Skazany strażnik miejski pilnuje Urzędu Miasta

Piotr Żytnicki
11.03.2009 , aktualizacja: 11.03.2009 20:43
A A A Drukuj
Zwolnieni dyscyplinarnie strażnicy miejscy tłumaczą w sądzie, że ich kolega też brał łapówki, został za to skazany i... dalej pracuje. Nie musi nawet biegać po ulicach. Chroni urzędników.

Fot. Andrzej Monczak / AG
Pół roku temu szef straży miejskiej Alojzy Łowicki wyrzucił z pracy sześciu funkcjonariuszy podejrzanych o korupcję. Choć w ich sprawie nie zapadł wyrok, to Łowicki uzasadniał, że stracił do nich zaufanie.

Wczoraj ujawniliśmy, że strażnicy poskarżyli się na dyscyplinarne zwolnienie w sądzie pracy. Tłumaczą, że nie zostali jeszcze prawomocnie skazani. I żądają odszkodowania.

Prawnik straży miejskiej odpowiedział zwolnionym, że ich przestępstwo było tak oczywiste, że wyrok skazujący nie jest wymagany. Więc strażnicy napisali do sądu: skoro tak, to co w poznańskiej straży robi jeszcze Paweł Ż., strażnik z wyrokiem za korupcję?

Sprawdziliśmy.

W listopadzie ub.r. poznański sąd skazał Pawła Ż. na dziesięć miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz grzywnę. I dołożył dwa lata zakazu pracy w zawodzie strażnika. Powód? Sąd uznał, że "oskarżony nie ma do tego moralnych predyspozycji".

A było tak. Ponad rok temu Paweł Ż. razem z strażnikiem Krzysztofem Z., za 50 zł łapówki przymknął oko na kierowcę malucha, który jechał pod prąd. Ale jeszcze w tym samym dniu obaj strażnicy złapali kobietę jadącą bez włączonych świateł. Chcieli jej dać 500 zł mandatu, ale kobieta poprosiła o upomnienie.

Na to Paweł Ż. zapytał: - A co my z tego będziemy mieli?

Kobieta przeszła na drugą stronę ulicy, wypłaciła z bankomatu 50 zł i pieniądze włożyła między dokumenty, które trzymał drugi ze strażników, Krzysztof Z. I mandatu nie było.

Strażnicy wpadli, bo tego dnia ich służbę śledzili - rutynowo - ich koledzy z referatu kontroli. Jeździli za nimi od rana i robili zdjęcia. Strażników obciążyli także kierowcy, którzy wręczali łapówki.

Krzysztof Z. najpierw przyznał się do winy. Opowiedział nawet, co zrobił z łapówką: gdy w referacie pojawili się policjanci, poszedł do toalety i spuścił 50 zł w muszli. W sądzie odwołał jednak swoje zeznania. Natomiast Paweł Ż. od początku twierdził, że jest niewinny.

Sąd nie miał jednak wątpliwości, że strażnicy łapówki wzięli. I skazał obu. Wyrok nie jest prawomocny, bo strażnicy się odwołali.

A co działo się ze strażnikami po zatrzymaniu przez policję? Wyszli na wolność po wpłaceniu kaucji i... wrócili do pracy. Krzysztof Z. leczył się psychiatrycznie. Od momentu zatrzymania był na zwolnieniu. Odszedł ze straży dopiero miesiąc temu.

A Paweł Ż.? Nadal pracuje! I to na stanowisku, które nie wymaga już biegania po ulicach, bo chroni budynek Urzędu Miasta przy pl. Kolegiackim. I choć nosi mundur, komendant twierdzi, że nie korzysta z uprawnień, jakie daje strażnikom miejskim prawo.

Komendant Alojzy Łowicki tak to tłumaczy: - Wyrok jest nieprawomocny. Nie mogę zapominać o domniemaniu niewinności.

Skoro tak, to dlaczego Łowicki podobnie nie rozumował w przypadku sześciu zwolnionych pół roku temu strażników? - Bo oni się przyznali do winy, a Paweł Ż. wszystkiemu zaprzecza - mówi Łowicki, mimo że dowody na Ż. zbierali jego pracownicy, którzy mają patrzeć na ręce kolegom.

Zapytaliśmy, czy komendant ma do skazanego strażnika zaufanie. Jego rzecznik przekazał tylko, że odpowiedź otrzymamy dzisiaj.

Podziel się

  • 7 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów