Dyrektor ZKZL: bronię spokojnych lokatorów

- pisze Jarosław Pucek*
13.10.2009 , aktualizacja: 13.10.2009 19:50
A A A Drukuj
Chciałbym zaprosić Jarosława Urbańskiego do wybudowanych kilka lat temu bloków, które już są w opłakanym stanie, do klatek schodowych, w których są ochroniarze, bo ludzie boją się po nich chodzić.
ZOBACZ TAKŻE
Po lekturze tekstu Jarosława Urbańskiego, jaki ukazał się na łamach "Gazety" ("Zsyłka do kontenera", "Gazeta" z 2 października) wpadłem w podwójne zdumienie. Po pierwsze, że ktoś podejmuje niezwykle trudny temat, jakim jest polityka mieszkaniowa miasta wobec "trudnych najemców". To bardzo dobrze. Po drugie zaś, zdumienie moje wzbudziły kategoryczne tezy, w większości oparte na niczym niepopartych domniemaniach autora, które w co najmniej kilku punktach nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. To bardzo źle.

Na początek chciałbym przedstawić fakty, tak, aby ewentualna dalsza dyskusja mogła przebiegać w atmosferze dysputy na argumenty, a nie przypuszczenia. Fakt, iż Miasto Poznań zdecydowało się na zakup 25 kontenerów, nie ma nic wspólnego z deficytem mieszkań socjalnych. Od samego początku, co mogą choćby potwierdzić radni z Komisji Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Rady Miasta, projekt był prezentowany wyłącznie jako element o charakterze windykacyjnym. I nie chodzi nawet o tych, którzy czynszu nie płacą. Chodzi mianowicie tylko i wyłącznie o tych najemców, którzy są utrapieniem dla sąsiadów. I jakkolwiek byśmy nie zaklinali rzeczywistości, to nie można udawać, że problemu nie ma. O tym, że tak jest, nie pozwalają nam zapomnieć wszyscy ci, którzy boją się wyjść na klatkę schodową, na spacer z psem, czy z dzieckiem do piaskownicy. O ile taka jeszcze na podwórku jest.

Prawdą jest jak pisze autor, że w chwili obecnej liczba osób z wyrokami eksmisyjnymi, w których sąd przyznał prawo do lokalu socjalnego, przekroczyła poziom 1300. Autor nie wie natomiast, iż Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych opracował projekt budownictwa modułowego, które w swojej istocie ma stanowić merytoryczną odpowiedź na ten problem. Niewiedza ta jednak w żaden sposób nie usprawiedliwia snucia domysłów, w których władze miasta przedstawia się jako grono bezimiennych urzędników knujących spisek przeciwko uboższym mieszkańcom naszego miasta w interesie - posłużmy się eufemizmem - lepiej zarabiających.

O co chodzi z domami modułowymi?

Powróćmy na chwilę do pomysłu budownictwa modułowego. Nazwa robocza, którą nadaliśmy temu projektowi, może być nieco myląca. Zakłada ona, że przy odpowiednio dużej liczbie zamówień na jednolite konstrukcyjnie domy, można uzyskać niską cenę ich budowy. Nie w tym jednak upatrujemy sukcesu. Opierając się na nowoczesnych rozwiązaniach stosowanych w Europie, zjawiskach opisanych w opracowaniach naukowych zakładamy, iż zmniejszona powierzchnia mieszkaniowa lokali socjalnych winna być zrekompensowana powierzchnią zewnętrzną (np. ogródkami przydomowymi, placami zabaw), która ma służyć realizowaniu aktywności życiowej mieszkańców. Chcemy, by takich domów powstało jak najwięcej w różnych miejscach miasta. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna - chcemy uniknąć tworzenia enklaw wykluczenia, na co autor, i tutaj podzielam jego obawy, kilkakrotnie zwraca uwagę. Czy program się uda, uzależniamy od środków, jakie będziemy mieli do dyspozycji.

Cały tekst Jarosława Urbańskiego jest podszyty grzechem błędnego założenia, iż kontenery to tylko początek i przedsmak tego, co szykują urzędnicy. Kwestię ulegania społeczności lokalnych naszej demagogii skrzętnie ominę, bo nie są one warte uwagi. Są zwyczajnie nieprawdą.

Natomiast autor porusza inną istotną kwestię, z którą zderzamy się każdego dnia. Kiedykolwiek i gdziekolwiek poruszamy problem lokalizacji już niekoniecznie kontenerów, ale budownictwa socjalnego, spotykamy się bez wyjątku z protestami społeczności lokalnej. Gdzieś przecież lokale socjalne powstać muszą. Ale gdzie, skoro przy każdej projektowanej lokalizacji odzew jest zawsze taki sam - "wszędzie tylko nie u nas". I tutaj padają rozmaite argumenty. To właśnie w takiej postawie upatrywałbym zagrożenia. Jak pisze Jarosław Urbański, działanie władz miasta ma na celu "złamanie poczucia solidarności i współodpowiedzialności mieszkańców miasta za panujące w nim warunki socjalno-bytowe". Otóż w codziennej pracy obserwuję zjawisko dokładnie odwrotne. Martwi mnie to, że objawia się zadziwiający brak współodpowiedzialności mieszkańców za losy tych, których życie ciężko doświadczyło. Takie są fakty.

Zapraszam na dyżur

Chciałbym wrócić do głównego nurtu dyskusji. Po co kontenery, już wcześniej zasygnalizowałem, przy czym autor raczył powołać się, choć bez dokładnego cytatu, na moją wypowiedź dla "Gazety", twierdząc, iż nie mam wyrzutów moralnych, kierując ludzi do kontenerów. Szkoda jednak, że autor nie przytoczył dokładnego kontekstu mojej wypowiedzi. Otóż stwierdziłem, iż moim obowiązkiem jest bronić spokojnej większości przed mniejszością, która nie potrafi się dostosować. I zdania nie zmieniam. Pozwoliłem sobie na jasne postawienie sprawy - tak długo jak będę zajmował piastowane obecnie stanowisko, tak długo będę robił wszystko, aby uczciwi poznaniacy mogli czuć, że urzędnicy nie zostawią ich samym sobie. Że spróbują znaleźć sposób na tych, z którymi sami sobie nie mogą poradzić. To nie jest demagogia, jak chciałby autor, ale deklaracja. Bo zbyt często szwankuje pomoc społeczna, a policja poza pouczeniem też niewiele może zrobić. A kiedy dochodzi do tragedii, media najchętniej wskazują na znieczulicę i brak reakcji sąsiadów.

Szkoda, że nie pojawił się w artykule choćby zarys odpowiedzi na rozwiązanie problemu osób terroryzujących swoich współlokatorów. Przy tej okazji chciałbym publicznie zaprosić Jarosława Urbańskiego w kilka miejsc. Do mieszkań odzyskiwanych na skutek eksmisji, do wybudowanych kilka lat temu bloków, które już są w opłakanym stanie, do klatek schodowych, w których są ochroniarze, bo ludzie boją się po nich chodzić. Uprzedzam, trasa nie będzie krótka, a widok nie będzie przyjemny. A kto finansuje usuwanie efektów dewastacji? Ci, którzy czynsz płacą.

I jeszcze jedno zaproszenie - na poniedziałkowy dyżur, na którym przyjmuję najemców. Chciałbym usłyszeć choćby jedno słowo porady dla tych osób, które pomimo olbrzymiego zadłużenia mają odwagę przyjść i opowiadać, często ze łzami w oczach, o swoich problemach. Zbyt często rozkładam ręce, nie mogąc pomóc tym, którzy na tę pomoc szczególnie zasługują. Zbyt często muszę zajmować się tymi, którzy pomocy zwyczajnie nie chcą. Którzy niczego się nie boją, za nic mają cudzy spokój, czy własność społeczności samorządowej. Czytając tekst, do którego odnoszę się w mojej polemice, miałem wrażenie, że autor pisze o problemie, którego w istocie nie dotknął, nie powąchał, nie obejrzał. Może się mylę, ale zastanawiająca jest monochromatyczna optyka, jaką autor stosuje do opisu tego zjawiska.

Choć z pewnością radny Michał Grześ sam doskonale potrafiłby odpowiedzieć autorowi, a sam nie śmiałbym być jego adwokatem, to warto przytoczyć jeszcze raz Jego słowa: "W funkcjonowaniu kontenerów widzę też możliwość odizolowania osób, które terroryzują całą kamienicę". Mam wrażenie, że autor koncentruje się na słowie "odizolowanie". Natomiast osobiście najważniejsze jest dla mnie inne słowo - "terror".

Czy pomagać tym, którzy pomocy nie chcą?

Problem "trudnych najemców" jest niezwykle delikatny i społecznie drażliwy. Natomiast należy sobie zadać pytanie, gdzie jest granica pomocy ze strony instytucji samorządowej dla osób, które pomocy nie oczekują. Ponieważ w mediach pojawiały się wypowiedzi przedstawicieli organizacji pozarządowych wyrażających swoje krytyczne stanowisko wobec pomysłu kontenerów, zaprosiłem znane mi organizacje zajmujące się pracą z osobami zagrożonymi wykluczeniem na spotkanie. I zadałem jedno pytanie: czy są w stanie nam pomóc w pracy z "trudnymi najemcami" w ich obecnych miejscach zamieszkania. Niestety, odpowiedź była przecząca. Jednym z argumentów było to, że w większości są to osoby dotknięte problemem alkoholowym, którego leczenie "zdalne" jest w praktyce niemal niemożliwe. Innym argumentem było to, że trudno pomóc tym, którzy tej pomocy nie chcą. Ano właśnie. Osoby, które potencjalnie mają trafić do kontenerów, są mieszkańcami lokali socjalnych. To oznacza, że przynajmniej jedno mieszkanie już utracili. Trafili do "socjali". Niczego ich to nie nauczyło. Czy to znaczy, że mamy nadal obowiązek służyć im wszelką pomocą wbrew logice i samym zainteresowanym? Otóż może to być zaskakujące, ale uważam, że tak. Nie można zapominać, iż każda osoba, która trafi do kontenera, ma w każdym momencie szansę na powrót do "tradycyjnego" zasobu komunalnego. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak się właśnie stało. I tak się dzieje.

Problem, o który się spieramy, z pewnością istnieje. Na pewno intencje władz miasta są zupełnie inne niż próbuje to dowodzić Jarosław Urbański. Zastanawia mnie, w jaki sposób doszedł do swoich wniosków, bowiem nie znalazłem w jego artykule cienia faktu. Brakowało mi również odejścia od mocno kontrowersyjnych socjologicznych wywodów, a zejścia na ziemię. Spekulować można na każdy temat i każdą tezę próbować udowodnić. Natomiast zamiast zadawać pytanie "do których drzwi [mieszkańcy kontenerów - przyp. JP] zapukają?" warto zastanowić się nad czymś innym. Co zrobić, żeby przestali "pukać", a zaczęli żyć, stali się członkami społeczności, a nie osobami zagrożonymi wykluczeniem. To o wiele bardziej ambitne zadanie.

* Jarosław Pucek jest prezesem Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych

Podziel się

  • 18 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

  • Dyrektor ZKZL: bronię spokojnych lokatorów worldloppet 14.10.09, 11:56

    Wyrazy szacunku dla pana Jarosława Pucka. Pisze bardzo mądrze, a od rozwiązania problemów, którymi się zajmuje pan Pucek zależy dalszy rozwój Poznania i rewitalizacja Jeżyc, Łazarza oraz »

  • Jeszcze jedno. renepoznan 02.02.10, 16:23

    Zgodziłbym się z Panem Billertem gdyby jego wnioski dotyczyły stworzenia programu miasta zmierzającego do przywrócenia Centrum dla średnio i bardzo bogatych. Ale oznaczałoby to faktycznie »