Taki jarmark przynosi miastu tylko wstyd
18.04.2011
, aktualizacja: 17.04.2011 21:11
Jestem wściekły na miejskich urzędników, którzy zgotowali mieszkańcom estetyczny koszmar na Starym Rynku. Bo to naprawdę nie miejsce na obskurne budy i namioty z kapciami, swetrami i smażoną kiełbasą
Na zbudowanych z kilku prętów i jaskrawej plandeki straganach można kupić kapcie, swetry, parasole, plastikowe zabawki, tandetną biżuterię za parę złotych. Kto głodny, może posilić się oscypkiem, golonką, bigosem, pajdą chleba czy smażoną kiełbasą, której woń niesie się dookoła. A na deser zjeść żelki, prażone orzeszki albo gofry z wyblakłej od słońca budy. Gdzie? Na małomiasteczkowym odpuście? Dożynkowym festynie? A może na targowisku Bema? Nie! Na Starym Rynku w Poznaniu, który ponoć jest "salonem miasta".
Tak właśnie wygląda jarmark wielkanocny, który dziś kończy się na rynku. Estetyczny koszmar zgotował nam nie kto inny, jak Urząd Miasta i starostwo powiatowe, organizatorzy imprezy. "Jarmark nabiera swojego niepowtarzalnego, wiejskiego charakteru" - czytam w opisie wydarzenia na miejskiej stronie Poznan.pl. Zastanawiam się, dlaczego owa wieś musiała zagościć właśnie na Starym Rynku. Zastanawiają się też pewnie turyści, którzy fotografowali stragany i przyglądali im się, siedząc w kawiarnianych ogródkach. Widziałem na Starym Rynku grupkę starszych Niemców, kilkunastu Hiszpanów, paru młodych ludzi rozmawiających po angielsku, kilku Azjatów. Wstyd mi, że widzieli tę tandetę.
Jestem wściekły na miejskich urzędników, którzy zorganizowali taki jarmark. Na miejską konserwator zabytków Marię Strzałko, która nie powinna dopuścić do tego, by na Starym Rynku, w miejscu objętym ochroną konserwatorską, stały jaskrawe, brzydkie budy i namioty. Strzałko powinna stać na straży ładu estetycznego w centrum, czego tym razem nie zrobiła.
Pretensje mam też do Andrzeja Nowaka, architekta miejskiego. Pamiętam, jak tłumaczył pomysł ograniczenia handlu na dzielnicowych rynkach. "Chciałbym, żeby były jak salony, których ścianami byłyby odnowione fasady kamienic. Handel takich miejsc nie zdobi. To prawda, że rynki tętnią życiem. Ale jakim? Europejskim czy rodem ze Stadionu Dziesięciolecia? Myślę, że nasze aspiracje sięgają wyżej" - mówił Andrzej Nowak w "Gazecie". Panie dyrektorze, skoro nie podobają się panu budki i stragany na Jeżycach, Wildzie czy Łazarzu, to co powie pan o jarmarku na Starym Rynku? Spełnia pańskie aspiracje? Europa czy może jednak Stadion Dziesięciolecia? Chyba znam pańską odpowiedź. Więc pytam, czy zrobił pan cokolwiek, by zablokować imprezę w takim kształcie?
O to samo pytam też Łukasza Goździora, szefa biura promocji miasta. On również mógłby interweniować w tej sprawie. Przecież jego praca polega na tym, by Poznań był postrzegany jako nowoczesne, atrakcyjne dla biznesmenów i turystów miasto. A wystarczy, by owi inwestorzy i turyści zobaczyli jarmark na Starym Rynku, by cały czar miejskich kampanii reklamowych prysł. Bo w nowoczesnej, zachodnioeuropejskiej metropolii taka tandeta w sercu miasta jest nie do pomyślenia.
Nie widzę nic złego w jarmarku wielkanocnym z estetycznymi straganami z regionalnymi potrawami, palmami, pisankami, wiklinowymi koszykami. Nawet, gdyby odbywał się na Starym Rynku. Takie wydarzenia są organizowane w centrach wielu miast, również zagranicznych.
Szkoda, że zamiast wziąć przykład z takich wielkomiejskich jarmarków, wzorujemy się na wiejskich odpustach. Mam nadzieję, że po raz ostatni. Liczę, że przy następnych tego typu imprezach urzędnicy określą, jakie towary mogą być sprzedawane na jarmarku, a miejska konserwator zabytków określi, jakie stragany będą mogły tam stanąć.
Bo ja - i pewnie wielu innych poznaniaków - naprawdę nie chcemy się już więcej wstydzić za nasze miasto.
Byliście na jarmarku wielkanocnym na Starym Rynku? Jak wam się podobał? Czy takie stragany powinny stać w sercu Poznania?
Piszcie: czytelnicy@poznan.agora.pl
Tak właśnie wygląda jarmark wielkanocny, który dziś kończy się na rynku. Estetyczny koszmar zgotował nam nie kto inny, jak Urząd Miasta i starostwo powiatowe, organizatorzy imprezy. "Jarmark nabiera swojego niepowtarzalnego, wiejskiego charakteru" - czytam w opisie wydarzenia na miejskiej stronie Poznan.pl. Zastanawiam się, dlaczego owa wieś musiała zagościć właśnie na Starym Rynku. Zastanawiają się też pewnie turyści, którzy fotografowali stragany i przyglądali im się, siedząc w kawiarnianych ogródkach. Widziałem na Starym Rynku grupkę starszych Niemców, kilkunastu Hiszpanów, paru młodych ludzi rozmawiających po angielsku, kilku Azjatów. Wstyd mi, że widzieli tę tandetę.
Jestem wściekły na miejskich urzędników, którzy zorganizowali taki jarmark. Na miejską konserwator zabytków Marię Strzałko, która nie powinna dopuścić do tego, by na Starym Rynku, w miejscu objętym ochroną konserwatorską, stały jaskrawe, brzydkie budy i namioty. Strzałko powinna stać na straży ładu estetycznego w centrum, czego tym razem nie zrobiła.
Pretensje mam też do Andrzeja Nowaka, architekta miejskiego. Pamiętam, jak tłumaczył pomysł ograniczenia handlu na dzielnicowych rynkach. "Chciałbym, żeby były jak salony, których ścianami byłyby odnowione fasady kamienic. Handel takich miejsc nie zdobi. To prawda, że rynki tętnią życiem. Ale jakim? Europejskim czy rodem ze Stadionu Dziesięciolecia? Myślę, że nasze aspiracje sięgają wyżej" - mówił Andrzej Nowak w "Gazecie". Panie dyrektorze, skoro nie podobają się panu budki i stragany na Jeżycach, Wildzie czy Łazarzu, to co powie pan o jarmarku na Starym Rynku? Spełnia pańskie aspiracje? Europa czy może jednak Stadion Dziesięciolecia? Chyba znam pańską odpowiedź. Więc pytam, czy zrobił pan cokolwiek, by zablokować imprezę w takim kształcie?
O to samo pytam też Łukasza Goździora, szefa biura promocji miasta. On również mógłby interweniować w tej sprawie. Przecież jego praca polega na tym, by Poznań był postrzegany jako nowoczesne, atrakcyjne dla biznesmenów i turystów miasto. A wystarczy, by owi inwestorzy i turyści zobaczyli jarmark na Starym Rynku, by cały czar miejskich kampanii reklamowych prysł. Bo w nowoczesnej, zachodnioeuropejskiej metropolii taka tandeta w sercu miasta jest nie do pomyślenia.
Nie widzę nic złego w jarmarku wielkanocnym z estetycznymi straganami z regionalnymi potrawami, palmami, pisankami, wiklinowymi koszykami. Nawet, gdyby odbywał się na Starym Rynku. Takie wydarzenia są organizowane w centrach wielu miast, również zagranicznych.
Szkoda, że zamiast wziąć przykład z takich wielkomiejskich jarmarków, wzorujemy się na wiejskich odpustach. Mam nadzieję, że po raz ostatni. Liczę, że przy następnych tego typu imprezach urzędnicy określą, jakie towary mogą być sprzedawane na jarmarku, a miejska konserwator zabytków określi, jakie stragany będą mogły tam stanąć.
Bo ja - i pewnie wielu innych poznaniaków - naprawdę nie chcemy się już więcej wstydzić za nasze miasto.
Byliście na jarmarku wielkanocnym na Starym Rynku? Jak wam się podobał? Czy takie stragany powinny stać w sercu Poznania?
Piszcie: czytelnicy@poznan.agora.pl
- 14 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
-
Taki jarmark przynosi miastu tylko wstyd
gorcu
18.04.11, 10:25
Trudno się nie zgodzić z autorem. Byłem na rynku w sobotę i opuszczałem go z niesmakiem. Lepiej byłoby stworzyć zwartą, rozkładaną zabudowę na placu wolności która wykorzystywana byłaby przy»
-
wyjątkowo się zgadzam
kwolana
18.04.11, 12:08
Wczoraj z żoną i dzieckiem bujaliśmy się po Starym. Niestety autor artykułu ma rację. Wielkanocne było może tylko jedno jedyne małe stoisko z koszyczkami z wikliny i z palmami. A cała reszta»
-
Taki jarmark przynosi miastu tylko wstyd
agalma
18.04.11, 13:59
Zgadzam się z autorem. Za każdym razem te same tandetne stragany, które nijak się mają do sytuacji. Chińskie badziewie, całoroczne oscypki i smażona kiełbasa bez której nie odbędzie się »
Najczęściej czytane24 htydzień




