W naszej redakcji popłynęły litry krwi

Ewa Mikulec
17.07.2009 , aktualizacja: 17.07.2009 18:52
A A A Drukuj
33 litry krwi dla chorej Milenki i innych dzieci cierpiących na nowotwory oddali wczoraj Czytelnicy w naszej redakcji

Fot. Piotr Skórnicki / AG


Historię Milenki po raz pierwszy opisaliśmy na łamach wtorkowej "Gazety". Dziewczynka pochodzi z Kraszewic, niedaleko Ostrzeszowa. Sześć miesięcy temu zdiagnozowano u niej złośliwy nowotwór. Pięciolatka miała już osiem chemioterapii, wszczepiono jej implant do nadnercza i przeprowadzono zabieg autoprzeszczepu szpiku kostnego. Wszystko to bardzo wyczerpało jej organizm. By dojść do zdrowia, potrzebuje wielu przetoczeń krwi. W jej imieniu poprosiliśmy poznaniaków o pomoc. Dlatego siedziba "Gazety", dzięki pomocy Klubu Honorowych Dawców Krwi "Honorowi", zamieniła się wczoraj w punkt zbiórki krwi.

Pokój, w którym zwykle odbywają się konferencje i narady, pełen był łóżek. Wokół nich kręciły się pielęgniarki z poznańskiego Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Doglądały swoich podopiecznych, oddających krew. Wśród nich: Anna Janas, pracowniczka Telekomunikacji Polskiej, Łukasz Rachubiński, na życie zarabiający w biurze podróży i Wojciech Walerowicz, na co dzień pracujący na wysokościach. Wszyscy zaciskali i otwierali pięści. To ułatwia pompowanie krwi.

Anna: - Krew oddaję regularnie od 2002 r. Mam potem lepsze samopoczucie. Wiem, że zrobiłam coś dla innego człowieka.

Łukasz, 23 lata: - Sam potrzebowałem kiedyś krwi. W pierwszej dobie życia. Urodziłem się jako wcześniak.

Wojciech, 54 lata: - Przyszedłem oddać krew pierwszy raz w życiu. Pomyślałem, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć. No i chciałem pomóc chorej dziewczynce.

Tomasz Janczewski, który też odwiedził wczoraj redakcję, mówił, że już od dawna zbierał się, by oddać krew. Brakowało mobilizacji. - Pomógł mi w tym artykuł "Gazety" o chorej dziewczynce. Sami z żoną byliśmy kiedyś w podobnej sytuacji, kiedy nasza 5-letnia wtedy córeczka trafiła do szpitala z podejrzeniem choroby nowotworowej. Skończyło się pomyślnie, ale zapamiętaliśmy na zawsze obraz chorujących dzieci - wspominał.

Mariusz Praska, dyrektor poznańskiego Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Poznaniu mówił z kolei: - Często podczas pracy widzę poszkodowanych w wypadkach ludzi. Mam 43 lata. Przyszedłem oddać krew pierwszy raz. Żałuję, że tak późno. Mam nadzieję, że moja mała cegiełka pomoże zbudować cały mur takiej społecznej solidarności. Uratuje życie.

Tymczasem Dobrochna Mruk-Tomczak już zdążyła oddać krew i teraz ustawiła się w kolejce po czekolady, które zregenerują jej siły. - Przyszłam, bo też mam małe dzieci. Gdyby im stała się krzywda, chciałabym, by inni ludzie im pomogli - mówi pani Dobrochna. Oprócz słodyczy i soków dostała też zaproszenie na bezpłatny zabieg oczyszczenia organizmu z toksyn - prezent od właścicielki salonu odnowy biologicznej "Janli" , która w ten sposób pragnęła podziękować wszystkim oddającym krew.

W drugim pokoju panie pielęgniarki pobierały próbki krwi. - Jeśli na krzesełku siada osoba oddająca krew po raz pierwszy, kłujemy w żyłę. Jeśli mamy do czynienia z dawcą wielokrotnym - kłujemy w paluszek - tłumaczyła Elżbieta Trzmiel, pielęgniarka z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Poznaniu. - Potem wysyłamy krew do pracowni serologicznej, gdzie zostanie oznaczona jej grupa - dodaje.

W trzecim pokoju lekarz medycyny Ryszard Fellmann rozmawiał z każdym dawcą o przebytych chorobach zakaźnych i mierzył im ciśnienie. - Niedobrze jeśli jest bardzo niskie. Wtedy jest możliwe, że taka osoba zemdleje w trakcie oddawania krwi - mówi.

Krew dla Milenki, swojej miejscowości oddało także siedmiu pracowników wydziału ruchu drogowego Komendy Powiatowej Policji w Ostrzeszowie.

To już trzecia taka zbiórka krwi, jaką zorganizowaliśmy w naszej redakcji. Obiecujemy, że nie ostatnia.

















Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos