Powalczmy o lepszy festiwal Rock in Rio dla Poznania
15.10.2009
, aktualizacja: 15.10.2009 20:57
Ryszard Grobelny zapowiedział walkę o lepsze warunki organizacji festiwalu Rock in Rio. Na co powinien położyć nacisk? Oto nasze propozycje
ZOBACZ TAKŻE
- Radni zgodzili się na Rock in Rio (13-10-09, 18:04)
- Rio podzieliło radnych. Gra idzie o 30 mln zł (12-10-09, 22:22)
- Prześwietlamy Rock In Rio (09-10-09, 19:57)
Prezydent Ryszard Grobelny i jego zastępca Sławomir Hinc przekonywali we wtorek radnych, by zgodzili się na wydanie nawet 42 mln zł na festiwal Rock in Rio. Ich wypowiedzi były dużo bardziej stonowane niż wcześniejsze plany "podboju wszechświata" serwowane nam przez przedstawicieli magistratu. Okazało się, że wątpliwości, które wobec Rock in Rio formułowała "Gazeta", były uzasadnione.
Festiwal znaleziony w "Newsweeku"
Prezydent Grobelny przyznał, że promocja festiwalu będzie odbywać się głównie na terenie naszego kraju, o czym pisaliśmy, podając przykład madryckiej edycji Rock in Rio. Pytanie, skąd brały się wcześniejsze zapowiedzi Hinca, który utrzymywał, że impreza zapewni nam "ogólnoświatową promocję". Wydaje się, że przekonywanie do swojego pomysłu zaczynające się od wprowadzenia opinii publicznej w błąd i mamienia jej zapowiedzianymi z księżyca, nie przysparza splendoru.
Wiceprezydent Hinc przyznał również radnym, że o możliwości zorganizowania festiwalu w naszym kraju dowiedział się - tak jak pisaliśmy - z artykułu w "Newsweeku". Tutaj też rodzi się wątpliwość, czy poranna lektura prasy to wystarczający powód, by wywracać do góry nogami politykę kulturalną miasta. Chyba, że festiwal Rock in Rio ma być bardziej imprezą promocyjną niż kulturalną. W takim razie oczekujemy jasnej odpowiedzi: dlaczego Poznań chce promować się przez muzyczny festyn, a nie przez nowoczesne centrum kultury w budynkach Starej Gazowni?
Podczas dyskusji radni PO Mariusz Wiśniewski i Marek Sternalski wyliczali: nie wiadomo, kto wystąpi na festiwalu w Poznaniu, żadne miasto w Polsce nie wydaje kilkudziesięciu milionów na wielką niewiadomą, nikt nie zgadza się na kary finansowe w przypadku frekwencyjnej klapy. Bo jeśli na pierwszą edycję Rock in Rio w stolicy Wielkopolski nie sprzeda się 100 tys. biletów, to miasto zapłaci organizatorom odszkodowanie nawet do 10 mln zł. Wiśniewski i Sternalski argumentowali, że możemy w Poznaniu zorganizować inny duży festiwal muzyczny, albo kilka wielkich koncertów. Taniej, lepiej. Ale zwolenników Rock in Rio nie przekonali.
Większą siłą perswazji wykazał się prezydent Grobelny. Zapowiedział, że usiądzie z organizatorami festiwalu do negocjacji i postara się o jak najlepsze warunki. Wśród nich wymienił m.in. zorganizowanie w naszym mieście nie trzech, ale co najmniej czterech lub pięciu edycji imprezy. Ale powinniśmy wywalczyć jeszcze więcej.
Negocjujmy z pomysłem
Musimy wiedzieć, kto ma wystąpić na Rock in Rio - jeśli przed podpisaniem umowy niemożliwe jest poznanie dokładnej listy, powinniśmy przynajmniej zażądać podania szerokiego zestawu wykonawców, z którego będą rekrutować się poznańskie gwiazdy. Bez tego kupujemy kota w worku, bo za powtarzaną w kółko enigmatyczną frazą "topowe gwiazdy" może kryć się jeden z najbardziej popularnych zespołów, albo jeden z wielu chałturzących dinozaurów. Różnica jest spora, bo na Davida Bowie, R.E.M albo Beyoncé ściągną tłumy, na Joe Cockera, Iron Maiden czy Mariah Carey już raczej nie. Gdy prezydent już pozna nazwiska artystów, to dobrze by było, żeby skonsultował je z kimś, kto zna się na współczesnej muzyce popularnej (telefony do Piotra Metza, Piotra Kaczkowskiego i Hirka Wrony zapewnią odpowiednie spektrum poglądów i gustów), bo jak pokazała debata o Rock in Rio, wiedza radnych i jego zastępcy może okazać się niewystarczająca.
Prezydent powinien też powalczyć o karnety na festiwal. Bo dziś wszystko wskazuje na to, że ich nie będzie. W sprzedaży mają znaleźć się tylko jednodniowe wejściówki za 50 euro, a nikt rozsądny nie wyda tysiąca złotych na to, by przyjść na całą czterodniową imprezę. Za takie pieniądze spokojnie można wybrać się przecież na jeden z renomowanych europejskich festiwali, np. Roskilde czy Glastonbury. A oczekiwanie, że publiczność będzie się wymieniać i każdego dnia do Poznania zjedzie nowe 30-40 tys. osób, to czyste science fiction. Można też pomyśleć o układzie z organizatorami Rock in Rio: oni rezygnują z gwarancji biletowych, a my przeznaczamy 10 mln zł na dopłatę do biletów, by znacząco obniżyć ich cenę. Przy założeniu, że ma to być impreza rodzinna, takie podejście wydaje nam się bardziej sensowne i znacząco zwiększy frekwencję na festiwalu.
Podczas negocjacji warto skupić się też na planie promocyjnym. Reklama powinna wykroczyć poza granice Polski i trafić do mediów, których odbiorcami są pasjonaci muzyki, bo samymi polskimi familiami terenu festiwalowego nie zapełnimy. Bardzo pomysłowa musi być też budowa marki Rock in Rio, ponieważ jest ona w Polsce kompletnie nieznana - wystarczy spojrzeć, jak na wieść o poznańskiej edycji festiwalu zareagowali polscy internauci - otóż nie zareagowali właściwie wcale.
Pyry zamiast frytek
Ile będzie w stanie wywalczyć Ryszard Grobelny? Może być mu trudno, gdyż ściągamy do Poznania gotowy format, kulturalny fast food, który działa na takich samych zasadach niezależnie od szerokości geograficznej. Ciężko byłoby wynegocjować, by w poznańskim McDonaldzie zamiast frytek podawano pyry z gzikiem. Wierzymy jednak w umiejętności naszego prezydenta. Skoro udało mu się namówić radnych do wydania tak dużych pieniędzy, może z organizatorami festiwalu Rock in Rio pójdzie mu równie dobrze.
Festiwal znaleziony w "Newsweeku"
Prezydent Grobelny przyznał, że promocja festiwalu będzie odbywać się głównie na terenie naszego kraju, o czym pisaliśmy, podając przykład madryckiej edycji Rock in Rio. Pytanie, skąd brały się wcześniejsze zapowiedzi Hinca, który utrzymywał, że impreza zapewni nam "ogólnoświatową promocję". Wydaje się, że przekonywanie do swojego pomysłu zaczynające się od wprowadzenia opinii publicznej w błąd i mamienia jej zapowiedzianymi z księżyca, nie przysparza splendoru.
Wiceprezydent Hinc przyznał również radnym, że o możliwości zorganizowania festiwalu w naszym kraju dowiedział się - tak jak pisaliśmy - z artykułu w "Newsweeku". Tutaj też rodzi się wątpliwość, czy poranna lektura prasy to wystarczający powód, by wywracać do góry nogami politykę kulturalną miasta. Chyba, że festiwal Rock in Rio ma być bardziej imprezą promocyjną niż kulturalną. W takim razie oczekujemy jasnej odpowiedzi: dlaczego Poznań chce promować się przez muzyczny festyn, a nie przez nowoczesne centrum kultury w budynkach Starej Gazowni?
Podczas dyskusji radni PO Mariusz Wiśniewski i Marek Sternalski wyliczali: nie wiadomo, kto wystąpi na festiwalu w Poznaniu, żadne miasto w Polsce nie wydaje kilkudziesięciu milionów na wielką niewiadomą, nikt nie zgadza się na kary finansowe w przypadku frekwencyjnej klapy. Bo jeśli na pierwszą edycję Rock in Rio w stolicy Wielkopolski nie sprzeda się 100 tys. biletów, to miasto zapłaci organizatorom odszkodowanie nawet do 10 mln zł. Wiśniewski i Sternalski argumentowali, że możemy w Poznaniu zorganizować inny duży festiwal muzyczny, albo kilka wielkich koncertów. Taniej, lepiej. Ale zwolenników Rock in Rio nie przekonali.
Większą siłą perswazji wykazał się prezydent Grobelny. Zapowiedział, że usiądzie z organizatorami festiwalu do negocjacji i postara się o jak najlepsze warunki. Wśród nich wymienił m.in. zorganizowanie w naszym mieście nie trzech, ale co najmniej czterech lub pięciu edycji imprezy. Ale powinniśmy wywalczyć jeszcze więcej.
Negocjujmy z pomysłem
Musimy wiedzieć, kto ma wystąpić na Rock in Rio - jeśli przed podpisaniem umowy niemożliwe jest poznanie dokładnej listy, powinniśmy przynajmniej zażądać podania szerokiego zestawu wykonawców, z którego będą rekrutować się poznańskie gwiazdy. Bez tego kupujemy kota w worku, bo za powtarzaną w kółko enigmatyczną frazą "topowe gwiazdy" może kryć się jeden z najbardziej popularnych zespołów, albo jeden z wielu chałturzących dinozaurów. Różnica jest spora, bo na Davida Bowie, R.E.M albo Beyoncé ściągną tłumy, na Joe Cockera, Iron Maiden czy Mariah Carey już raczej nie. Gdy prezydent już pozna nazwiska artystów, to dobrze by było, żeby skonsultował je z kimś, kto zna się na współczesnej muzyce popularnej (telefony do Piotra Metza, Piotra Kaczkowskiego i Hirka Wrony zapewnią odpowiednie spektrum poglądów i gustów), bo jak pokazała debata o Rock in Rio, wiedza radnych i jego zastępcy może okazać się niewystarczająca.
Prezydent powinien też powalczyć o karnety na festiwal. Bo dziś wszystko wskazuje na to, że ich nie będzie. W sprzedaży mają znaleźć się tylko jednodniowe wejściówki za 50 euro, a nikt rozsądny nie wyda tysiąca złotych na to, by przyjść na całą czterodniową imprezę. Za takie pieniądze spokojnie można wybrać się przecież na jeden z renomowanych europejskich festiwali, np. Roskilde czy Glastonbury. A oczekiwanie, że publiczność będzie się wymieniać i każdego dnia do Poznania zjedzie nowe 30-40 tys. osób, to czyste science fiction. Można też pomyśleć o układzie z organizatorami Rock in Rio: oni rezygnują z gwarancji biletowych, a my przeznaczamy 10 mln zł na dopłatę do biletów, by znacząco obniżyć ich cenę. Przy założeniu, że ma to być impreza rodzinna, takie podejście wydaje nam się bardziej sensowne i znacząco zwiększy frekwencję na festiwalu.
Podczas negocjacji warto skupić się też na planie promocyjnym. Reklama powinna wykroczyć poza granice Polski i trafić do mediów, których odbiorcami są pasjonaci muzyki, bo samymi polskimi familiami terenu festiwalowego nie zapełnimy. Bardzo pomysłowa musi być też budowa marki Rock in Rio, ponieważ jest ona w Polsce kompletnie nieznana - wystarczy spojrzeć, jak na wieść o poznańskiej edycji festiwalu zareagowali polscy internauci - otóż nie zareagowali właściwie wcale.
Pyry zamiast frytek
Ile będzie w stanie wywalczyć Ryszard Grobelny? Może być mu trudno, gdyż ściągamy do Poznania gotowy format, kulturalny fast food, który działa na takich samych zasadach niezależnie od szerokości geograficznej. Ciężko byłoby wynegocjować, by w poznańskim McDonaldzie zamiast frytek podawano pyry z gzikiem. Wierzymy jednak w umiejętności naszego prezydenta. Skoro udało mu się namówić radnych do wydania tak dużych pieniędzy, może z organizatorami festiwalu Rock in Rio pójdzie mu równie dobrze.
- 17 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Muzyczne gwiazdy i tańsze bilety: Walczmy o lep...
weneryt
15.10.09, 21:37
Współczuję autorom artykułu. Konia z rzędem temu, kto sprawi, by byli wreszciez czegoś zadowoleni!Proszę zacytować mój komentarz w wydaniu papierowym. »
-
barany
brantdwa
15.10.09, 21:59
ja również proszę o zacytowanie mojego komentarza w waszej pożal się bożepolemice.Proszę dosłownie" brak mi słów na poziom dziennikarstwa Gazety Wyborczej. Różni bylidziennikarze w Gazecie, »
-
Powalczmy o lepszy festiwal Rock in Rio dla Poz...
msc04
16.10.09, 12:04
Z checia przeszdlbym sie na koncert np. Iron Maiden, ale za te kase jednak wolalbym renowacje Starej Gazowni, bo na dluzsza mete bardziej sie ona przyda miastu, niz kilka koncertow. Jak dla »
Najczęściej czytane24 htydzień





