Na studentkę spadł gzyms. Kto odpowie za wypadek?
17.02.2012
, aktualizacja: 17.02.2012 19:29
Choć minęło już dwa i pół roku, prokuratura wciąż nie ustaliła, kto odpowiada za to, że kawałek gzymsu oderwany z kamienicy banku BZ WBK ciężko ranił 20-letnią studentkę. - Tracę wiarę w sprawiedliwość - mówi matka dziewczyny
ZOBACZ TAKŻE
- Ujawnili dane Kaliny. Teraz mówią: To niezręczność (13-03-12, 13:12)
- Sprawa Kaliny: Bank ujawnił na Facebooku jej nazwisko (10-03-12, 18:45)
- Kalinę śledził detektyw. Bo spadł na nią gzyms z banku (10-03-12, 07:30)
- 4 tys. sprzedanych biletów. Wielka impreza na MTP (18-02-12, 11:16)
- Bilety w sieci, a w kioskach drukarki - pomysły miasta (18-02-12, 09:30)
- Udawali, że hodują strusie, uprawiali marihuanę (17-02-12, 19:00)
- Kawałek gzymsu ciężko ranił przechodzącą studentkę (12-11-09, 10:00)
Kalina, studentka UAM, na początku listopada 2009 r. wracała z chłopakiem z teatru. Kiedy przy placu Wolności mijali zabytkową kamienicę - siedzibę banku BZ WBK - Kalina nagle upadła uderzona spadającym kawałkiem gzymsu. Nieprzytomną dziewczynę przewieziono do szpitala w ciężkim stanie. Była w śpiączce, a lekarze nie wiedzieli, czy przeżyje.
- Uszkodzony został ośrodek ruchu w mózgu, co spowodowało całkowity niedowład lewej części ciała. Kalina nie mogła ruszać ręką i nogą. Od dwóch lat przechodzi rehabilitację, są postępy, ale sprawności takiej jak przed wypadkiem nie odzyska nigdy - opowiada nam matka dziewczyny. Kalina wciąż ma problemy z poruszaniem, ale po roku postanowiła wrócić na uczelnię, której władze zgodziły się na indywidualny tok nauczania. Kalina odrabia zaległości. Ma dobre oceny.
Ale choć minęły już dwa i pół roku, rodzina studentki do dzisiaj nie doczekała się ukarania winnych tego dramatu. Na początku śledztwa nic nie zapowiadało takiego scenariusza. Nazajutrz po wypadku policja sfotografowała odłamki, elewację budynku, plamy krwi. Trzy miesiące później prokuratura miała już opinię biegłego inżyniera, który na jej zlecenie sprawdzał stan budynku.
Kamienicę, z której odpadł gzyms, wybudowano 100 lat temu. Jest na liście zabytków. Ale ostatni kapitalny remont przeszła 15 lat temu. Kiedy zaś remontowano elewację - nie wiadomo.
Ocena biegłego wypadła fatalnie: elewacja kamienna miała ubytki spowodowane działaniem powietrza i wiatru. Inżynier zauważył, że jej elementy nie były odpowiednio zabezpieczone.
Ale potem śledztwo stanęło. Prokuratura tłumaczyła, że musi skompletować dokumentację, doprecyzować ekspertyzę. Dopiero kilka tygodni temu w sprawie zapadła pierwsza decyzja: inżynierowi, który półtora roku przed wypadkiem oceniał na zlecenie banku stan elewacji, postawiono zarzut poświadczenia nieprawdy. O co chodzi? Inżynier ocenił stan elewacji jako dobry, a - zdaniem prokuratury - w tamtym okresie był on już zły.
Tyle że narażoną na kaprysy pogody elewację - zgodnie z prawem budowlanym - kontrolować trzeba co roku. I pół roku przed wypadkiem bank zlecił następną kontrolę. Tym razem swojemu pracownikowi, który miał odpowiednie uprawnienia, czego prawo nie zabrania. Pracownik ten uznał, że elewacja jest w średnim stanie, czyli gorszym niż rok wcześniej. Obok tej oceny inspektorzy nadzoru budowlanego, którzy po wypadku sprawdzali dokumenty, znaleźli jednak ważny dopisek: "Naprawić gzymsy elewacyjne". Oznacza to, że już w połowie 2009 r., kilka miesięcy przed wypadkiem, bank wiedział o konieczności naprawy. Zaplanował ją zresztą, ale dopiero w następnym roku. Wcześniej kawałek gzymsu spadł na studentkę. Elewację odnowiono po wypadku.
Zarzut poświadczenia nieprawdy dla inżyniera oznacza także, że - zdaniem prokuratury - nie można przypisać mu odpowiedzialności za sam wypadek i spowodowanie ciężkich obrażeń. Kto więc za to odpowiada? Śledczy wciąż nie znaleźli odpowiedzi.
- Planujemy kolejne czynności - mówi tylko Małgorzata Mikoś-Fita, wiceszefowa prokuratury na Starym Mieście. A gdy dociskamy, czy zarzuty dostaną pracownicy banku, ucina: - Nie będziemy w prasie informować, kto dostanie zarzuty, skoro jeszcze ich nie dostał.
Pytamy więc prokurator Mikoś-Fitę, jak długo może potrwać jeszcze śledztwo. - Myślę, że nie dłużej niż pół roku - odpowiada.
Matka rannej studentki zapewnienia, iż sprawa wkrótce się zakończy, słyszała jednak od śledczych już wielokrotnie: - Przestałam w nie wierzyć. Tracę też wiarę w sprawiedliwość.
Rehabilitacja Kaliny kosztuje miesięcznie kilka tysięcy złotych i - jak mówi jej mama - będzie trwała do końca życia. Rodzina miała nadzieję, że bank poczuje się do odpowiedzialności, wypłaci odszkodowanie i sfinansuje leczenie. Rozmowy z udziałem banku i firmy ubezpieczeniowej trwały wiele miesięcy. - Mieliśmy już ustalone warunki ugody. Druga strona nagle się z nich wycofała - mówi matka studentki. I dzieli się swoimi podejrzeniami: - Może bank zauważył, że prokuratura traci zainteresowanie tą sprawą i nic im nie grozi. Po co mają więc płacić.
Zapytaliśmy rzecznika banku, dlaczego nie zawarto ugody i czy zamierza pomóc studentce w przyszłości. Nie odpowiedział. Rodzina studentki znalazła już prawnika, który ma złożyć w sądzie pozew przeciwko bankowi.
Pytamy prokurator Mikoś-Fitę, ile w jej prokuraturze jest śledztw niezakończonych od dwóch i pół roku. Nie umie odpowiedzieć.
- Uszkodzony został ośrodek ruchu w mózgu, co spowodowało całkowity niedowład lewej części ciała. Kalina nie mogła ruszać ręką i nogą. Od dwóch lat przechodzi rehabilitację, są postępy, ale sprawności takiej jak przed wypadkiem nie odzyska nigdy - opowiada nam matka dziewczyny. Kalina wciąż ma problemy z poruszaniem, ale po roku postanowiła wrócić na uczelnię, której władze zgodziły się na indywidualny tok nauczania. Kalina odrabia zaległości. Ma dobre oceny.
Ale choć minęły już dwa i pół roku, rodzina studentki do dzisiaj nie doczekała się ukarania winnych tego dramatu. Na początku śledztwa nic nie zapowiadało takiego scenariusza. Nazajutrz po wypadku policja sfotografowała odłamki, elewację budynku, plamy krwi. Trzy miesiące później prokuratura miała już opinię biegłego inżyniera, który na jej zlecenie sprawdzał stan budynku.
Kamienicę, z której odpadł gzyms, wybudowano 100 lat temu. Jest na liście zabytków. Ale ostatni kapitalny remont przeszła 15 lat temu. Kiedy zaś remontowano elewację - nie wiadomo.
Ocena biegłego wypadła fatalnie: elewacja kamienna miała ubytki spowodowane działaniem powietrza i wiatru. Inżynier zauważył, że jej elementy nie były odpowiednio zabezpieczone.
Ale potem śledztwo stanęło. Prokuratura tłumaczyła, że musi skompletować dokumentację, doprecyzować ekspertyzę. Dopiero kilka tygodni temu w sprawie zapadła pierwsza decyzja: inżynierowi, który półtora roku przed wypadkiem oceniał na zlecenie banku stan elewacji, postawiono zarzut poświadczenia nieprawdy. O co chodzi? Inżynier ocenił stan elewacji jako dobry, a - zdaniem prokuratury - w tamtym okresie był on już zły.
Tyle że narażoną na kaprysy pogody elewację - zgodnie z prawem budowlanym - kontrolować trzeba co roku. I pół roku przed wypadkiem bank zlecił następną kontrolę. Tym razem swojemu pracownikowi, który miał odpowiednie uprawnienia, czego prawo nie zabrania. Pracownik ten uznał, że elewacja jest w średnim stanie, czyli gorszym niż rok wcześniej. Obok tej oceny inspektorzy nadzoru budowlanego, którzy po wypadku sprawdzali dokumenty, znaleźli jednak ważny dopisek: "Naprawić gzymsy elewacyjne". Oznacza to, że już w połowie 2009 r., kilka miesięcy przed wypadkiem, bank wiedział o konieczności naprawy. Zaplanował ją zresztą, ale dopiero w następnym roku. Wcześniej kawałek gzymsu spadł na studentkę. Elewację odnowiono po wypadku.
Zarzut poświadczenia nieprawdy dla inżyniera oznacza także, że - zdaniem prokuratury - nie można przypisać mu odpowiedzialności za sam wypadek i spowodowanie ciężkich obrażeń. Kto więc za to odpowiada? Śledczy wciąż nie znaleźli odpowiedzi.
- Planujemy kolejne czynności - mówi tylko Małgorzata Mikoś-Fita, wiceszefowa prokuratury na Starym Mieście. A gdy dociskamy, czy zarzuty dostaną pracownicy banku, ucina: - Nie będziemy w prasie informować, kto dostanie zarzuty, skoro jeszcze ich nie dostał.
Pytamy więc prokurator Mikoś-Fitę, jak długo może potrwać jeszcze śledztwo. - Myślę, że nie dłużej niż pół roku - odpowiada.
Matka rannej studentki zapewnienia, iż sprawa wkrótce się zakończy, słyszała jednak od śledczych już wielokrotnie: - Przestałam w nie wierzyć. Tracę też wiarę w sprawiedliwość.
Rehabilitacja Kaliny kosztuje miesięcznie kilka tysięcy złotych i - jak mówi jej mama - będzie trwała do końca życia. Rodzina miała nadzieję, że bank poczuje się do odpowiedzialności, wypłaci odszkodowanie i sfinansuje leczenie. Rozmowy z udziałem banku i firmy ubezpieczeniowej trwały wiele miesięcy. - Mieliśmy już ustalone warunki ugody. Druga strona nagle się z nich wycofała - mówi matka studentki. I dzieli się swoimi podejrzeniami: - Może bank zauważył, że prokuratura traci zainteresowanie tą sprawą i nic im nie grozi. Po co mają więc płacić.
Zapytaliśmy rzecznika banku, dlaczego nie zawarto ugody i czy zamierza pomóc studentce w przyszłości. Nie odpowiedział. Rodzina studentki znalazła już prawnika, który ma złożyć w sądzie pozew przeciwko bankowi.
Pytamy prokurator Mikoś-Fitę, ile w jej prokuraturze jest śledztw niezakończonych od dwóch i pół roku. Nie umie odpowiedzieć.
- 60 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
-
I tak wygląda niezależność prokuratury ?
piter_wlkp
18.02.12, 00:57
Mogą sobie prowadzić to śledztwo nawet do emerytury i co im kto zrobi. Oni są niezależni nawet od tej władzy wybieranej w wyborach. Inaczej by to wyglądało gdybyśmy mogli wybierać sobie »
-
Na studentkę spadł gzyms. Kto odpowie za wypadek?
echterposener
18.02.12, 15:44
Typowe dla poznańskiej prokuratury; przewlekłość, niekompetencja a na końcu i tak nie dopatrzą się żadnych nieprawidłowości. Trudno jednak wymagać kompetencji i przygotowania od prawników »
-
Na studentkę spadł gzyms. Kto odpowie za wypadek?
jacek3454
18.02.12, 16:52
Jestem przekonany, ze Wysoki Sad orzeknie o winie studentki, mogla przeciez uwazc i patrzec w gore. Bankowi nalezy sie pochwala bo nie trwoni pieniedzy swoich klientow. Przeciez to oni placa»
Najczęściej czytane24 htydzień




