Wszystko jest animacją - festiwalowy manual
2010-07-11
, aktualizacja: 11.07.2010 16:29
500 filmów, prawie 100 godzin projekcji, ok. 200 gości - w tym mistrzowie gatunku... Za sprawą festiwalu Animator Poznań na sześć dni zamieni się w stolicę światowej animacji. Co obejrzeć? Którą ścieżką pójść? - podpowiada Wojciech Juszczak, dyrektor rozpoczynającego się w poniedziałek festiwalu
ZOBACZ TAKŻE
- Lemon Tree: niepowtarzalne półki z Poznania (13-07-10, 11:00)
Dwa razy więcej filmów konkursowych i zdecydowanie więcej pokazów towarzyszących. Premiery, retrospektywy, pokazy animacji z muzyką na żywo i specjalny "Animator dla dzieci", przygotowany przez Centrum Sztuki Dziecka - to tylko część programu 3. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych Animator w Poznaniu. Inauguracja - w poniedziałek o godz. 20 w kinie Apollo. Oficjalne zakończenie - w sobotę. W niedzielę będzie można raz jeszcze obejrzeć filmy nagrodzone w konkursie.
Rozmowa z Wojciechem Juszczakiem*
Sylwia Wilczak: Na Animatorze trzeba sobie wytyczyć ścieżkę, czy uda się zobaczyć wszystko?
Wojciech Juszczak, dyrektor festiwalu: Trudno będzie zobaczyć wszystko. Wprawdzie pokazy nie nakładają się na siebie całkowicie, ale zazębiają. Jeżeli ktoś chce zobaczyć wszystkie filmy, to albo będzie musiał wcześniej wyjść z jakiegoś pokazu, żeby zdążyć na następny, albo spóźni się na kolejny. Ale jest duża szansa, żeby obejrzeć wszystkie najważniejsze rzeczy.
Które projekcje w programie to "lektury obowiązkowe"?
- Przede wszystkim retrospektywy, m.in. Gyorgy'a Kovasznaia, braci Antoniszczaków, Daniela Szczechury, Jurija Norsteina, Michela Ocelota, retrospektywy jurorów, przeglądy tematyczne - np. animacji izraelskiej i wszystkie przeglądy dotyczące animacji amerykańskiej. Myślę, że warto też oglądać pokazy filmów konkursowych.
W tym roku wpłynęło na konkurs ponad 600 filmów. To zdecydowany rekord.
- Zależy nam na tym, by z czasem konkurs stał się najważniejszym elementem festiwalu. Szczęśliwie z roku na rok udaje nam się powiększać ilość zgłoszeń. W 2008 r. zaczynaliśmy od 200, w zeszłym roku było prawie 400. W tym - ok. 650. Jeżeli w 2011 r. zbliżymy się do tysiąca, Animator dołączy do grona największych festiwali filmów animowanych na świecie.
Wszędzie na świecie konkursy są najważniejszym punktem programu - od poziomu konkursu zależy prestiż festiwalu. Także publiczność najchętniej uczestniczy w pokazach konkursowych - oklaskuje filmy, głosuje na nie, wybierając nagrodę publiczności, chodzi też na pokazy pozakonkursowe, żeby zobaczyć, co selekcjonerzy odrzucili, czy czasem się nie pomylili.
Ważną częścią konkursu są też filmy twórców zaproszonych do udziału w konkursie - przez dyrektora artystycznego i biuro festiwalowe. To podnosi prestiż konkursu, choć na Animatorze nie mamy takich filmów zbyt wiele. Udało nam się pozyskać znakomity film "Blue" grupy Big Bang, Big Boom - włoskich twórców, którzy animują graffiti na murach. Ich film "Muto" zdobył II nagrodę na I Animatorze. Teraz zrobili nowy 10-minutowy, który jest dużo lepszy od pierwszego.
O takie filmy trzeba zabiegać - nie wystarczy ogłosić konkurs, by się na nim znalazły. Trzeba wyszukiwać autorów, trzeba wiedzieć, że oni tworzą nowe filmy, że szykują premierę, trzeba ten film z nich "wycisnąć". "Blue" jest właśnie takim filmem. Sami musieliśmy zabiegać, by wystartował w naszym konkursie.
Prestiż konkursu buduje też międzynarodowe jury. Zaprosiliśmy znaczące nazwiska w świecie animacji: Mariusz Wilczyński, Amerykanie George Griffin i Carolyn Leaf, Brigitta Ivanyi-Bitter z Węgier - krytyk animacji i Nancy Denney-Phelps - także krytyk, żona Nika Phelpsa - wybitnego twórcy muzyki do filmów animowanych.
To oni obejrzeli przed festiwalem wszystkie 650 filmów i wybrali finałową osiemdziesiątkę?
- Nie. Jurorzy będą wraz z publicznością oglądać tylko finałową osiemdziesiątkę. Przez kilka miesięcy przed festiwalem specjalna komisja selekcyjna przeglądała wszystkie zgłoszone filmy. Mieli za zadanie wybrać najciekawsze, a odrzucić te, które są nieprofesjonalne - złe merytorycznie i technicznie. To ciężka praca.
Za to widzowie mogą wskazać jeden - z tych odrzuconych przez komisję selekcyjną - który jednak trafi do konkursu.
- Co roku bawimy się na "Animatorze bez selekcji" - dwa-trzy dni przed festiwalem prezentujemy filmy, które nie przeszły przez selekcję. Publiczność je ogląda i może wybrać jeden, który dołączy do puli filmów konkursowych - otrzyma "zieloną kartę".
Jakie animacje przeważają? O czym chcą mówić ich twórcy?
- To są filmy właściwie o wszystkim, robione każdą możliwą techniką. Bo dziś zanimować można wszystko: piasek, sól, meble... I wszystko to zobaczymy na festiwalu. Jest w tym roku trochę więcej animacji lalkowej - to nas bardzo cieszy, bo to wyjątkowo piękna animacja. Jest dużo filmów robionych w komputerze. Zresztą w tej chwili trudno ustalić, co zostało zrobione w komputerze, a co nie. Bo nawet jeżeli robi się animację lalkową, to cała postprodukcja i tak powstaje w komputerze.
To jest fajny festiwal m.in. dlatego, że ludzie przychodzą na niego z ciekawości. Trudno dziś obejrzeć filmy animowane - nie pojawiają się w normalnej dystrybucji jak filmy fabularne. I dlatego widzowie są zdziwieni, że istnieje poważne, artystyczne kino animowane, kino animowane dla dorosłych, poruszające często trudne tematy...
Rozmowa z Wojciechem Juszczakiem*
Sylwia Wilczak: Na Animatorze trzeba sobie wytyczyć ścieżkę, czy uda się zobaczyć wszystko?
Wojciech Juszczak, dyrektor festiwalu: Trudno będzie zobaczyć wszystko. Wprawdzie pokazy nie nakładają się na siebie całkowicie, ale zazębiają. Jeżeli ktoś chce zobaczyć wszystkie filmy, to albo będzie musiał wcześniej wyjść z jakiegoś pokazu, żeby zdążyć na następny, albo spóźni się na kolejny. Ale jest duża szansa, żeby obejrzeć wszystkie najważniejsze rzeczy.
Które projekcje w programie to "lektury obowiązkowe"?
- Przede wszystkim retrospektywy, m.in. Gyorgy'a Kovasznaia, braci Antoniszczaków, Daniela Szczechury, Jurija Norsteina, Michela Ocelota, retrospektywy jurorów, przeglądy tematyczne - np. animacji izraelskiej i wszystkie przeglądy dotyczące animacji amerykańskiej. Myślę, że warto też oglądać pokazy filmów konkursowych.
W tym roku wpłynęło na konkurs ponad 600 filmów. To zdecydowany rekord.
- Zależy nam na tym, by z czasem konkurs stał się najważniejszym elementem festiwalu. Szczęśliwie z roku na rok udaje nam się powiększać ilość zgłoszeń. W 2008 r. zaczynaliśmy od 200, w zeszłym roku było prawie 400. W tym - ok. 650. Jeżeli w 2011 r. zbliżymy się do tysiąca, Animator dołączy do grona największych festiwali filmów animowanych na świecie.
Wszędzie na świecie konkursy są najważniejszym punktem programu - od poziomu konkursu zależy prestiż festiwalu. Także publiczność najchętniej uczestniczy w pokazach konkursowych - oklaskuje filmy, głosuje na nie, wybierając nagrodę publiczności, chodzi też na pokazy pozakonkursowe, żeby zobaczyć, co selekcjonerzy odrzucili, czy czasem się nie pomylili.
Ważną częścią konkursu są też filmy twórców zaproszonych do udziału w konkursie - przez dyrektora artystycznego i biuro festiwalowe. To podnosi prestiż konkursu, choć na Animatorze nie mamy takich filmów zbyt wiele. Udało nam się pozyskać znakomity film "Blue" grupy Big Bang, Big Boom - włoskich twórców, którzy animują graffiti na murach. Ich film "Muto" zdobył II nagrodę na I Animatorze. Teraz zrobili nowy 10-minutowy, który jest dużo lepszy od pierwszego.
O takie filmy trzeba zabiegać - nie wystarczy ogłosić konkurs, by się na nim znalazły. Trzeba wyszukiwać autorów, trzeba wiedzieć, że oni tworzą nowe filmy, że szykują premierę, trzeba ten film z nich "wycisnąć". "Blue" jest właśnie takim filmem. Sami musieliśmy zabiegać, by wystartował w naszym konkursie.
Prestiż konkursu buduje też międzynarodowe jury. Zaprosiliśmy znaczące nazwiska w świecie animacji: Mariusz Wilczyński, Amerykanie George Griffin i Carolyn Leaf, Brigitta Ivanyi-Bitter z Węgier - krytyk animacji i Nancy Denney-Phelps - także krytyk, żona Nika Phelpsa - wybitnego twórcy muzyki do filmów animowanych.
To oni obejrzeli przed festiwalem wszystkie 650 filmów i wybrali finałową osiemdziesiątkę?
- Nie. Jurorzy będą wraz z publicznością oglądać tylko finałową osiemdziesiątkę. Przez kilka miesięcy przed festiwalem specjalna komisja selekcyjna przeglądała wszystkie zgłoszone filmy. Mieli za zadanie wybrać najciekawsze, a odrzucić te, które są nieprofesjonalne - złe merytorycznie i technicznie. To ciężka praca.
Za to widzowie mogą wskazać jeden - z tych odrzuconych przez komisję selekcyjną - który jednak trafi do konkursu.
- Co roku bawimy się na "Animatorze bez selekcji" - dwa-trzy dni przed festiwalem prezentujemy filmy, które nie przeszły przez selekcję. Publiczność je ogląda i może wybrać jeden, który dołączy do puli filmów konkursowych - otrzyma "zieloną kartę".
Jakie animacje przeważają? O czym chcą mówić ich twórcy?
- To są filmy właściwie o wszystkim, robione każdą możliwą techniką. Bo dziś zanimować można wszystko: piasek, sól, meble... I wszystko to zobaczymy na festiwalu. Jest w tym roku trochę więcej animacji lalkowej - to nas bardzo cieszy, bo to wyjątkowo piękna animacja. Jest dużo filmów robionych w komputerze. Zresztą w tej chwili trudno ustalić, co zostało zrobione w komputerze, a co nie. Bo nawet jeżeli robi się animację lalkową, to cała postprodukcja i tak powstaje w komputerze.
To jest fajny festiwal m.in. dlatego, że ludzie przychodzą na niego z ciekawości. Trudno dziś obejrzeć filmy animowane - nie pojawiają się w normalnej dystrybucji jak filmy fabularne. I dlatego widzowie są zdziwieni, że istnieje poważne, artystyczne kino animowane, kino animowane dla dorosłych, poruszające często trudne tematy...
Wyróżnikiem poznańskiego festiwalu są projekty łączące animację z muzyką.
- Rzeczywiście, to nas wyróżnia na tle innych festiwali w Europie. Projekcje filmów z muzyką na żywo i koncerty towarzyszące festiwalowi.
W tym roku poprosiliśmy kilka zespołów o napisanie muzyki do konkretnych filmów. Małe Instrumenty przygotowały muzykę do filmów Georgesa Meliesa, włoski zespół Compagnia D'arte Drummatica zrobił muzykę do filmu Harry Smitha - guru nowojorskiej awangardy lat 60., twórcy abstrakcyjnych filmów animowanych. Poznański zespół Inside Story napisał muzykę do filmu Bustera Keatona. A Kwartet Yorgi - do pokazu prehistorii animacji brytyjskiej. To projekcja przygotowana specjalnie na Animatora przez British Film Institute - odkurzone, pierwsze animacje, które powstały na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii.
I jeszcze Nik Phelps - znakomity klarnecista jazzowy, grał m.in. z Tomem Waitsem i Frankiem Zappą, od lat tworzy ścieżki dźwiękowe do amerykańskich awangardowych filmów animowanych. Przedstawi pokaz filmów z muzyką na żywo. Poprowadzi też warsztaty z tworzenia muzyki do animacji.
Na Animatorze w tym roku czeka nas też kilka ciekawych premier, filmów, które dotąd w Polsce nie były prezentowane.
- Będziemy zabiegać o to, by z roku na rok było ich w programie coraz więcej. Ale zdobycie filmów premierowych nie jest łatwe. Kilka nam uciekło z prozaicznych powodów: bo brakowało kopii albo z powodu decyzji, że premiera ma się odbyć gdzie indziej.
Najważniejszą premierą w tym roku jest "Maska" na podstawie opowiadania Stanisława Lema - nowy film braci Quay, pierwszy, który zrealizowali, korzystając z technologii cyfrowej. Przedziwny film - jak przedziwne jest opowiadanie Lema. Film koprodukuje Estrada Poznańska.
Jak doszło do tej współpracy?
- Łódzkie studio Se-Ma-For, które jest głównym producentem filmu, zwróciło się do nas o wsparcie finansowe. To będzie polska premiera - światowa odbyła się w Londynie dwa miesiące temu. Po niej film był poprawiany, przerabiany, przepisywany na taśmę 35 mm. I podobno został poprawiony dosyć poważnie. Zobaczymy go w sobotę w kinie Apollo. Bracia Quay przyjadą na premierę.
Z komercyjnych premier - zobaczymy film "Luke and Lucy: The Texas Rangers" - francuską superprodukcję, ekranizację komiksu-westernu. Kino familijne. Także Mariola Brillowska pokaże swój najnowszy, kontrowersyjny film "Diabelskie dzieci".
Szczególny projekt szykuje na Animatora Piotr Dumała. Zakochany w muzyce Szostakowicza wybrał jeden z jego Kwartetów i zmontował na nowo fragmenty kilku swoich filmów - sugerując się muzyką. 20-minutowy film pokażemy w niecodziennym miejscu: na dziedzińcu hotelu Bazar. Będzie wyświetlany na ścianie - takie było życzenie autora.
Filmy te trafią potem do kin?
- Twórcy "Luke and Lucy..." szukają dystrybutora w Polsce. "Maski" też. Pytają nas, czy jesteśmy w stanie pomóc w dystrybucji, bo to jest dosyć trudne. Ale my nie prowadzimy takiej działalności. Jedyne, co możemy zrobić, to pokazać ten film w Poznaniu na Animatorze. Może ktoś się nim zainteresuje.
Rozmawiała: Sylwia Wilczak
* Wojciech Juszczak - dyrektor festiwalu Animator, szef ds. artystycznych Estrady Poznańskiej
- Rzeczywiście, to nas wyróżnia na tle innych festiwali w Europie. Projekcje filmów z muzyką na żywo i koncerty towarzyszące festiwalowi.
W tym roku poprosiliśmy kilka zespołów o napisanie muzyki do konkretnych filmów. Małe Instrumenty przygotowały muzykę do filmów Georgesa Meliesa, włoski zespół Compagnia D'arte Drummatica zrobił muzykę do filmu Harry Smitha - guru nowojorskiej awangardy lat 60., twórcy abstrakcyjnych filmów animowanych. Poznański zespół Inside Story napisał muzykę do filmu Bustera Keatona. A Kwartet Yorgi - do pokazu prehistorii animacji brytyjskiej. To projekcja przygotowana specjalnie na Animatora przez British Film Institute - odkurzone, pierwsze animacje, które powstały na początku XX wieku w Wielkiej Brytanii.
I jeszcze Nik Phelps - znakomity klarnecista jazzowy, grał m.in. z Tomem Waitsem i Frankiem Zappą, od lat tworzy ścieżki dźwiękowe do amerykańskich awangardowych filmów animowanych. Przedstawi pokaz filmów z muzyką na żywo. Poprowadzi też warsztaty z tworzenia muzyki do animacji.
Na Animatorze w tym roku czeka nas też kilka ciekawych premier, filmów, które dotąd w Polsce nie były prezentowane.
- Będziemy zabiegać o to, by z roku na rok było ich w programie coraz więcej. Ale zdobycie filmów premierowych nie jest łatwe. Kilka nam uciekło z prozaicznych powodów: bo brakowało kopii albo z powodu decyzji, że premiera ma się odbyć gdzie indziej.
Najważniejszą premierą w tym roku jest "Maska" na podstawie opowiadania Stanisława Lema - nowy film braci Quay, pierwszy, który zrealizowali, korzystając z technologii cyfrowej. Przedziwny film - jak przedziwne jest opowiadanie Lema. Film koprodukuje Estrada Poznańska.
Jak doszło do tej współpracy?
- Łódzkie studio Se-Ma-For, które jest głównym producentem filmu, zwróciło się do nas o wsparcie finansowe. To będzie polska premiera - światowa odbyła się w Londynie dwa miesiące temu. Po niej film był poprawiany, przerabiany, przepisywany na taśmę 35 mm. I podobno został poprawiony dosyć poważnie. Zobaczymy go w sobotę w kinie Apollo. Bracia Quay przyjadą na premierę.
Z komercyjnych premier - zobaczymy film "Luke and Lucy: The Texas Rangers" - francuską superprodukcję, ekranizację komiksu-westernu. Kino familijne. Także Mariola Brillowska pokaże swój najnowszy, kontrowersyjny film "Diabelskie dzieci".
Szczególny projekt szykuje na Animatora Piotr Dumała. Zakochany w muzyce Szostakowicza wybrał jeden z jego Kwartetów i zmontował na nowo fragmenty kilku swoich filmów - sugerując się muzyką. 20-minutowy film pokażemy w niecodziennym miejscu: na dziedzińcu hotelu Bazar. Będzie wyświetlany na ścianie - takie było życzenie autora.
Filmy te trafią potem do kin?
- Twórcy "Luke and Lucy..." szukają dystrybutora w Polsce. "Maski" też. Pytają nas, czy jesteśmy w stanie pomóc w dystrybucji, bo to jest dosyć trudne. Ale my nie prowadzimy takiej działalności. Jedyne, co możemy zrobić, to pokazać ten film w Poznaniu na Animatorze. Może ktoś się nim zainteresuje.
Rozmawiała: Sylwia Wilczak
* Wojciech Juszczak - dyrektor festiwalu Animator, szef ds. artystycznych Estrady Poznańskiej
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć