Szkoły sukcesu: powód do dumy czy do wstydu?
29.10.2009
, aktualizacja: 29.10.2009 18:50
Szkoły, które mają miano sukcesu, to te, które zgodziły się na chory system uczenia pod testy. Może powinniśmy się wstydzić tego, że mamy tak dużo szkół sukcesu w Poznaniu - mówi pedagog, prof. Maria Dudzikowa.
ZOBACZ TAKŻE
- Wielkopolscy gimnazjaliści są najgorsi w kraju (20-08-09, 20:20)
Od kilku dni piszemy o poziomie gimnazjów w naszym regionie. Centralna Komisja Egzaminacyjna wyliczyła dla szkół tzw. EWD, czyli edukacyjną wartość dodaną, na podstawie której można ocenić efektywność nauczania.
Rozmowa z prof. Marią Dudzikową*
Agnieszka Drzewiecka: Szkół, które pracują ze zdolnymi uczniami, jest dużo, a tych, które pracują ze słabszymi, nie ma. O czym to świadczy? Czy nauczyciele nie lubią lub nie potrafią pracować ze słabymi uczniami?
Prof. Maria Dudzikowa: - Najpierw ocenię, jaką wartość ma edukacyjna wartość dodana. Ona nie mierzy wiedzy uczniowskiej, tylko porównuje wynik jednego testu z drugim! Gdybyśmy założyli, że egzaminy są świetne, wtedy moglibyśmy powiedzieć, że EWD mierzy wiedzę. Niestety system egzaminowania uczniów jest chory, pozbawia ucznia myślenia, każe mu wkuwać na blachę, zmusza do ściągania, korepetycji. Sam dyrektor CKE ogłosił, że system egzaminów jest "głupi, niedoświadczony, słaby". Także minister Hall twierdzi, że doprowadza on do patologii i chce go zmienić. Więc EWD mierzy coś, co jest wmurowane w chory system. To jest wciskanie kitu.
W Poznaniu połowa gimnazjów to szkoły sukcesu.
- Te, które osiągnęły miano szkoły sukcesu mają nauczycieli popierających ten chory system, uczenie pod testy. Natomiast te o niskich wynikach wiedzą, jaka jest ich misja. Pochylą się nad słabym uczniem, bo wiedzą, że on musi się rozwijać, musi umieć myśleć, czytać, analizować teksty literackie, a nie wkuwać na blachę testy. Może wcale nie powinniśmy cieszyć się, że mamy tak dużo szkół sukcesu.
Dlaczego szkołom zależy na dobrych wynikach, a nie na rozwijaniu ucznia?
- Przypomina mi się anegdota: pewna kobieta z dzikich rejonów Finlandii wyrusza do cywilizowanego świata w poszukiwaniu pracy jako gospodyni. Trafia do jednego domu i okazuje się, że nie umie obsługiwać pralki, zmywarki, żadnych kuchennych sprzętów. Zdenerwowana gospodyni pyta, co tak właściwie potrafi robić. A ona z dumą odpowiada: potrafię doić renifery. Niech nauczyciele sami sobie odpowiedzą na pytanie, po co to robią. Niech się zastanowią, po co jest szkoła. Czy po to, by nauczyć rozwiązywać testy, czy po to, by uczyć żyć w tym coraz bardziej skomplikowanym świecie. EWD powinno być pytaniem o kształt edukacji, a jest sterowane z góry.
Wraz z zespołem bada pani doświadczenia szkolne studentów, którzy jako pierwsi rozpoczynali podstawówkę już po reformie edukacji, czyli mają za sobą sześć lat w szkole podstawowej, potem gimnazjum i trzy lata liceum. Jak wypada gimnazjum?
- Fatalnie. Pytamy studentów o relacje między nauczycielem a uczniem, o kontakty koleżeńskie, o to, jak były prowadzone lekcje. O codzienność szkolną. Najczęściej, gdy opowiadają o gimnazjach, pada stwierdzenie: strata czasu. Zacytuję jedną wypowiedź: "Być uczniem, to znaczy walczyć o swoją niezależność i inteligencję, swobodę myślenia, którą szkoła niszczy. To ból brzucha przed lekcją, na której zostaniesz wyśmiany, poniżony. To strata czasu na bezpłodne ślęczenie w szkolnej ławce, gdy niczego się nie uczysz. To wykonywać swoje obowiązki, by zadowolić nauczycieli i rodziców". To przeciwstawia się sielankowym obrazkom malowanym przez kolejne resorty edukacji. Gimnazja to twór zły od samego początku.
Dlaczego?
- Gdy powstawały, nie było przygotowanych do tego nauczycieli, budynków, programu przystosowanego do problemów młodego człowieka w trudnym wieku. Dzieci były wyrwane z bezpiecznych szkół podstawowych, i to się wymknęło spod kontroli. Rozpoczęła się patologia, która oczywiście była do przewidzenia. Pojawiła się wiara, że umundurowanie uczniów i okablowanie monitoringiem szkoły wprowadzi ład, a nadanie nauczycielowi statusu funkcjonariusza wyposaży w autorytet. W szkołach wciąż drzwi do pokoju nauczycielskiego mają klamkę tylko z jednej strony. Uczeń, a także rodzic jak petent w urzędzie, musi stać na korytarzu. Samorządy uczniowskie są fikcją.
W swoich książkach twierdzi pani, że źle w szkolnictwie dzieje się od momentu wprowadzenia reformy.
- Tak, bo reforma, mimo szczytnych deklaracji, wyparła ze szkół wychowanie, a na jego miejsce weszła biurokracja. Ucznia bardziej wychowują korepetytorzy niż polonista, który nie ma czasu na to, by poprzez lektury szukać odpowiedzi na ważne dla młodego człowieka pytania. On "przerabia" tylko teksty z myślą o sprawdzianie kompetencyjnym, którego wyniki w "wyścigu szczurów" mają decydującą rolę. Rodziców nie interesuje, czego dziecko się nauczyło, tylko czy to będzie na testach. Wizytatorzy sprawdzają, czy szkoła stworzyła obowiązkową górę papierów, bo papier, a nie jego rozwój dla władz się liczy. A nauczyciel, który wie przecież, że uczeń musi się rozwijać, już dawno stracił poczucie bezpieczeństwa. Czy to są szkoły sukcesu?
* Prof. zw. dr hab. Maria Dudzikowa - w tym roku przeszła na emeryturę, 20 lat kierowała Zakładem Pedagogiki Szkolnej na wydziale studiów edukacyjnych UAM. Od kilkunastu lat jest wiceprzewodniczącą Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN i redaktorem naczelnym Rocznika Pedagogicznego. Jest autorką kilkunastu książek. Przez 10 lat przed podjęciem pracy na UAM uczyła języka polskiego w szkole.
Rozmowa z prof. Marią Dudzikową*
Agnieszka Drzewiecka: Szkół, które pracują ze zdolnymi uczniami, jest dużo, a tych, które pracują ze słabszymi, nie ma. O czym to świadczy? Czy nauczyciele nie lubią lub nie potrafią pracować ze słabymi uczniami?
Prof. Maria Dudzikowa: - Najpierw ocenię, jaką wartość ma edukacyjna wartość dodana. Ona nie mierzy wiedzy uczniowskiej, tylko porównuje wynik jednego testu z drugim! Gdybyśmy założyli, że egzaminy są świetne, wtedy moglibyśmy powiedzieć, że EWD mierzy wiedzę. Niestety system egzaminowania uczniów jest chory, pozbawia ucznia myślenia, każe mu wkuwać na blachę, zmusza do ściągania, korepetycji. Sam dyrektor CKE ogłosił, że system egzaminów jest "głupi, niedoświadczony, słaby". Także minister Hall twierdzi, że doprowadza on do patologii i chce go zmienić. Więc EWD mierzy coś, co jest wmurowane w chory system. To jest wciskanie kitu.
W Poznaniu połowa gimnazjów to szkoły sukcesu.
- Te, które osiągnęły miano szkoły sukcesu mają nauczycieli popierających ten chory system, uczenie pod testy. Natomiast te o niskich wynikach wiedzą, jaka jest ich misja. Pochylą się nad słabym uczniem, bo wiedzą, że on musi się rozwijać, musi umieć myśleć, czytać, analizować teksty literackie, a nie wkuwać na blachę testy. Może wcale nie powinniśmy cieszyć się, że mamy tak dużo szkół sukcesu.
Dlaczego szkołom zależy na dobrych wynikach, a nie na rozwijaniu ucznia?
- Przypomina mi się anegdota: pewna kobieta z dzikich rejonów Finlandii wyrusza do cywilizowanego świata w poszukiwaniu pracy jako gospodyni. Trafia do jednego domu i okazuje się, że nie umie obsługiwać pralki, zmywarki, żadnych kuchennych sprzętów. Zdenerwowana gospodyni pyta, co tak właściwie potrafi robić. A ona z dumą odpowiada: potrafię doić renifery. Niech nauczyciele sami sobie odpowiedzą na pytanie, po co to robią. Niech się zastanowią, po co jest szkoła. Czy po to, by nauczyć rozwiązywać testy, czy po to, by uczyć żyć w tym coraz bardziej skomplikowanym świecie. EWD powinno być pytaniem o kształt edukacji, a jest sterowane z góry.
Wraz z zespołem bada pani doświadczenia szkolne studentów, którzy jako pierwsi rozpoczynali podstawówkę już po reformie edukacji, czyli mają za sobą sześć lat w szkole podstawowej, potem gimnazjum i trzy lata liceum. Jak wypada gimnazjum?
- Fatalnie. Pytamy studentów o relacje między nauczycielem a uczniem, o kontakty koleżeńskie, o to, jak były prowadzone lekcje. O codzienność szkolną. Najczęściej, gdy opowiadają o gimnazjach, pada stwierdzenie: strata czasu. Zacytuję jedną wypowiedź: "Być uczniem, to znaczy walczyć o swoją niezależność i inteligencję, swobodę myślenia, którą szkoła niszczy. To ból brzucha przed lekcją, na której zostaniesz wyśmiany, poniżony. To strata czasu na bezpłodne ślęczenie w szkolnej ławce, gdy niczego się nie uczysz. To wykonywać swoje obowiązki, by zadowolić nauczycieli i rodziców". To przeciwstawia się sielankowym obrazkom malowanym przez kolejne resorty edukacji. Gimnazja to twór zły od samego początku.
Dlaczego?
- Gdy powstawały, nie było przygotowanych do tego nauczycieli, budynków, programu przystosowanego do problemów młodego człowieka w trudnym wieku. Dzieci były wyrwane z bezpiecznych szkół podstawowych, i to się wymknęło spod kontroli. Rozpoczęła się patologia, która oczywiście była do przewidzenia. Pojawiła się wiara, że umundurowanie uczniów i okablowanie monitoringiem szkoły wprowadzi ład, a nadanie nauczycielowi statusu funkcjonariusza wyposaży w autorytet. W szkołach wciąż drzwi do pokoju nauczycielskiego mają klamkę tylko z jednej strony. Uczeń, a także rodzic jak petent w urzędzie, musi stać na korytarzu. Samorządy uczniowskie są fikcją.
W swoich książkach twierdzi pani, że źle w szkolnictwie dzieje się od momentu wprowadzenia reformy.
- Tak, bo reforma, mimo szczytnych deklaracji, wyparła ze szkół wychowanie, a na jego miejsce weszła biurokracja. Ucznia bardziej wychowują korepetytorzy niż polonista, który nie ma czasu na to, by poprzez lektury szukać odpowiedzi na ważne dla młodego człowieka pytania. On "przerabia" tylko teksty z myślą o sprawdzianie kompetencyjnym, którego wyniki w "wyścigu szczurów" mają decydującą rolę. Rodziców nie interesuje, czego dziecko się nauczyło, tylko czy to będzie na testach. Wizytatorzy sprawdzają, czy szkoła stworzyła obowiązkową górę papierów, bo papier, a nie jego rozwój dla władz się liczy. A nauczyciel, który wie przecież, że uczeń musi się rozwijać, już dawno stracił poczucie bezpieczeństwa. Czy to są szkoły sukcesu?
* Prof. zw. dr hab. Maria Dudzikowa - w tym roku przeszła na emeryturę, 20 lat kierowała Zakładem Pedagogiki Szkolnej na wydziale studiów edukacyjnych UAM. Od kilkunastu lat jest wiceprzewodniczącą Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN i redaktorem naczelnym Rocznika Pedagogicznego. Jest autorką kilkunastu książek. Przez 10 lat przed podjęciem pracy na UAM uczyła języka polskiego w szkole.
- 4 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
17 głosów
-
Szkoły sukcesu: powód do dumy czy do wstydu?
oklahoman
30.10.09, 12:37
Skandaliczna wypowiedź! Czy jako nauczyciel mam się wstydzić, że pracuję w dobrej szkole i uczeni przeze mnie uczniowie wyrastają na mądrych ludzi? Niech się Pani zastanowi, co mówi! A »
Najczęściej czytane24 htydzień





