Komentarz
09.10.2009
, aktualizacja: 09.10.2009 19:58
Festiwalowy kot w worku
ZOBACZ TAKŻE
- Prześwietlamy Rock In Rio (09-10-09, 19:57)
Podziwiamy prezydenta Sławomira Hinca. Za odwagę. Pomysł, by zaryzykować kilkadziesiąt milionów złotych na sprowadzenie festiwalu "Rock in Rio" jest niezwykle brawurowy. To idea tak ryzykowna, że rodzi się pytanie, czy prezydent wziął pod uwagę wszystkie czynniki, które mogą zdecydować o sukcesie lub klęsce festiwalu. Naszym zdaniem nie.
"Rock in Rio" to festiwal specyficzny. Nie da się go porównać do takich wielkich muzycznych imprez jak brytyjskie Glastonbury, duński Roskilde, czy rodzimy Open'er. Dlaczego? Z prostego powodu: to nie jest festiwal muzyczny! To impreza rozrywkowa, posługująca się formą festiwalu jako scenariuszem. To gigantyczny park rozrywki z muzyką w tle, widowiskowa atrakcja dla całej rodziny. Rodzaj opisanej dekadę temu przez Georga Ritzera świątyni konsumpcji dla osób, które współczesną muzyką się nie interesują. Za to lubią od czasu do czasu spędzić przy niej wolny czas. Sama w sobie taka impreza nie jest zła, choć nazywanie jej wydarzeniem artystycznym to nadużycie. Szkopuł w tym, czy znajdzie się wystarczająco wiele osób, gotowych zapłacić ponad 200 zł za jeden jej dzień i prawie 1000 zł, by uczestniczyć w całości. Według nas będzie o to bardzo ciężko.
Rynek muzyczny w Polsce właściwie nie istnieje, nie ma w naszym kraju powszechnego zwyczaju płacenia za płyty i koncerty. Dlatego odbywające się z sukcesem duże polskie festiwale bazują na ludziach, którzy fascynują się muzyką, znają się na niej i są gotowi dużo zapłacić, żeby zobaczyć uwielbianych wykonawców. To klucz do sukcesu Open'era nastawionego na świadomego słuchacza, interesującego się współczesnym popem i alternatywą. Są tylko dwie nadwiślańskie imprezy, które są sprofilowane dla wszystkich. To Przystanek Woodstock, gdzie muzyka jest pretekstem do spotkania młodych ludzi z całej Polski, bez względu na muzyczne gusta. To także umowny "Dzień Miasta", gdzie zespoły są zaledwie tłem przy spędzeniu miłych chwil na świeżym powietrzu. Szkopuł w tym, że te imprezy są darmowe. Statystyczny Polak za muzykę płacić nie chce. Więc hipoteza, że raptem trzyosobowa rodzina wysupła kilkaset złotych na "Rock in Rio" wydaje nam się mocno chybiona. Zaś argument, że skoro "Rock in Rio" udało się w Madrycie, to uda się też w Poznaniu, jest już zupełnie chybiony: różnica w poziomie zamożności i świadomości kulturalnej między oboma krajami jest ogromna.
Prezydent Hinc mówi o wielkiej międzynarodowej promocji Poznania przy okazji festiwalu. Nasi hiszpańscy rozmówcy gaszą te nadzieje: w przypadku Madrytu reklama była głównie krajowa. Potwierdza to wyszukiwarka Google. Na próżno szukamy w niej wzmianek o festiwalu w prestiżowych magazynach i telewizjach. A zweryfikować zamierzeń organizatorów nie sposób, bo nie ujawniają promocyjnego planu. Nie ma także choćby wstępnego zestawu artystów, którzy zagrają w Poznaniu.
We wtorek radni zdecydują, czy zgodzić się na inwestycje związane ze sprowadzeniem "Rock in Rio" do Poznania. Przed głosowaniem powinni się nad tym głęboko zastanowić. Bo dziś wygląda na to, że kupujemy kota w worku. Oby za dwa lata po otwarciu worka nie okazało się, że kociak jest martwy.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień


