tyliński.
Syn działa w ,,S"
Zaraz po maturze w 1977 r., Marek Tyliński również poszedł do pracy w Cegielskim. Jego brat trafił do pracy w odlewni, a on - do działu technologii na W-9 (dziś Fabryka Silników Agregatowych). - Pamiętam, że na halę produkcyjną zaprowadziła mnie mama - opowiada. Potem pracował w dziale kalkulacji i w obróbce mechanicznej. - Brałem udział w kilku projektach racjonalizatorskich, ale jako inspektor, nie autor - podkreśla. - A na wakacje jeździło się od ośrodków Cegielskiego w Pobierowie, pod Rogoźnem albo w Rabce.
W 1980 r., kiedy 90 proc. Cegielszczaków zapisało się do "Solidarności", związał się z pierwszym w obozie komunistycznym niezależnym związkiem zawodowym. W stanie wojennym nosił opornik w klapie na znak protestu, roznosił podziemne ulotki. Najwięcej przeniosła ich jego mama. - Kobiet na bramach tak dobrze nie sprawdzali - tłumaczy.
Kiedy jego ojciec przechodził na emeryturę w 2000 roku, Cegielski miał się jeszcze całkiem dobrze. - Choć stocznie już nam nie płaciły - opowiada. W tym czasie Marek Tyliński zasiadał już w międzyzakładowej komisji "S", a cztery lata temu został wybrany na wiceszefa związku w Cegielskim. - W zeszłym roku wywalczyliśmy najwyższą w ostatnich latach podwyżkę w Cegielskim o 500-700 zł - chwali się. - Wszystko załamało się w tym roku - markotnieje.
Zostaną rogale?
W zakładach Cegielskiego, w których w czasach PRL pracowało nawet 20 tys. ludzi, dziś - po zwolnieniach 500 osób - pozostało 2200 robotników. Przed zakładami rysuje się widmo upadłości, bo padły stocznie - główni odbiorcy silników okrętowych. - Trzeba intensywnie szukać produkcji zastępczej - mówi Tyliński. Przyznaje, że związki sprzeciwiały się prywatyzacji Cegielskiego "po kawałku", co znacznie pogorszyło obecną sytuację firmy. Ale narzeka, że dla Cegielskiego nigdzie nie ma przychylności: ani w rządzie, ani we władzach miasta: - Skończy się na tym, że będziemy wysyłać rogale świętomarcińskie na Zachód, a w Polsce nie będziemy już produkować silników okrętowych.
W rodzinie, w której każdy miał z Cegielskim coś wspólnego, nie mogło być inaczej.
Dziadek porannym pociągiem
Pierwszy był dziadek Antoni Tyliński, rocznik 1913, i cztery lata od niego młodsza babcia Cecylia. Pochodzący spod Kościana Antoni złożył jesienią 1936 r. "egzamin czeladniczy w rzemiośle stolarskim" - dziś poświadcza go przedwojenne świadectwo z czerwoną pieczątką Izby Rzemieślniczej w Poznaniu. - Dziadek jeszcze przed wojną rozpoczął pracę w Cegielskim. Był stolarzem, pracował przy stolarce w wagonach. Codziennie dojeżdżał na szóstą rano pociągiem z Kościana, pokonując trasę 50 kilometrów. I tak jest w Ceglorzu do dziś: ludzie wstają zawsze na szóstą, choć niektórym wydaje się, że ludzie u nas leżą - śmieje się Marek Tyliński.
Wojna rzuciła dziadka Antoniego do Niemiec, został wywieziony na roboty przymusowe w okolice Berlina. Po wojnie wrócił do Cegielskiego. Cztery lata później dołączyła do niego żona Cecylia. - Babcia nie miała wykształcenia technicznego. Pracowała na W-4, czyli w fabryce obrabiarek, jako magazynierka - opowiada Marek Tyliński.
Antoni i Cecylia mieli trójkę dzieci: dwóch synów i córkę. Mieszkali na Dębcu, na Jaworowej. Damazy Tyliński, ojciec Marka, przyszedł na świat w marcu 1939 roku. Jego mama, Marianna z domu Witczak, urodziła się wprawdzie pod Łowiczem, ale wraz z koleżankami przyjechała w latach 50. do Poznania i podjęła naukę w przyzakładowej szkole Cegielskiego na Dębcu. Tam poznała Damazego Tylińskiego.
Ojciec wytaczał otwory
- W 1956 roku mama szła w pochodzie jako uczennica zakładów Cegielskiego. A ojciec - młodszy o dwa lata - odczuł to inaczej: kilka dni później grał z kolegami na Dębcu w piłkę i zwinęła ich milicja. Dostali nieźle w skórę, bo wtedy obowiązywał zakaz zgromadzeń - uśmiecha się Marek Tyliński.
Jego rodzice pobrali się i zamieszkali w hotelu robotniczym Cegielskiego na Łozowej, w skromnej kawalerce: pokoju z ubikacją i przedsionkiem kuchennym. - Łazienki w hotelu były wspólne - przypomina sobie Marek Tyliński, który urodził się w 1958 r. i dobrze pamięta gromadki robotniczych dzieci, biegających po jasnym holu budynku na Łozowej. Wkrótce na świat przyszli też brat i siostra - wtedy Tylińscy dostali większe mieszkanie. W 1966 r. przenieśli się - już w szóstkę - do M-4 na nowym osiedlu Cegielskiego. Oczywiście na Dębcu.
Ojciec Marka Tylińskiego pracował jako wytaczacz na W-9 - wytaczał otwory w silnikach agregatowych, czyli trudnił się obróbką kadłubów silników wspomagających główne silniki okrętowe. - To było niebezpieczne: wszystko się kręciło i zdarzało się, że komuś wkręciło rękaw z ręką. Ale ojciec miał szczęście - wspomina Marek Tyliński. Jego ojciec kształcił się dalej - zdobył tytuł technika i dostał pracę w biurze.
- Mama jako pracownica fizyczna pracowała na montażu i grawerce. Wtedy było pracy od groma. Silniki okrętowe szły przede wszystkim do Związku Radzieckiego. Choć pracowała i mama, i tata, starali się, jak mogli, w domu się nie przelewało. Biednie było, byliśmy na utrzymaniu babci i dziadka - opowiada Marek Tyliński.
Syn działa w ,,S"
Zaraz po maturze w 1977 r., Marek Tyliński również poszedł do pracy w Cegielskim. Jego brat trafił do pracy w odlewni, a on - do działu technologii na W-9 (dziś Fabryka Silników Agregatowych). - Pamiętam, że na halę produkcyjną zaprowadziła mnie mama - opowiada. Potem pracował w dziale kalkulacji i w obróbce mechanicznej. - Brałem udział w kilku projektach racjonalizatorskich, ale jako inspektor, nie autor - podkreśla. - A na wakacje jeździło się od ośrodków Cegielskiego w Pobierowie, pod Rogoźnem albo w Rabce.
W 1980 r., kiedy 90 proc. Cegielszczaków zapisało się do "Solidarności", związał się z pierwszym w obozie komunistycznym niezależnym związkiem zawodowym. W stanie wojennym nosił opornik w klapie na znak protestu, roznosił podziemne ulotki. Najwięcej przeniosła ich jego mama. - Kobiet na bramach tak dobrze nie sprawdzali - tłumaczy.
Kiedy jego ojciec przechodził na emeryturę w 2000 roku, Cegielski miał się jeszcze całkiem dobrze. - Choć stocznie już nam nie płaciły - opowiada. W tym czasie Marek Tyliński zasiadał już w międzyzakładowej komisji "S", a cztery lata temu został wybrany na wiceszefa związku w Cegielskim. - W zeszłym roku wywalczyliśmy najwyższą w ostatnich latach podwyżkę w Cegielskim o 500-700 zł - chwali się. - Wszystko załamało się w tym roku - markotnieje.
Zostaną rogale?
W zakładach Cegielskiego, w których w czasach PRL pracowało nawet 20 tys. ludzi, dziś - po zwolnieniach 500 osób - pozostało 2200 robotników. Przed zakładami rysuje się widmo upadłości, bo padły stocznie - główni odbiorcy silników okrętowych. - Trzeba intensywnie szukać produkcji zastępczej - mówi Tyliński. Przyznaje, że związki sprzeciwiały się prywatyzacji Cegielskiego "po kawałku", co znacznie pogorszyło obecną sytuację firmy. Ale narzeka, że dla Cegielskiego nigdzie nie ma przychylności: ani w rządzie, ani we władzach miasta: - Skończy się na tym, że będziemy wysyłać rogale świętomarcińskie na Zachód, a w Polsce nie będziemy już produkować silników okrętowych.
- 5 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Dziadkowie, rodzice i synowie - wszyscy w HCP
ira.1
05.11.09, 10:18
Jednego nie rozumiem. Trójka dzieci, matka i ojciec pracowali a w dom na utrzymaniu dziadków? U mnie w domu była czwórka dzieci, pracował tylko ojciec a w domu jedzenia nie brakowało i »
-
Co to ma być? Wyciskacz łez?
hellbert
05.11.09, 11:18
Nie ma za miejść pracy poza HCP? Wiem ze jest syfiasto z pracą ale jeszcze nie jest ragicznie. Lepiej pracować za mniej niż doić państwowy cycek na zasiłkach.»
-
Co to ma być? - ...
starveling
05.11.09, 12:07
... - lansik syndykalisty spod znaku HCP???»
Najczęściej czytane24 htydzień


