Szkoły po wrocławsku. Proponuje poznański radny
15.02.2012
, aktualizacja: 15.02.2012 16:41
- Uciekają nam pieniądze, które mogłyby poprawić jakość kształcenia - mówi Przemysław Foligowski, przewodniczący komisji oświaty rady miasta. I przekonuje, że powinniśmy się uczyć od Wrocławia
ZOBACZ TAKŻE
- Jakie obwody szkolne? Grobelny: Zdecydują mieszkańcy (20-02-12, 09:30)
" Gazeta": Zamknęliśmy kilka gimnazjów, połączyliśmy szkoły w zespoły. Udało się nawet przekształcić dwa przedszkola. To koniec porządków w poznańskich szkołach?
Przemysław Foligowski: Myślę, że to dopiero początek. Decyzje, które rada miasta podjęła do tej pory, były raczej doraźne. Potrzebne są nam zmiany systemowe, przede wszystkim zasad finansowania poznańskich szkół. Trzeba zmienić nasze podejście do ich organizowania.
Co to oznacza w praktyce?
- Dziś nie ma konkretnego uzasadnienia dla tego, jak szkoły są finansowane. Mamy np. dwie szkoły, obie po 300 uczniów, każda z nich ma inną strukturę i inne zatrudnienie. Jedna generuje koszty w wysokości 200 proc. subwencji oświatowej, a druga - 120 proc. Ponad 90 proc. kosztów utrzymywania oświaty to koszty bieżące, w tym zdecydowana większość to wynagrodzenia. Dyrektor szkoły tworzy schemat organizacyjny dla swojej placówki na kolejny rok. Przychodzi z takim arkuszem do wydziału oświaty i tłumaczy, dlaczego jego wydatki wyglądają tak, a nie inaczej. W takim układzie nie musi być ścisłego związku między liczbą uczniów a liczbą pracowników. Wystarczy, że dyrektor znajdzie skuteczną argumentację. To daje dużą swobodę, ale prowadzi też do uznaniowości.
A jak powinno być?
- Tak jak we Wrocławiu, gdzie system finansowania jest dość sztywny. Na daną liczbę uczniów (z uwzględnieniem wszelkich wyjątkowych form kształcenia, np. klas integracyjnych czy terapeutycznych) przysługuje konkretna liczba nauczycieli i pracowników administracyjno-obsługowych. O konieczności takich zmian mówię już od kilku lat, ale dotąd, gdy nie mieliśmy problemów finansowych, nie było chęci do ich przeprowadzenia. Teraz też będą budziły opór, ale coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że są konieczne. Kiedy stanęliśmy w obliczu problemu zmiany sieci szkół, nagle dyrektorzy sami znaleźli pomysły na to, jak zaoszczędzić we własnych placówkach, zaproponowali ciekawe programy naprawcze. Wcześniej nie było presji, by to robić.
Dużo możemy na tym zaoszczędzić?
- Nie chodzi o to, by oszczędzić, ale by zracjonalizować. Wrocław nie wydaje ogólnie mniej na oświatę. Są tam jednak niższe wydatki organizacyjne. Dzięki czemu można więcej wydawać np. na dodatki motywacyjne, wspomaganie kształcenia. Dziś nam te pieniądze uciekają, a mogłyby poprawić jakość kształcenia. Oszczędności powinny generalnie zostać wydane na szkoły, ale inaczej, mądrzej.
Do tej pory zajmowaliśmy się głównie gimnazjami, tymczasem ten sam problem niżu demograficznego już dotyka szkół średnich. Co z nimi będzie?
- Jest za dużo szkół w stosunku do potrzeb miasta. Mamy dziś w sumie około 35 liceów! A w szkołach zawodowych wiele kierunków się powiela, choć wcale nie ma takiej potrzeby.
Prezydent Grobelny mówił, że niepopularne licea pozamykają się same, bo zabraknie chętnych, by się w nich uczyć.
- Nic się samo nie naprawi. Tych szkół jest za dużo, bo we właściwym momencie nie przyjrzeliśmy się ich sieci i nie zaczęliśmy łączyć podobnych do siebie placówek. Zupełnie niepotrzebnie tworzymy pseudokonkurencję między podobnymi szkołami zawodowymi, zamiast tworzyć duże, dobre placówki. Wyspecjalizowane szkoły powinny ściągać najlepszych nauczycieli, fachowców, którzy przygotowują do pracy w danym zawodzie. Całość środków, które dziś dzielimy, można byłoby ulokować w jednym miejscu.
Czy to znaczy, że szkoły nie powinny ze sobą konkurować?
- Jestem zwolennikiem konkurencji, ale w innym wymiarze. Dziś mamy szkoły konkurujące ze sobą, ale często niedofinansowane. Szkoła ponadgimnazjalna powinna przygotowywać do dorosłego życia. Zwłaszcza gdy jest to wstęp do zawodu. Postęp technologiczny, szczególnie w zawodach technicznych, następuje bardzo szybko. Jeśli chcemy rozwijać szkoły techniczne i zawodowe, musimy za tym postępem nadążać. Dlatego wydaje mi się, że pieniądze, które dziś mamy, można byłoby lepiej ulokować skupiając się na kilku dobrych placówkach niż na kilkunastu przeciętnych.
Przy szkołach zawodowych dziś działają licea. To dobrze?
- Tworząc te licea, zazwyczaj chcieliśmy ratować szkoły zawodowe, w których nie chciało uczyć się wielu uczniów. Poza tym po reformie w 1998 r. był nacisk na to, żeby maksymalnie umożliwić kształcenie ogólnokształcące. Ale to był błąd reformy, co dziś już widać. Licea mogłyby zostać przy szkołach zawodowych, ale tylko tam, gdzie w okolicy nie ma innego liceum. Celem powinno być zagwarantowanie odpowiedniego naboru w samodzielnie funkcjonujących liceach.
Ale jak zamkniemy te licea, to budynki będą za duże dla placówek, które w nich zostaną.
- I dlatego te szkoły też powinniśmy łączyć. Wszystko wskazuje np. na to, że jedną poznańską szkołę elektryczną powinniśmy zlikwidować i postawić na tę lepszą. Podobnie jest z szkołami mechanicznymi czy budowlanymi. Trzeba jednak działać bardzo ostrożnie, bo napięcia społeczne w kwestii szkół już dziś są bardzo duże.
Co z tym wszystkim zrobią radni?
- Przede wszystkim będę się starał, by komisja motywowała wydział oświaty do przygotowania projektów zmiany sieci szkół średnich i projektu reformy finansowania placówek oświatowych. Te prace powinny ruszyć już z początkiem marca, żeby nie powtórzyła się sytuacja z ostatniego roku, gdy problemem zajęliśmy się tak naprawdę dopiero w listopadzie. Dodatkowo na początku każdej kadencji rady miasta powinniśmy dokonywać przeglądu szkół. Nie patrzeć tylko na to, jakie mają teraz potrzeby, ale przewidywać, co się będzie działo za cztery lata, pod koniec kadencji. Wierzę, że to pozwoli uniknąć wielu konfliktów.
Przemysław Foligowski: Myślę, że to dopiero początek. Decyzje, które rada miasta podjęła do tej pory, były raczej doraźne. Potrzebne są nam zmiany systemowe, przede wszystkim zasad finansowania poznańskich szkół. Trzeba zmienić nasze podejście do ich organizowania.
Co to oznacza w praktyce?
- Dziś nie ma konkretnego uzasadnienia dla tego, jak szkoły są finansowane. Mamy np. dwie szkoły, obie po 300 uczniów, każda z nich ma inną strukturę i inne zatrudnienie. Jedna generuje koszty w wysokości 200 proc. subwencji oświatowej, a druga - 120 proc. Ponad 90 proc. kosztów utrzymywania oświaty to koszty bieżące, w tym zdecydowana większość to wynagrodzenia. Dyrektor szkoły tworzy schemat organizacyjny dla swojej placówki na kolejny rok. Przychodzi z takim arkuszem do wydziału oświaty i tłumaczy, dlaczego jego wydatki wyglądają tak, a nie inaczej. W takim układzie nie musi być ścisłego związku między liczbą uczniów a liczbą pracowników. Wystarczy, że dyrektor znajdzie skuteczną argumentację. To daje dużą swobodę, ale prowadzi też do uznaniowości.
A jak powinno być?
- Tak jak we Wrocławiu, gdzie system finansowania jest dość sztywny. Na daną liczbę uczniów (z uwzględnieniem wszelkich wyjątkowych form kształcenia, np. klas integracyjnych czy terapeutycznych) przysługuje konkretna liczba nauczycieli i pracowników administracyjno-obsługowych. O konieczności takich zmian mówię już od kilku lat, ale dotąd, gdy nie mieliśmy problemów finansowych, nie było chęci do ich przeprowadzenia. Teraz też będą budziły opór, ale coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że są konieczne. Kiedy stanęliśmy w obliczu problemu zmiany sieci szkół, nagle dyrektorzy sami znaleźli pomysły na to, jak zaoszczędzić we własnych placówkach, zaproponowali ciekawe programy naprawcze. Wcześniej nie było presji, by to robić.
Dużo możemy na tym zaoszczędzić?
- Nie chodzi o to, by oszczędzić, ale by zracjonalizować. Wrocław nie wydaje ogólnie mniej na oświatę. Są tam jednak niższe wydatki organizacyjne. Dzięki czemu można więcej wydawać np. na dodatki motywacyjne, wspomaganie kształcenia. Dziś nam te pieniądze uciekają, a mogłyby poprawić jakość kształcenia. Oszczędności powinny generalnie zostać wydane na szkoły, ale inaczej, mądrzej.
Do tej pory zajmowaliśmy się głównie gimnazjami, tymczasem ten sam problem niżu demograficznego już dotyka szkół średnich. Co z nimi będzie?
- Jest za dużo szkół w stosunku do potrzeb miasta. Mamy dziś w sumie około 35 liceów! A w szkołach zawodowych wiele kierunków się powiela, choć wcale nie ma takiej potrzeby.
Prezydent Grobelny mówił, że niepopularne licea pozamykają się same, bo zabraknie chętnych, by się w nich uczyć.
- Nic się samo nie naprawi. Tych szkół jest za dużo, bo we właściwym momencie nie przyjrzeliśmy się ich sieci i nie zaczęliśmy łączyć podobnych do siebie placówek. Zupełnie niepotrzebnie tworzymy pseudokonkurencję między podobnymi szkołami zawodowymi, zamiast tworzyć duże, dobre placówki. Wyspecjalizowane szkoły powinny ściągać najlepszych nauczycieli, fachowców, którzy przygotowują do pracy w danym zawodzie. Całość środków, które dziś dzielimy, można byłoby ulokować w jednym miejscu.
Czy to znaczy, że szkoły nie powinny ze sobą konkurować?
- Jestem zwolennikiem konkurencji, ale w innym wymiarze. Dziś mamy szkoły konkurujące ze sobą, ale często niedofinansowane. Szkoła ponadgimnazjalna powinna przygotowywać do dorosłego życia. Zwłaszcza gdy jest to wstęp do zawodu. Postęp technologiczny, szczególnie w zawodach technicznych, następuje bardzo szybko. Jeśli chcemy rozwijać szkoły techniczne i zawodowe, musimy za tym postępem nadążać. Dlatego wydaje mi się, że pieniądze, które dziś mamy, można byłoby lepiej ulokować skupiając się na kilku dobrych placówkach niż na kilkunastu przeciętnych.
Przy szkołach zawodowych dziś działają licea. To dobrze?
- Tworząc te licea, zazwyczaj chcieliśmy ratować szkoły zawodowe, w których nie chciało uczyć się wielu uczniów. Poza tym po reformie w 1998 r. był nacisk na to, żeby maksymalnie umożliwić kształcenie ogólnokształcące. Ale to był błąd reformy, co dziś już widać. Licea mogłyby zostać przy szkołach zawodowych, ale tylko tam, gdzie w okolicy nie ma innego liceum. Celem powinno być zagwarantowanie odpowiedniego naboru w samodzielnie funkcjonujących liceach.
Ale jak zamkniemy te licea, to budynki będą za duże dla placówek, które w nich zostaną.
- I dlatego te szkoły też powinniśmy łączyć. Wszystko wskazuje np. na to, że jedną poznańską szkołę elektryczną powinniśmy zlikwidować i postawić na tę lepszą. Podobnie jest z szkołami mechanicznymi czy budowlanymi. Trzeba jednak działać bardzo ostrożnie, bo napięcia społeczne w kwestii szkół już dziś są bardzo duże.
Co z tym wszystkim zrobią radni?
- Przede wszystkim będę się starał, by komisja motywowała wydział oświaty do przygotowania projektów zmiany sieci szkół średnich i projektu reformy finansowania placówek oświatowych. Te prace powinny ruszyć już z początkiem marca, żeby nie powtórzyła się sytuacja z ostatniego roku, gdy problemem zajęliśmy się tak naprawdę dopiero w listopadzie. Dodatkowo na początku każdej kadencji rady miasta powinniśmy dokonywać przeglądu szkół. Nie patrzeć tylko na to, jakie mają teraz potrzeby, ale przewidywać, co się będzie działo za cztery lata, pod koniec kadencji. Wierzę, że to pozwoli uniknąć wielu konfliktów.
- 4 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Szkoły po wrocławsku. Proponuje poznański radny
87biedroneczka
15.02.12, 22:21
Zapamiętać i od 1 marca rozliczać. I tyle.»
Najczęściej czytane24 htydzień




