Wyhodowała sobie raka piersi. Pod opieką lekarza
01.07.2011
, aktualizacja: 21.07.2009 21:34
Gdyby u Mirosławy szybko wykryto raka, być może nie straciłaby piersi. Jednak lekarka nie skierowała jej na badania. - To błąd - uznała prokuratura i... umorzyła sprawę. - Polscy pacjenci są bezbronni - uważa Adam Sandauer ze Stowarzyszenia Primum Non Nocere
ZOBACZ TAKŻE
- Polski model obrony praw pacjenta: zamiatanie pod dywan (18-03-10, 14:22)
- Nie zauważyli raka, leczyli paracetamolem. Pacjentka zmarła (17-03-10, 22:52)
- Mam żal do lekarki, która zlekceważyła symptomy mojej choroby - mówi Mirosława, emerytowana pielęgniarka z Poznania. Jeszcze większy żal ma do prokuratury, która umorzyła śledztwo w jej sprawie.
Historię choroby Mirosławy po raz pierwszy opisaliśmy w czerwcu 2007 r., kiedy złożyła do prokuratury doniesienie na lekarkę z przychodni onkologicznej przy szpitalu na ul. Polnej w Poznaniu. - Mimo zaleceń innych lekarzy nie kierowała mnie na badania - tłumaczy.
Guz urósł, pierś trzeba amputować
Kilka lat temu Mirosława dowiedziała się, że ma torbiele w piersiach. Wiedziała, że mogą przekształcić się w nowotwór, dlatego chodziła na wszystkie badania, na które wysyłali ją lekarze - m.in. mammografię i ultrasonografię piersi. Lekarz, który oglądał wyniki zalecił, by robiła mammografię nie rzadziej niż raz na półtora roku, a USG - co sześć miesięcy. - Ale od tamtego czasu doktor G., czyli prowadząca mnie lekarka, ani razu nie skierowała mnie na żadne z tych badań. Nawet wtedy, gdy mówiłam, że wymacałam sobie guza - opowiada Mirosława.
Gdy w końcu sama zdecydowała się na mammografię, guz miał już 3,5 cm średnicy. Konieczna była amputacja piersi i chemioterapia.
Prokuratura wytyka błędy i umarza śledztwo
Sprawą zajęła się Prokuratura Poznań-Grunwald. Śledczy uznali, że lekarka popełniła błędy. Po pierwsze nie badała pani Mirosławy podczas każdej wizyty. Po drugie - nie dała jej skierowań na mammografię czy USG. "Gdyby badania zostały przeprowadzone, szanse wcześniejszego wykrycia guza byłyby większe" - stwierdziła prokuratura. Potwierdziła też, że lekarka zapisała Mirosławie leki hormonalne bez niezbędnych badań, co mogło przyspieszyć rozwój jej choroby.
Prokuratura jednak umorzyła sprawę, powołując się na opinię biegłych. A ci stwierdzili, że nie można ocenić, na ile postępowanie lekarki przyczyniło się do rozwoju raka. Prokuratora podkreśla, że postępowanie pani doktor "nie zawiera znamion czynu zabronionego".
Adam Sandauer ze Stowarzyszenia Pacjentów "Primum Non Nocere" jest oburzony decyzją prokuratury: - Jeżeli lekarka rzeczywiście nie przeprowadzała badań, jest oczywiste, że narażała pacjentkę na niebezpieczeństwo pojawienia się i rozwoju choroby, a to też czyn zakazany przez kodeks karny. Gdyby przyjąć argumentację prokuratury, żadne przeoczenie choroby nie byłoby przestępstwem. Nigdy przecież nie uda się udowodnić, że wcześniejsze wykrycie choroby onkologicznej dałoby większe szanse wyleczenia pacjenta.
Sandauer nie jest też zaskoczony łaskawymi dla lekarki opiniami biegłych. - W Polsce biegli często występują w charakterze obrońców lekarzy. A ich opinie, prócz dokumentacji medycznej, to podstawowe dowody w sprawach o błędy lekarskie - tłumaczy. Jego zdaniem potrzebna jest głęboka nowelizacja prawa. - W tej chwili bowiem pacjenci są całkiem bezbronni - uważa Sandauer. - Szacuje się, że w Polsce co roku z powodu błędów lekarskich i wypadków medycznych cierpi od 20 do 30 tys. osób, a wyroków skazujących lekarzy i uznających pozwy zapada zaledwie kilka.
Lekarka: Nie czuję się winna
Prokurator Ewa Stróżniak, która umorzyła dochodzenie, nie chciała rozmawiać z "Gazetą". - Wszystko, co miałam do powiedzenia w tej sprawie, napisałam w postanowieniu - skwitowała.
Lekarka nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że zrobiła wszystko, co mogła.
Mirosława, nie zamierza się poddać. Napisała już do sądu zażalenie na postanowienie prokuratora. Poskarżyła się też ministrowi sprawiedliwości oraz rzecznikowi praw obywatelskich. Wciąż liczy na to, że lekarka stanie przed sądem.
Historię choroby Mirosławy po raz pierwszy opisaliśmy w czerwcu 2007 r., kiedy złożyła do prokuratury doniesienie na lekarkę z przychodni onkologicznej przy szpitalu na ul. Polnej w Poznaniu. - Mimo zaleceń innych lekarzy nie kierowała mnie na badania - tłumaczy.
Guz urósł, pierś trzeba amputować
Kilka lat temu Mirosława dowiedziała się, że ma torbiele w piersiach. Wiedziała, że mogą przekształcić się w nowotwór, dlatego chodziła na wszystkie badania, na które wysyłali ją lekarze - m.in. mammografię i ultrasonografię piersi. Lekarz, który oglądał wyniki zalecił, by robiła mammografię nie rzadziej niż raz na półtora roku, a USG - co sześć miesięcy. - Ale od tamtego czasu doktor G., czyli prowadząca mnie lekarka, ani razu nie skierowała mnie na żadne z tych badań. Nawet wtedy, gdy mówiłam, że wymacałam sobie guza - opowiada Mirosława.
Gdy w końcu sama zdecydowała się na mammografię, guz miał już 3,5 cm średnicy. Konieczna była amputacja piersi i chemioterapia.
Prokuratura wytyka błędy i umarza śledztwo
Sprawą zajęła się Prokuratura Poznań-Grunwald. Śledczy uznali, że lekarka popełniła błędy. Po pierwsze nie badała pani Mirosławy podczas każdej wizyty. Po drugie - nie dała jej skierowań na mammografię czy USG. "Gdyby badania zostały przeprowadzone, szanse wcześniejszego wykrycia guza byłyby większe" - stwierdziła prokuratura. Potwierdziła też, że lekarka zapisała Mirosławie leki hormonalne bez niezbędnych badań, co mogło przyspieszyć rozwój jej choroby.
Prokuratura jednak umorzyła sprawę, powołując się na opinię biegłych. A ci stwierdzili, że nie można ocenić, na ile postępowanie lekarki przyczyniło się do rozwoju raka. Prokuratora podkreśla, że postępowanie pani doktor "nie zawiera znamion czynu zabronionego".
Adam Sandauer ze Stowarzyszenia Pacjentów "Primum Non Nocere" jest oburzony decyzją prokuratury: - Jeżeli lekarka rzeczywiście nie przeprowadzała badań, jest oczywiste, że narażała pacjentkę na niebezpieczeństwo pojawienia się i rozwoju choroby, a to też czyn zakazany przez kodeks karny. Gdyby przyjąć argumentację prokuratury, żadne przeoczenie choroby nie byłoby przestępstwem. Nigdy przecież nie uda się udowodnić, że wcześniejsze wykrycie choroby onkologicznej dałoby większe szanse wyleczenia pacjenta.
Sandauer nie jest też zaskoczony łaskawymi dla lekarki opiniami biegłych. - W Polsce biegli często występują w charakterze obrońców lekarzy. A ich opinie, prócz dokumentacji medycznej, to podstawowe dowody w sprawach o błędy lekarskie - tłumaczy. Jego zdaniem potrzebna jest głęboka nowelizacja prawa. - W tej chwili bowiem pacjenci są całkiem bezbronni - uważa Sandauer. - Szacuje się, że w Polsce co roku z powodu błędów lekarskich i wypadków medycznych cierpi od 20 do 30 tys. osób, a wyroków skazujących lekarzy i uznających pozwy zapada zaledwie kilka.
Lekarka: Nie czuję się winna
Prokurator Ewa Stróżniak, która umorzyła dochodzenie, nie chciała rozmawiać z "Gazetą". - Wszystko, co miałam do powiedzenia w tej sprawie, napisałam w postanowieniu - skwitowała.
Lekarka nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że zrobiła wszystko, co mogła.
Mirosława, nie zamierza się poddać. Napisała już do sądu zażalenie na postanowienie prokuratora. Poskarżyła się też ministrowi sprawiedliwości oraz rzecznikowi praw obywatelskich. Wciąż liczy na to, że lekarka stanie przed sądem.
- 19 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Pacjenci są bez szans. Prawo chroni lekarzy
mars60
22.07.09, 08:44
Biegłymi w sprawach sądowych są lekarze. Swój swego zawsze będzie bronił - ot i wszystko na ten temat. Jeden człowiek nic tu nie zdziała.»
-
Pacjenci są bez szans. Prawo chroni lekarzy
marcinm1818
22.07.09, 10:56
Kto powinien zatem byc bieglym jak nie inny lekarz, najlepiej Adam Sandauer ;)Laikow prosze o nie komentowanie mojego pytaniaMarcin, lek.med.»
-
A kto ma być biegłym w takiej sprawie jeśli nie
everettdasherbreed
22.07.09, 17:21
lekarz?Księgowy? Kelner? Lakiernik samochodowy? Inżynier od konstrukcji stalowych?»
Najczęściej czytane24 htydzień




