Niwea szczypie w uszy
2010-02-26
, aktualizacja: 26.02.2010 21:03
Debiut zespołu Niwea robi wielkie wrażenie. Wojtek Bąkowski i Dawid Szczęsny nagrali krążek, który już teraz można uznać za mocnego kandydata do miana płyty roku
Zespół Niwea to spotkanie dwóch mocnych osobowości. Wrocławianin Dawid Szczęsny jest uznawany za jedną z największych nadziei polskiej sceny elektronicznej. Poznaniak Wojtek Bąkowski był w ubiegłym roku chyba najbardziej docenianym młodym polskim artystą. Razem stworzyli jeden z najciekawszych duetów na polskiej scenie muzycznej.
Rozmowa z Wojtkiem Bąkowskim
Michał Danielewski: Komu ta płyta ma się w ogóle podobać?
Wojtek Bąkowski: - To jest duży problem. Wydaje mi się, że jest parę osób, wychowanych na podobnej muzyce, podobnych do nas, w podobnym wieku, którym może to przypaść do gustu. Ale zespół jest słuchany również przez wielu ludzi ode mnie młodszych...
Właśnie, dla mnie Niwea jest w pewien sposób pokoleniowa. Obrazy, których używasz w tekstach, są zrozumiałe w pełni dla osób urodzonych na przełomie lat 70./80. To celowy zabieg?
- Raczej nie. Tak wyszło siłą rzeczy. Mam pewien arsenał obrazów poetyckich, a przez otoczenie i czas one są takie a nie inne, po prostu.
Kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, mówiłeś, że postrzegasz muzykę Niwea jako pop, który mógłby spokojnie lecieć na przykład w komercyjnej rozgłośni radiowej.
- Tak, ale kiedy posłuchałem naszej płyty w całości, po masteringu, to już nie jestem taki mądry. Teraz wydaje mi się to niemożliwe. Mam inną tolerancję, inny zakres odbierania. Rzeczy, które mi się już wydają popowe, są ciągle jeszcze zbyt niestrawne dla taksówkarzy. Ostatnio zainteresowałem się tym tematem, słuchałem muzyki w taksówkach i to jest jednak dużo straszniejsze, niż myślałem. Okazało się, że te rzeczy, na które zwracam uwagę, dobrze wyprodukowane i w jakiś sposób ciekawe, to jest mniejszość. Ale zdarzają się.
Lady Gaga ci się podoba...
- Tak. Jest kilku producentów, którzy świetnie robią muzykę popularną. Tam jest mnóstwo patentów, które są znacznie ciekawsze niż te używane na przykład w tak zwanej muzyce eksperymentalnej. Poza tym powiedzmy sobie otwarcie, że w muzyce eksperymentalnej często pojawiają się schematy równie zabawnie przewidywalne jak w muzyce pop.
Niwea jest projektem czysto muzycznym, a to znaczy, że nie masz już swego rodzaju bezpiecznego wyjścia, spadochronu - jak na przykład w grupie Kot - że jak się komuś nie spodoba, to zawsze można powiedzieć, że to taki artystyczny eksperyment. Na koncertach Niwea zderzy się z muzyczną publicznością, a nie z bywalcami galerii - nie boisz się trochę tego spotkania?
- Nie. Z Kotem też tak było. I ze sztuką. Już na szczęście przechodzi ta moda na wyprowadzanie sztuki z galerii i przenoszenie jej w miejsca publiczne, ale też mam to za sobą. Na przykład robiliśmy kiedyś performance na rynku Manufaktury w Łodzi. Na dokumentacji jest fragment nagrania, kiedy Konrad Smoleński wchodzi z kamerą w tłum i jedna pani mówi o mnie do swojego dziecka: "Zobacz, jaki kawaler głupi". Ja wtedy piłem z kanistra alkohol, oblewałem się nim całkowicie, krzyczałem, że mama mi umarła i bardzo to przeżywam, a Tomek Mróz siedział na motocyklu i grał do tego na silniku, to znaczy dodawał gazu, natomiast rura wydechowa była wprowadzona w usta takiej wielkiej lali, która uszami puszczała dym. I to była taka, wiesz, impreza ludyczna, byli tam szalikowcy łódzcy... Także ja już się wielokrotnie wystawiałem na pośmiewisko. Poza tym podobne dylematy mógłbym mieć wtedy, gdybym miał wokół siebie jakichś mistrzów. A mi się muzyka polska w ogóle nie podoba.
Wasza płyta jest bardzo mroczna, neurotyczna, dziwna. Na ile w warstwie tekstowej to jest kreacja, a na ile twoja osobista wypowiedź jako Wojtka Bąkowskiego?
- Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to jest prawdziwe, bo nawet jak się staram, żeby było inaczej, to mi nie wychodzi. Wcale nie chciałem, żeby płyta była mroczna, a znowu jest. Znowu jest dół. Oczywiście ja staram się utrzymywać to, co robię w pewnej stylistyce, kreuję od początku pewien świat, który jest domknięty z obu stron, choć rzecz jasna jest w jego obrębie jakieś pole manewru. Ale nigdy nie myślę o tym w kategoriach wysokości nastroju. Wydaje mi się, że to co robię, można skonstruować w sposób śmieszny i pogodny, ale jednak mi nie wychodzi. Może to stan ducha. Egzystencjalizm, niewiara, głębokie poczucie braku Boga i inne takie.
Ostro... Stosujesz świadomy background filozoficzny w swojej twórczości?
- Tak, zdarza mi się snuć refleksje o świecie (śmiech). Więc siłą rzeczy musi być taki background.
Twoje teksty są wypełnione różnymi dziwnymi postaciami, z różnymi brakami, opóźnieniem umysłowym, mentalnymi skrzywieniami... Skąd się biorą?
- Musiałbym się nad tym głęboko zastanowić. Lubię różne ułomności, miałem nawet w dzieciństwie okres fascynacji amputacjami. Rachityczność, ułomność wytwarzają wielką energię. Błyskotliwość i sprawność robią na mnie mniejsze wrażenie, wydają mi się słabsze. Fascynuje mnie bardzo energia, która płynie z niemocy, uczucia sterowania stumetrową barką za pomocą jednego wiosła od kajaka, sytuacje kiedy bierzesz potężną broń, która może cię przygnieść, której nie potrafisz obsługiwać - jak ciało na przykład. Czuję w tym siłę słabego gracza w szachy, który rozwala mistrza, bo wykonuje zupełnie niespodziewany ruch.
Recenzja
Niwea "01"
Rockers Publishing 2010
Debiut grupy Niwea to taka płyta, po przysłuchaniu której trzeba otworzyć okno. Duszna, lepka, chorobliwa. Jest w niej coś z obłędu. Wiadomo już, dlaczego w nazwie literkę "V" zastąpiła literka "W" - ten krem zamiast koić, szczypie, zamiast pachnieć, tworzy w powietrzu dziwną zawiesinę.
Pierwsze wrażenie? Oto Bąkowski ze Szczęsnym postanowili nagrać płytę niemal triphopową. Jest w niej ciężar, jest trans. To wszystko jednak łączy się z wyraźnymi nawiązaniami do lat 80. Jest też w tym krążku coś z dokonań Tricky'ego. Z tym że paranoję błąkającą się w oparach marihuany charakterystyczną dla byłego członka Massive Attack Niwea zastępuję swego rodzaju dziecięcą wrażliwością - z tym że jest ona stępiona, rwana, wyraźnie przerywa na łączach.
Zacinające się zdania i szukanie słów w tekstach Bąkowskiego, "braki" w muzyce Szczęsnego tworzą apokaliptyczną czarną dziurę, która zasysa miasto, ludzi, dźwięki. Oto kiedy wydaje nam się, że za chwilę powinna nastąpić rytmiczna kanonada charakterystyczna dla muzyki electro, albo solidny hiphopowy beat, nie ma nic. Po prostu dziura wciągnęła rytm.
Choć zdarza się, że jest miło. "Senna wełna" snuje się ładnie i melodycznie, trochę ambientowo, trochę postrockowo. Bąkowski w tej piosence śpiewa, zamiast w charakterystyczny sposób melorecytować. Ale wcześniej wszystko tonie w półmroku, "świeci się tylko Tesco".
Świat w opowieściach Bąkowskiego cały czas się rozpada, mieszają się w nim czasy i rzeczywistości. Ale, co mnie trochę zaskoczyło, teksty na płycie Niwea mają wspólny pokoleniowy mianownik. Jak ktoś był dzieckiem w okolicach stanu wojennego, a w dorosłość wchodził w latach 90., to powinien się w tych historiach całkiem dobrze odnaleźć, zaczepić się w specyficznej paranoi stale w nich obecnej. Miasto się u Bąkowskiego rozłazi i śmierdzi, szamocze się, tonie w kiczu, działa według scenariusza jakiejś hardcore-horror wersji serialu "Klan". Mamy wrażenie, że wszystko się za chwilę rozpadnie, albo imploduje. Samo z siebie, nadzwyczaj banalnie.
Są takie nagrania, których specjalne wydania ukazują się na winylach. Krążek grupy Niwea w edycji dla kolekcjonerów powinien wyjść na kasecie. Najlepiej z lekko pomiętą taśmą, z pomazaną długopisem okładką. Znakomita płyta.
Rozmowa z Wojtkiem Bąkowskim
Michał Danielewski: Komu ta płyta ma się w ogóle podobać?
Wojtek Bąkowski: - To jest duży problem. Wydaje mi się, że jest parę osób, wychowanych na podobnej muzyce, podobnych do nas, w podobnym wieku, którym może to przypaść do gustu. Ale zespół jest słuchany również przez wielu ludzi ode mnie młodszych...
Właśnie, dla mnie Niwea jest w pewien sposób pokoleniowa. Obrazy, których używasz w tekstach, są zrozumiałe w pełni dla osób urodzonych na przełomie lat 70./80. To celowy zabieg?
- Raczej nie. Tak wyszło siłą rzeczy. Mam pewien arsenał obrazów poetyckich, a przez otoczenie i czas one są takie a nie inne, po prostu.
Kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, mówiłeś, że postrzegasz muzykę Niwea jako pop, który mógłby spokojnie lecieć na przykład w komercyjnej rozgłośni radiowej.
- Tak, ale kiedy posłuchałem naszej płyty w całości, po masteringu, to już nie jestem taki mądry. Teraz wydaje mi się to niemożliwe. Mam inną tolerancję, inny zakres odbierania. Rzeczy, które mi się już wydają popowe, są ciągle jeszcze zbyt niestrawne dla taksówkarzy. Ostatnio zainteresowałem się tym tematem, słuchałem muzyki w taksówkach i to jest jednak dużo straszniejsze, niż myślałem. Okazało się, że te rzeczy, na które zwracam uwagę, dobrze wyprodukowane i w jakiś sposób ciekawe, to jest mniejszość. Ale zdarzają się.
Lady Gaga ci się podoba...
- Tak. Jest kilku producentów, którzy świetnie robią muzykę popularną. Tam jest mnóstwo patentów, które są znacznie ciekawsze niż te używane na przykład w tak zwanej muzyce eksperymentalnej. Poza tym powiedzmy sobie otwarcie, że w muzyce eksperymentalnej często pojawiają się schematy równie zabawnie przewidywalne jak w muzyce pop.
Niwea jest projektem czysto muzycznym, a to znaczy, że nie masz już swego rodzaju bezpiecznego wyjścia, spadochronu - jak na przykład w grupie Kot - że jak się komuś nie spodoba, to zawsze można powiedzieć, że to taki artystyczny eksperyment. Na koncertach Niwea zderzy się z muzyczną publicznością, a nie z bywalcami galerii - nie boisz się trochę tego spotkania?
- Nie. Z Kotem też tak było. I ze sztuką. Już na szczęście przechodzi ta moda na wyprowadzanie sztuki z galerii i przenoszenie jej w miejsca publiczne, ale też mam to za sobą. Na przykład robiliśmy kiedyś performance na rynku Manufaktury w Łodzi. Na dokumentacji jest fragment nagrania, kiedy Konrad Smoleński wchodzi z kamerą w tłum i jedna pani mówi o mnie do swojego dziecka: "Zobacz, jaki kawaler głupi". Ja wtedy piłem z kanistra alkohol, oblewałem się nim całkowicie, krzyczałem, że mama mi umarła i bardzo to przeżywam, a Tomek Mróz siedział na motocyklu i grał do tego na silniku, to znaczy dodawał gazu, natomiast rura wydechowa była wprowadzona w usta takiej wielkiej lali, która uszami puszczała dym. I to była taka, wiesz, impreza ludyczna, byli tam szalikowcy łódzcy... Także ja już się wielokrotnie wystawiałem na pośmiewisko. Poza tym podobne dylematy mógłbym mieć wtedy, gdybym miał wokół siebie jakichś mistrzów. A mi się muzyka polska w ogóle nie podoba.
Wasza płyta jest bardzo mroczna, neurotyczna, dziwna. Na ile w warstwie tekstowej to jest kreacja, a na ile twoja osobista wypowiedź jako Wojtka Bąkowskiego?
- Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to jest prawdziwe, bo nawet jak się staram, żeby było inaczej, to mi nie wychodzi. Wcale nie chciałem, żeby płyta była mroczna, a znowu jest. Znowu jest dół. Oczywiście ja staram się utrzymywać to, co robię w pewnej stylistyce, kreuję od początku pewien świat, który jest domknięty z obu stron, choć rzecz jasna jest w jego obrębie jakieś pole manewru. Ale nigdy nie myślę o tym w kategoriach wysokości nastroju. Wydaje mi się, że to co robię, można skonstruować w sposób śmieszny i pogodny, ale jednak mi nie wychodzi. Może to stan ducha. Egzystencjalizm, niewiara, głębokie poczucie braku Boga i inne takie.
Ostro... Stosujesz świadomy background filozoficzny w swojej twórczości?
- Tak, zdarza mi się snuć refleksje o świecie (śmiech). Więc siłą rzeczy musi być taki background.
Twoje teksty są wypełnione różnymi dziwnymi postaciami, z różnymi brakami, opóźnieniem umysłowym, mentalnymi skrzywieniami... Skąd się biorą?
- Musiałbym się nad tym głęboko zastanowić. Lubię różne ułomności, miałem nawet w dzieciństwie okres fascynacji amputacjami. Rachityczność, ułomność wytwarzają wielką energię. Błyskotliwość i sprawność robią na mnie mniejsze wrażenie, wydają mi się słabsze. Fascynuje mnie bardzo energia, która płynie z niemocy, uczucia sterowania stumetrową barką za pomocą jednego wiosła od kajaka, sytuacje kiedy bierzesz potężną broń, która może cię przygnieść, której nie potrafisz obsługiwać - jak ciało na przykład. Czuję w tym siłę słabego gracza w szachy, który rozwala mistrza, bo wykonuje zupełnie niespodziewany ruch.
Recenzja
Niwea "01"
Rockers Publishing 2010
Debiut grupy Niwea to taka płyta, po przysłuchaniu której trzeba otworzyć okno. Duszna, lepka, chorobliwa. Jest w niej coś z obłędu. Wiadomo już, dlaczego w nazwie literkę "V" zastąpiła literka "W" - ten krem zamiast koić, szczypie, zamiast pachnieć, tworzy w powietrzu dziwną zawiesinę.
Pierwsze wrażenie? Oto Bąkowski ze Szczęsnym postanowili nagrać płytę niemal triphopową. Jest w niej ciężar, jest trans. To wszystko jednak łączy się z wyraźnymi nawiązaniami do lat 80. Jest też w tym krążku coś z dokonań Tricky'ego. Z tym że paranoję błąkającą się w oparach marihuany charakterystyczną dla byłego członka Massive Attack Niwea zastępuję swego rodzaju dziecięcą wrażliwością - z tym że jest ona stępiona, rwana, wyraźnie przerywa na łączach.
Zacinające się zdania i szukanie słów w tekstach Bąkowskiego, "braki" w muzyce Szczęsnego tworzą apokaliptyczną czarną dziurę, która zasysa miasto, ludzi, dźwięki. Oto kiedy wydaje nam się, że za chwilę powinna nastąpić rytmiczna kanonada charakterystyczna dla muzyki electro, albo solidny hiphopowy beat, nie ma nic. Po prostu dziura wciągnęła rytm.
Choć zdarza się, że jest miło. "Senna wełna" snuje się ładnie i melodycznie, trochę ambientowo, trochę postrockowo. Bąkowski w tej piosence śpiewa, zamiast w charakterystyczny sposób melorecytować. Ale wcześniej wszystko tonie w półmroku, "świeci się tylko Tesco".
Świat w opowieściach Bąkowskiego cały czas się rozpada, mieszają się w nim czasy i rzeczywistości. Ale, co mnie trochę zaskoczyło, teksty na płycie Niwea mają wspólny pokoleniowy mianownik. Jak ktoś był dzieckiem w okolicach stanu wojennego, a w dorosłość wchodził w latach 90., to powinien się w tych historiach całkiem dobrze odnaleźć, zaczepić się w specyficznej paranoi stale w nich obecnej. Miasto się u Bąkowskiego rozłazi i śmierdzi, szamocze się, tonie w kiczu, działa według scenariusza jakiejś hardcore-horror wersji serialu "Klan". Mamy wrażenie, że wszystko się za chwilę rozpadnie, albo imploduje. Samo z siebie, nadzwyczaj banalnie.
Są takie nagrania, których specjalne wydania ukazują się na winylach. Krążek grupy Niwea w edycji dla kolekcjonerów powinien wyjść na kasecie. Najlepiej z lekko pomiętą taśmą, z pomazaną długopisem okładką. Znakomita płyta.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Poznań na zdjęciach dawniej i dziś. Lata ...
- Szach Iranu na Ratajach. Co tam robił w ...
- Poznań na zdjęciach dawniej i dziś. Lata ...
- Poznań na zdjęciach dawniej i dziś. Lata 70-te
- Napad w centrum: Biznesmen stracił 700 tys. zł
- Minęło 100 dni Term Maltańskich: ...
- Jak Maria Strzałko Poznań konserwowała ...



