Jak zatrzymać ludzi w Poznaniu?
02.02.2009
, aktualizacja: 02.02.2009 11:40
Poznań traci mieszkańców na rzecz sąsiednich gmin nie dlatego, że oferują one tańszy grunt, lecz przez niewykorzystanie własnych atutów. Suchy Las, Przeźmierowo czy Dąbrówka nie mają i nie będą miały historycznego śródmieścia, jak Poznań. Dlatego o Śródmieście trzeba dbać - pisze Adam Radzimski*
ZOBACZ TAKŻE
- Burzą Adrię, zbudują biurowiec (03-02-09, 17:58)
Strata mieszkańców na rzecz ościennych gmin oznacza dla władz lokalnych mniejsze wpływy z podatków. Liczą więc na to, że osoby wyprowadzające się ze śródmieścia pozostaną w granicach administracyjnych miasta. Skoro miasto czerpie z faktu naszego zamieszkania określone korzyści, powinno zachęcać mieszkańców, by w nim zostali. Takich zachęt jednak jak do tej pory nie widać.
Poznański rynek mieszkaniowy przebudził się z długiego snu. Po wieloletnim zastoju powstają nowe mieszkania, ceny nie rosną już tak gwałtownie jak przed rokiem. Opracowano plan rewitalizacji śródmieścia, ruszyła renowacja kamienic i zagospodarowanie terenów zdegradowanych, np. w rejonie ulicy Szyperskiej oraz Wojskowej. Czy dzięki tym pozytywnym zmianom Poznań zdoła powstrzymać odpływ ludności do sąsiednich gmin? Miasto nie jest w stanie wygrać konkurencji z przedmieściami ceną, powinno zatem kreować pewną wartość dodaną, na którą składa się m.in. ład przestrzenny, dobra infrastruktura czy zadbane śródmieście. Sąsiednie gminy takich wartości nie oferują. Niestety, Poznań jak dotychczas wykorzystuje swój potencjał w zbyt małym stopniu.
Rozwój bezplanowy?
Gospodarka centralnie planowana skończyła się w Polsce dwadzieścia lat temu. Nie oznacza to jednak, że wszelkie planowanie stało się zbędne. Według danych Miejskiej Pracowni Urbanistycznej, zaledwie jedną piątą powierzchni Poznania pokrywają miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego (stan na koniec 2008 r.). Co gorsza, luki występują w dynamicznie rozwijających się dzielnicach, takich jak Strzeszyn, Szczepankowo, Morasko czy Smochowice. Presja inwestycyjna w sytuacji braku planów zagospodarowania grozi chaosem, nieracjonalnym zagospodarowaniem niezgodnym z zasadami zrównoważonego rozwoju. Jeżeli bowiem dany teren nie jest objęty planem, a spełnia pewne - dość liberalne - kryteria, inwestor może uzyskać decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.
Decyzja pozwala ubiegać się o pozwolenie na budowę, ale nie zastępuje planu. Plan obejmuje z reguły większy obszar, ma charakter całościowy. Decyzja odnosi się najczęściej do jednej działki, ma zatem charakter wycinkowy. Plan uchwala rada gminy po konsultacjach społecznych, natomiast decyzja zależy od uznania urzędnika. Jest zatem wielce niepokojące, że liczba decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu na cele mieszkaniowe wzrosła w Poznaniu w latach 2004-07 niemal dwukrotnie. Z jednej strony świadczy to o dużej presji inwestycyjnej, z drugiej natomiast o braku planów zagospodarowania. Można by przypuszczać, że dla przeciętnego człowieka to wszystko jedno, czy jego dom wybudowano na podstawie planu czy decyzji. Ale uwaga - jeśli w danej okolicy nie ma planu, nie znaczy to wcale, że nigdy nie będzie. Może się okazać, że pod naszymi oknami zostanie zaplanowana trasa szybkiego ruchu, a wraz z nią wszelkie marzenia o sielskim azylu z dala od śródmiejskiego zgiełku prysną jak bańka mydlana.
W ostatnim czasie przekonali się o tym boleśnie mieszkańcy części Naramowic, którzy nie zdawali sobie sprawy, że w sąsiedztwie ich osiedla zarezerwowano teren pod budowę ulicy Nowej Naramowickiej. Plan zagospodarowania obejmujący przyszłą arterię i sąsiednie tereny wszedł w życie w 2007 r., gdy osiedla stały już dobre kilka lat. Alarm podniósł się dopiero, gdy zapowiedziano przystąpienie do budowy drogi.
Po pierwsze infrastruktura, głupcze!
Zanim zbudujesz osiedle, najpierw zaplanuj dojazd do niego - to jedna z podstawowych zasad wpajanych studentom gospodarki przestrzennej. Niestety, praktyka często przeczy teorii. Według danych GUS liczba mieszkań w peryferyjnych dzielnicach Poznania wzrosła w ostatniej dekadzie o jedną trzecią. W nowych dzielnicach miasta nie zbudowano natomiast ani kilometra linii tramwajowej. Ktoś powie, że mieszkańcy Umultowa, Smochowic czy Szczepankowa nie potrzebują tramwaju, bo tam każdy ma swój domek z garażem. Czemu jednak nie ma połączenia szynowego do Strzeszyna czy Naramowic, gdzie dominuje zabudowa wielorodzinna? Osiedla rosną jak grzyby po deszczu, deweloperzy gwarantują pewną pulę miejsc parkingowych, ale o rosnących z każdym rokiem korkach nie wspominają.
Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Poznania (dokument, który po wielu kontrowersjach uchwalono wiosną ubiegłego roku) przewiduje budowę linii tramwajowej biegnącej w rejon ul. Rubież. Studium to jednak jeszcze nie plan, a tym bardziej konkretny projekt budowlany. Póki co, planowana jest ulica Nowa Naramowicka - bez tramwaju, którego budowa przesuwa się na bliżej nieokreślony horyzont czasowy. Ponieważ mieszkańcy Naramowic oraz Strzeszyna domagali się poprawy dojazdu do centrum, otrzymali z początkiem roku nowe połączenie autobusowe do trasy PST. Nie jest ono jednak rozwiązaniem problemu.
Za(nie)dbane śródmieście
Śródmieście to oblicze miasta, jego znak rozpoznawczy. Zadbane dzielnice śródmiejskie przyciągają jak magnes nowych mieszkańców, z reguły dysponujących zasobnym portfelem, co fachowo określa się mianem gentryfikacji. Niestety, śródmieście Poznania nie jest obecnie jego najlepszą wizytówką. Nie dziwi więc, że wiele osób wyprowadza się, a nieliczni entuzjaści wolą zamieszkać w plombie lub na strzeżonym osiedlu niż w starej kamienicy. Katastrofalny stan śródmieścia wynika z niedofinansowania rewitalizacji w Polsce. Oczywiście, nie sposób porównywać się do Niemiec, które corocznie przeznaczają na ten cel pół miliarda euro (nie licząc wydatków krajów związkowych i gmin). Jednak nawet mając do dyspozycji środki europejskie, nie potrafimy ich dobrze wykorzystać. Na rewitalizację przeznaczono bowiem mniej niż 5 proc. środków w ramach Wielkopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego. Dla porównania, czterokrotnie większe fundusze przeznacza się na budowę dróg. Czy rzeczywiście przyszłość miast ma dla nas tak małe znaczenie?
Kolejny problem to nieodpowiednia organizacja. Przykładowo, w strukturze Urzędu Miasta Poznania oddział rewitalizacji jest oderwany od jednostek zajmujących się planowaniem przestrzennym czy też mieszkalnictwem. W Niemczech natomiast wszystkie jednostki związane z przestrzenią tworzą z reguły jeden pion administracyjny, w którym oddział rewitalizacji spełnia funkcję wiodącą i koordynującą. Takie rozwiązanie poprawia współpracę i wykorzystanie funduszy.
Zamiast podsumowania
Poznań traci mieszkańców na rzecz sąsiednich gmin nie dlatego, że oferują one tańszy grunt, lecz przez niewykorzystanie własnych atutów. Suchy Las, Przeźmierowo czy Dąbrówka, niezależnie od tego jak bardzo "miejskie" chciałyby się stać, nie mają i nie będą miały historycznego śródmieścia takiego jak Poznań. Ponadto, nawet jeżeli ktoś nie chce mieszkać w śródmieściu, to zapewne wolałby zapłacić nieco więcej za mieszkanie na osiedlu z połączeniem tramwajowym, a jednocześnie zaoszczędzić na dojazdach samochodem. Póki co jednak, mieszkańcy nowych dzielnic Poznania muszą stać w tych samych korkach co mieszkańcy gmin sąsiednich. Wreszcie, mieszkając na przedmieściach nie mamy żadnej gwarancji, że w sąsiedztwie naszego osiedla nie powstanie po kilku latach osiedle dwukrotnie większe, względnie trasa szybkiego ruchu. Niestety, dotychczasowa praktyka gospodarki przestrzennej w Poznaniu takiej gwarancji również nie daje.
Piszcie do nas!
Czekamy na Wasze opinie w sprawach dotyczących Poznania: czytelnicy@poznan.agora.pl
Poznański rynek mieszkaniowy przebudził się z długiego snu. Po wieloletnim zastoju powstają nowe mieszkania, ceny nie rosną już tak gwałtownie jak przed rokiem. Opracowano plan rewitalizacji śródmieścia, ruszyła renowacja kamienic i zagospodarowanie terenów zdegradowanych, np. w rejonie ulicy Szyperskiej oraz Wojskowej. Czy dzięki tym pozytywnym zmianom Poznań zdoła powstrzymać odpływ ludności do sąsiednich gmin? Miasto nie jest w stanie wygrać konkurencji z przedmieściami ceną, powinno zatem kreować pewną wartość dodaną, na którą składa się m.in. ład przestrzenny, dobra infrastruktura czy zadbane śródmieście. Sąsiednie gminy takich wartości nie oferują. Niestety, Poznań jak dotychczas wykorzystuje swój potencjał w zbyt małym stopniu.
Rozwój bezplanowy?
Gospodarka centralnie planowana skończyła się w Polsce dwadzieścia lat temu. Nie oznacza to jednak, że wszelkie planowanie stało się zbędne. Według danych Miejskiej Pracowni Urbanistycznej, zaledwie jedną piątą powierzchni Poznania pokrywają miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego (stan na koniec 2008 r.). Co gorsza, luki występują w dynamicznie rozwijających się dzielnicach, takich jak Strzeszyn, Szczepankowo, Morasko czy Smochowice. Presja inwestycyjna w sytuacji braku planów zagospodarowania grozi chaosem, nieracjonalnym zagospodarowaniem niezgodnym z zasadami zrównoważonego rozwoju. Jeżeli bowiem dany teren nie jest objęty planem, a spełnia pewne - dość liberalne - kryteria, inwestor może uzyskać decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.
Decyzja pozwala ubiegać się o pozwolenie na budowę, ale nie zastępuje planu. Plan obejmuje z reguły większy obszar, ma charakter całościowy. Decyzja odnosi się najczęściej do jednej działki, ma zatem charakter wycinkowy. Plan uchwala rada gminy po konsultacjach społecznych, natomiast decyzja zależy od uznania urzędnika. Jest zatem wielce niepokojące, że liczba decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu na cele mieszkaniowe wzrosła w Poznaniu w latach 2004-07 niemal dwukrotnie. Z jednej strony świadczy to o dużej presji inwestycyjnej, z drugiej natomiast o braku planów zagospodarowania. Można by przypuszczać, że dla przeciętnego człowieka to wszystko jedno, czy jego dom wybudowano na podstawie planu czy decyzji. Ale uwaga - jeśli w danej okolicy nie ma planu, nie znaczy to wcale, że nigdy nie będzie. Może się okazać, że pod naszymi oknami zostanie zaplanowana trasa szybkiego ruchu, a wraz z nią wszelkie marzenia o sielskim azylu z dala od śródmiejskiego zgiełku prysną jak bańka mydlana.
W ostatnim czasie przekonali się o tym boleśnie mieszkańcy części Naramowic, którzy nie zdawali sobie sprawy, że w sąsiedztwie ich osiedla zarezerwowano teren pod budowę ulicy Nowej Naramowickiej. Plan zagospodarowania obejmujący przyszłą arterię i sąsiednie tereny wszedł w życie w 2007 r., gdy osiedla stały już dobre kilka lat. Alarm podniósł się dopiero, gdy zapowiedziano przystąpienie do budowy drogi.
Po pierwsze infrastruktura, głupcze!
Zanim zbudujesz osiedle, najpierw zaplanuj dojazd do niego - to jedna z podstawowych zasad wpajanych studentom gospodarki przestrzennej. Niestety, praktyka często przeczy teorii. Według danych GUS liczba mieszkań w peryferyjnych dzielnicach Poznania wzrosła w ostatniej dekadzie o jedną trzecią. W nowych dzielnicach miasta nie zbudowano natomiast ani kilometra linii tramwajowej. Ktoś powie, że mieszkańcy Umultowa, Smochowic czy Szczepankowa nie potrzebują tramwaju, bo tam każdy ma swój domek z garażem. Czemu jednak nie ma połączenia szynowego do Strzeszyna czy Naramowic, gdzie dominuje zabudowa wielorodzinna? Osiedla rosną jak grzyby po deszczu, deweloperzy gwarantują pewną pulę miejsc parkingowych, ale o rosnących z każdym rokiem korkach nie wspominają.
Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Poznania (dokument, który po wielu kontrowersjach uchwalono wiosną ubiegłego roku) przewiduje budowę linii tramwajowej biegnącej w rejon ul. Rubież. Studium to jednak jeszcze nie plan, a tym bardziej konkretny projekt budowlany. Póki co, planowana jest ulica Nowa Naramowicka - bez tramwaju, którego budowa przesuwa się na bliżej nieokreślony horyzont czasowy. Ponieważ mieszkańcy Naramowic oraz Strzeszyna domagali się poprawy dojazdu do centrum, otrzymali z początkiem roku nowe połączenie autobusowe do trasy PST. Nie jest ono jednak rozwiązaniem problemu.
Za(nie)dbane śródmieście
Śródmieście to oblicze miasta, jego znak rozpoznawczy. Zadbane dzielnice śródmiejskie przyciągają jak magnes nowych mieszkańców, z reguły dysponujących zasobnym portfelem, co fachowo określa się mianem gentryfikacji. Niestety, śródmieście Poznania nie jest obecnie jego najlepszą wizytówką. Nie dziwi więc, że wiele osób wyprowadza się, a nieliczni entuzjaści wolą zamieszkać w plombie lub na strzeżonym osiedlu niż w starej kamienicy. Katastrofalny stan śródmieścia wynika z niedofinansowania rewitalizacji w Polsce. Oczywiście, nie sposób porównywać się do Niemiec, które corocznie przeznaczają na ten cel pół miliarda euro (nie licząc wydatków krajów związkowych i gmin). Jednak nawet mając do dyspozycji środki europejskie, nie potrafimy ich dobrze wykorzystać. Na rewitalizację przeznaczono bowiem mniej niż 5 proc. środków w ramach Wielkopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego. Dla porównania, czterokrotnie większe fundusze przeznacza się na budowę dróg. Czy rzeczywiście przyszłość miast ma dla nas tak małe znaczenie?
Kolejny problem to nieodpowiednia organizacja. Przykładowo, w strukturze Urzędu Miasta Poznania oddział rewitalizacji jest oderwany od jednostek zajmujących się planowaniem przestrzennym czy też mieszkalnictwem. W Niemczech natomiast wszystkie jednostki związane z przestrzenią tworzą z reguły jeden pion administracyjny, w którym oddział rewitalizacji spełnia funkcję wiodącą i koordynującą. Takie rozwiązanie poprawia współpracę i wykorzystanie funduszy.
Zamiast podsumowania
Poznań traci mieszkańców na rzecz sąsiednich gmin nie dlatego, że oferują one tańszy grunt, lecz przez niewykorzystanie własnych atutów. Suchy Las, Przeźmierowo czy Dąbrówka, niezależnie od tego jak bardzo "miejskie" chciałyby się stać, nie mają i nie będą miały historycznego śródmieścia takiego jak Poznań. Ponadto, nawet jeżeli ktoś nie chce mieszkać w śródmieściu, to zapewne wolałby zapłacić nieco więcej za mieszkanie na osiedlu z połączeniem tramwajowym, a jednocześnie zaoszczędzić na dojazdach samochodem. Póki co jednak, mieszkańcy nowych dzielnic Poznania muszą stać w tych samych korkach co mieszkańcy gmin sąsiednich. Wreszcie, mieszkając na przedmieściach nie mamy żadnej gwarancji, że w sąsiedztwie naszego osiedla nie powstanie po kilku latach osiedle dwukrotnie większe, względnie trasa szybkiego ruchu. Niestety, dotychczasowa praktyka gospodarki przestrzennej w Poznaniu takiej gwarancji również nie daje.
Piszcie do nas!
Czekamy na Wasze opinie w sprawach dotyczących Poznania: czytelnicy@poznan.agora.pl
- 21 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Jak zatrzymać ludzi w Poznaniu?
p3nisista
02.02.09, 13:29
Miasto nie rozwija śródmieścia...J jak prywatny inwestor chce wyrzucić pijaków i złodziei z JEGO kamienicy iprzerobić ją z meliny na luksusowe apartamenty to GWno podnosi raban»
-
O co ten raban?
lucyferciu
02.02.09, 19:49
I tak wszystko odbywa się w ramach aglomeracji. Bilans mieszkańców wychodzi na zero. Panie doktorancie proponuję myśleć szerzej. Za chwilę będzie wspólna komunikacja. Jeszcze później wspólny»
Najczęściej czytane24 htydzień




